займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

14 września 2011 7:00

niedoczytania: Latest post

Tomasz Pułka: Lutowanie wełny (4)

W poszukiwaniu inspiracji znowu udałem się do Arka, który zauważył, że pojawia się w „Lutowaniu” jak Artur Barciś w „Dekalogu”, co mnie bardzo rozbawiło – rozbawienie towarzyszyło mi (nam) przez cały wieczór, jak i noc & poranek, chichraliśmy się demonicznie dopóki na moją prośbę o zadanie mi czegoś do zjebania, Arek nie (koniecznie to „nie”?) sięgnął do półeczki i nie (nie?) wyjął z niej „Poezji 1944 – 1954” Mieczysława Jastruna. Byłem zdrowo porobiony, więc skwitowałem to tylko głębokim „oho” i miałem rację, bo późniejsza lektura wierszy Mieczysława uświadomiła mi, że są to nieciekawe skamieliny, przeżytki, jakieś kawałki zaschniętego majonezu, nie wiem, „mają urok / pająka, myszy, filmów Kieślowskiego” (sic!) jak to pisał poeta, którego godności tutaj nigdy nie naruszę. No, Mieczysław jak brzydka i zasmarkana chustka do nosa, którą starsi panowie podają sobie na chrzcinach doceniwszy haft (rzyg) żony. O, mam, parafrazując Łukasza Podgórniego – ta poezja to malarstwo, czyli coś, co się skończyło. Zresztą wali pałę malarstwu Mieczysław w wierszu „Krytyka malarstwa” ze strony 268 (ups, miało być „z >>Poematu o mowie polskiej<<"), przytoczę fragment onanizmu: "A teraz stań, nie mrużąc powiek, przed Matejką, Przed tą kroniką, w którą jak duchy Szekspira Wstąpiły: ból, gwałtowność z barwą czarodziejką, I zapytaj: czyj dramat to? czyj kształt i wyraz?" Hahahahaha! Można się zesrać ze śmiechu, ale przestaje to być zabawne, gdy sobie uświadomimy, że Mietek tak do nas na serio. Tragiczna postać. Lecz nie aż tak jak syn. [Arek właśnie uzupełnił telefonicznie opowiedzianą na imprezie autopsyjną anegdotką, której nie pamiętałem, a w której tenże (Arek) odpowiada na egzaminie z czegoś tam i dostaje pytanie o Jastruna, na co przytacza wiersz Zagaja "Nie czytajcie Jastruna" dodając, że pozostanie zawsze wierny dyrektywie naszego noblizującego (oblizującego się Noblem) skarbu]. Wróćmy na koleiny zjebki. Znowu staje mi (jak Mietkowi przy Matejce) pogmerać po własnej półeczce. Ale najpierw sprawdźmy pocztę - oto przyszły dwa tomiki z Olkusza: "Spoza" Łukasza Jarosza i "Nic nie płynie" Jarosława Nowosada. Nad Jaroszem nie ma się co znęcać, bo ten tomiczek to wybór nie publikowanych w "regularnych" książkach wierszy, a i mimo tego całkiem przyzwoicie złożony. Ten drugi (Nowosad) posłużył mi dwa razy jako podkładka pod miskę z bigosem i na tym poprzestańmy z recenzją. "Gówno", jednym słowem. I nie mam na myśli bigosu! Więc półeczka. I co znajduję? Stosunkowo kuszący okaz, jakim są nudnawe "Profile" Macieja Gierszewskiego, ale jeszcze nie ochłonąłem po odczytaniu ich w zeszłym roku na psychozie jako glossy mającej zbawić moją duszę, więc dam narazie spokój Gierszewskiemu, przyjdzie na niego pora. Edward Balcerzan! A to Ci dopiero! Ale jak tu jebać wąsatego, w stosunku do którego tyle sympatii, nieraz w bibułkę owiniętej, skręconej jak cukierek? Mam wydane przez Instytut Mikołowski "Wiersze niewszystkie", a tam, na czwartej stronie okładki dwa blurbiki: Pomorskiego i Łukasiewicza. I tenże drugi (Jacek) wspomina o Barańczaku, który to pisze o Balcerzanie w "Nieufnych i zadufanych". Barańczak. Napisałem jakieś dwa lata temu w wierszu, że "Kebab z barańczaniny / cieknie po brodzie przechodnia, nasze obrzydzenie jest próby / wyższej od pieniądza.", ale wcześniej zastanawiałem się "Z kim Barańczak przeżywał wrzesień `67?" nawiązując do lubianego przeze mnie, stanisławowego liryku miłosnego. Więc Barańczak. Mam znakowskie (ile dzisiaj przymiotników) "159 wierszy", tom prezentujący z ujmującą, prawicową szczerością - godną przesłuchiwanej ofierze gwałtu - znój zmagań Stanisława z komuną, której - jak wiemy - ani trochę nie było, więc - jak to ująć? - przygody w PRL`u? Może być i tak. Z tym Barańczakiem jest kłopot, bo i trzeba by docenić niewątpliwy "kunszt", ale ten prowincjonalny konceptualizm, który każe stawiać (najpierw kopać w ziemi, później ciągnąć za powróz) autorowi krzyże tytułów i odprawiać później nad (pod) nimi (tytułami) celebrację wyżymania (tychże tytułów) do cna, ten - jak wspomniałem - prowincjonalny konceptualizm tak jaskrawo przedstawiony w "159 wierszach" jest smutny. Bo na jaki wiersz nie spojrzymy, tam cokół tytułu i odlana dlań porcja treści, tak momentami wzruszająca swoim przekonaniem o debiliźmie czytelnika, wyjaśniająca w barokowy sposób każdy zaakcentowany w rzucie technicznym (mają te wiersze coś na kształt architektury ze wszystkimi jej, firmowymi przynależnościami, jak faktury i księgowe) niuans konstrukcji tekstu, że aż nam się przykro robi patrząc na tego chłopca w za dużych okularach, który zamiast grać w piłkę czyta encyklopedię, by później wyjaśniać świat swoim ludzikom z kasztanów. Nie bądź wredny (Tomku)! Jest to przecież poezja czerpiąca z empirycznego doświadczenia... - sratatata! [Znacie - jejku! w necie go nie ma, nie mogę znaleźć! Sam to wymyśliłem? Niemożliwe, to chyba Marcinkiewicz, wspomniany w zeszłym tygodniu, kurwa, skąd ja to znam? "Na śmierć Zbigniewa Herberta" - "On umarł w lipcu, w samym środku lata... Sratatata... Sratatata..."] Pisze te swoje wiersze Barańczak tak niemożliwie starając się, żeby wszystko błyszczało, wymyte, nawoskowane; tuninguje każdą strofę aż do komicznej przesady, zakłada spojlery wersom, no robi wszystko, żebyśmy nie zauważyli, że za każdym z utworów stoi banalna obserwacja opierająca się na podręcznikowym (trzecia gimnazjum) oglądzie świata. Dajcie mi którykolwiek wiersz ze "159 wierszy" to sprowadzę go do nagiego rzeczownika! Wyzywam Was i Stanisława! Ech, po co te uniesienia? Barańczak przeminie, ślad po nim nie zostanie, będzie jak ten Jastrun - zaschnięty majonez. Trochę lepszy. Musztarda? Przejdźmy do wiersza: RZEŹBA ZIEMI

