займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

6 października 2011 21:32

niedoczytania: Latest post

Tomasz Pułka: Lutowanie wełny (6)

No i nie było lutowanka w zeszłym tygodniu, a to przez to, że się w nadmiarze zarkowiłem, byłem u Areczka nieregulaminowe dwa razy, co zrodziło niedyspozycję. Psychofizyczną. A i studia się zaczęły, wróciłem dopiero co z Gołębiej, Mariana Stalę widziałem (brodę zgolił, ale już odrasta), typek od gwoździowyego „Antyk/Biblia” mówiąc o chrześcijańskiej etyce wobec zwierząt pomylił foie gras z fondue, taka śmiesznostka, choć jako miłośnik sera żywię do tego produktu spożywczego bardzo emocjonalne uczucie. „Emocjonalne uczucie”, hehe. No nic, zajmijmy się poezją zamiast kulinariami (napisałem kiedyś wiersz „Chciałem być polskim Tadeuszem Piórą” w hołdzie fuzji tych dwóch szlachetnych dziedzin, którymi pan Tadeusz zawiaduje z niebywałą gracją), już wczoraj chciałem ten odcinek wystukać, ale leżałem wymęczony w łóżku po całym dniu w Krakowie i choć płonął we mnie retoryczny żar zwrócony (wczoraj) przeciw poetyce Dehnela – o tym za chwilę – nie podjąłem się zmiany pozycji na wertykalną. Zasnąłem sprawiedliwym snem. I dzisiaj dumałem w busiku, czy to faktycznie na Dehnela pora, ale przecież najpierw – skąd Dehnel? Otóż pojawił się w formie wzmianki w którymś z poprzednich odcinków, ale przypomniał mi się w „pełnej krasie” (?) przez komiczną grafikę na stronie Biura Literackiego (zobaczcie póki wisi! www.biuroliterackie.pl), gdzie razem z Dyciem tworzą mafijną parę. I tak patrzyłem na tych dwoje, i zrozumiałem, że są to bodajże najbardziej rozpoznawalne teraz poetyckie twarze w Polsce (nie liczymy Wisiów, Tadziów i Marcinów), a ich wątpliwa (dla mnie) pozycja jest (dla mnie x2) ufundowana na jakimś potwornym, epistemologicznym (polubiłem to słowo) żarcie (hehe – „polubiłem” słówko „epistemologiczny”; „żarcie” lubię od zawsze). Są to bowiem, nie wahajmy się (Tomeczku) przyznać, dwa bieguny tego samego fotela (oj, ale mi się udało!) na którym tak lubi bujać się babcia. Z robótką w dłoniach i telenowelą na ekranie. Dycki i Dehnel to skończeni (?) klasycy, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zapaliłem się wczoraj do Dehnela, to przy nim dzisiaj zostanę, sprowadzającą do parteru poetykę Dycia omówię innym razem, jak tylko odzyskam (co odcinek narzekam na pożyczone książki) wycyganiony przemyślnie od Marzeny Burszty zbiór „Poezja jako miejsce na ziemi” (hehe – napisałem w zeszłym roku do Biura, zgodnie z prawdą zresztą, że uczęszczam na oddział dzienny dla osób po psychozie i schizofreników, i że bardzo chciałbym przybliżyć „współpacjentom” twórczość „rozegraną na kanwie” choroby psychicznej, to mi pani Marzena przesłała darmo tę ślicznie wydaną [boskie zdjęcie!] książkę). Dzisiaj Jacek Dehnel. „Brzytwę okamgnienia” i „Wyprawę na południe” gdzieś mi powiało, to mam jeno „Żywoty równoległe”, ale w nich – prócz prześmiesznych w swojej wymowie wierszy z tytułowego cyklu („Żywoty równoległe”), gdzie np.: „Wisława S. uczy botaniki w gimnazjum w Pile” (LOL) – także perła poetyckiej twórczości Dehnela, nieskazitelny wiersz „Szczęście”.
Kto nie zna wiersza „Szczęście” i nie czytał go nigdy z pietyzmem naćpanej dziewczynie, ten nie wie co to życie, ni letni, chamski podryw. Wiersz „Szczęście” jest stworzony do rozkładania nóg, perfekcyjnie poprowadzony przez wzgórki wzruszeń obiecuje zażyłość wobec której mający się za chwilę rozegrać czuły seks jest kluczem wiolinowym znajomości. Przytoczmy sobie „Szczęście”:

Szczęście

dla P. T. v. T.

W przyszłym tygodniu masz urodziny
za rok pewnie
już cię nie będzie.

M. Roberts, Lacrymae rerum

Być tą brzydką Angielką – chudą, podstarzałą,
niezbyt dobrą poetką; mieszkać w letnim domu
ze stygnącym mężczyzną (serce czy rak nerek –
przyczyny nieistotne). Wnosić mu po schodach
(wąskich, zawilgłych schodach) tacę ze śniadaniem
i siebie. Pisać: „W przyszłym
tygodniu – bzyk muchy –
– masz urodziny – znowu – za rok pewnie – krzyczy
z bólu – już cię nie będzie”. Iść do niego. Głaskać.
Leżeć z nim w wannie, płacząc. Patrzeć, teatralnie
ale przecież prawdziwie, przez okno na drzewa.
Mieć za sobą te lata, te listy, te flamy,
znać numer kołnierzyka, buta, obwód głowy.
Nie umieć się obejrzeć za innym mężczyzną.
Używać tamtych zwrotów, pieszczotliwych imion.
I udawać, że wcale nie jest gorszy w łóżku,
mając w pamięci tyle miejsc, razów, sposobów:
w hamaku, w soku z jagód, w pociągu pędzącym
z Wenecji do Nicei, na biurku wydawcy,
w bocznej salce muzeum. Przyjmować wizyty
przyjaciół i lekarzy. Kręcić kogel-mogel.
Nie móc udawać dalej i dalej udawać.

Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było
nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym,
gdzie indziej, kiedy indziej – to właśnie jest szczęście.

Widziałeś całość. Teraz odchodzisz, powoli
skubiąc liście z gałęzi. Ktoś zasłania lustro,
ktoś dzwoni, ktoś rozmawia. Taca. Wanna. Łóżko.

Warszawa, 7. III. 1904

I już mi się pod palce cisnęło „ja pierdolę”, ale zdławiłem, bo nie byłoby to zwyczajowe „ja pierdolę” z „Lutowania”, ale oddające szacunek tej olbrzymiej chmurze waty cukrowej „ja pierdolę” perwersyjnego ukontentowania. Dla tego czyściutkiego, dehnelowskiego warsztatu, gdzie każdy śrubokręt ma swoje miejsce, gdzie jak tabernakulum na (?) ołtarzu lśni szlifierka. Na niej wydiamentowane „Szczęście”, w pewnym sensie wiersz totalny, zarówno jako swoisty „p r o d u k t”, jak i – no właśnie: bela nieprzetworzonej bawełny w znoju zebrana przez pogrzebanych w czasie uciśnionych Murzynów. „Co ja dupcę?” – powiecie, choć nie – „co ty dupcys?” – zapytacie z erystycznym wyrafinowaniem, a ja Wam powiem, że w pierwszej, opisowej warstwie wiersza „Szczęście” widzę uniesienia zarezerwowne dla kategorii estetycznych określających wzruszenie pryszczatej piętnastolatki przy nocnym słuchaniu ballad Metalliki. Widzę narysowany „na serio” portret szesnastolatki, który funduje jej na Floriańskiej u ulicznego karykaturzysty jej siedemnastoletni chłopak. Widzę wreszcie grubawą, osiemnastoletnią uczennicę Technikum Gastronomiczego, która słucha „Beautiful” Chriustiny Aguilery przed wyjściem na praktyki. Ni mniej, ni więcej. Bo co „daje” (sorry) nam ten kawałek, poza tandetnym obrazkiem roszczącym sobie pretensje do definiowania – no właśnie, tu pies pogrzebany: tego olimpu drobnomieszczaństwa, pojęcia „szczęścia”? Wiersz Dehnela wpisuje się w smutną tradycję poradników z serii „Jak żyć?”, ale nie oferuje nam nawet ułamka ich strukturalistycznej bani związanej z lokowaniem świadomości w przestrzeni (siebie samej? czasowości?), zamiast tego mamy pozornie (jednak!) ładnie opowiedziany witrażyk, który eksponuje swoją „trafność” korzystając ze światła wystosowanych wobec niego emocji. O kurwa, poleciałem. Nic to, to nawet nieistotne, na tym niestety polega 90% literatury, ale jest jednak w tym wierszu rysa, ta rozwlekła pointa, absolutnie przerażający fragment, który sprawia, że mam ciarki wyobrażając sobie umysłowość podmiotu (nie Jacka, Jacek spoko ziomek) wypowiadającego te słowa: „Lecz nade wszystko wiedzieć, że wszystko, co było / nie mogło, nie powinno być inaczej, z innym, / gdzie indziej, kiedy indziej – to właśnie jest szczęście.” Ja pierdolę! Jeśli to „to właśnie jest szczęście”, ta afirmacja świata przedstawionego przypominająca wbijanie se gwoździa w kolano, to ja chcę sobie wykastrować język z tego pojęcia. Tomasz Piątek, autor wybitnego traktatu o szczęściu jakim jest „Heroina” – chciałem napisać: „przewraca się w grobie”, ale nie napiszę, choć i nie skasuję, bo mnie taki czarny humor cieszy. Widzieliście całość, teraz odchodzę, powoli, skubiąc wargę zębem. Ktoś mnie woła, chyba mama, a nie – to brat. Fajka. Prysznic. Fotel.

Tomasz Pułka -

Podobne artykuły