Te nieruchome eksplozje granitu, te wyrwane z wąwozów
i w niewiadomym kierunku uprowdzone zwały*
gruntu, te zamrożone w ułamku sekundy fale
spienionych wzgórz:

za czyją sprawą to? kto za tym stoi?
kto przyłożył do tego rękę, kto poszarpał
i wygniótł cienką tkankę Ziemi? wiem,
zmarli od spodu tłuką głowami w ten mur,
w kupę granitowego gruzu, tak, to oni
pchając przed sobą góry, próbują, a przecież pozostają w grobach:
bo coraz to ktoś nowy pada im na pierś
i w miękkiej ziemi, w twardej skale żłobi
własną twarzą swą maskę pośmiertną; ten chaos,
to kłębowisko wzgórz, dolin, przełęczy,
to rzeźba Ziemi, nieskończony i
nie dokończony portret zbiorowy tych twarzy

*po fecie [dop. mój; T.P.] Pomyślicie, że idę na łatwiznę, bo co to za sztuka zjebać tak obrazowe pustosłowie, prawda? Otóż nie – pieczołowice szukałem tekstu, który by chciał („c h c i a ł”!) powiedzieć nam coś więcej między wierszami. Niestety Barańczak mu nie pozwala, skutecznie uniemożliwa jakąkolwiek swobodę interpretacyjną, jakby się bał (ten chłopiec w za dużych okularach, co czyta encyklopedię zamiast grać w piłkę), że go opacznie zrozumiemy. Nie wie, choć wiele tłumaczył (zawsze na swoją prywatną modłę), że dyktat zrozumienia odchodzi do lamusa i to jest ta (ta?) wertykalna (wertykalna?) funkcja literatury o jaką chodzi jej samej (głęboko wierzę w autoantropomorfizację literatury). Nie, Stanisław jak początkujący hip-hopowiec z Tomaszowa Mazowieckiego wierzy w „p r z e k a z”. W wyżej cytowanym przypadku: przekaz obrazu. To właśnie jest malarstwo w literaturze. To się rozkłada (jak zwłoki, nie mapa). Spójrzmy na korespondujący (żadna frajda, u Barańczaka wszystko sobie ze wszystkim wysyła kartki znad morza) z „Rzeźbą ziemi” tekst:

KIEDYŚ, PO LATACH

„Kiedyś po latach, Historia przyzna nam rację.”
Ale Historia niczego nie przyzna, nie przyzna
się do niczego, Historia nie odezwie się już ani słowem, Historia
leży pod półtora metrem piasku albo gliny*,
pod skórą Historii zgęstniała w sińce krew
z wolna przemieszcza się w dół, zgodnie z prawami ciążenia,
w oczach Historii jest pustka i nad wybitymi zębami
nawet nie drgną jej na zawsze zaciśnięte,
na zawsze uciszone, na zawsze osiemnastoletnie wargi

*freeze! [dop. twój; T.P.] Już lepiej, prawda? Oprócz typowo barańczakowskiego – jeszcze raz użyję – wyżymania, tym razem popularnego powiedzonka, mamy tutaj coś, co powinno na całej linii usprawiedliwiać Stanisława w moich oczach, czyli polityczność. Ale polityczność Barańczaka nie jest – wbrew pozorom – pojęciowa, jest – znowu – obrazowa, odniesiona (jak talerz) do fantazmatu zwietrzałej aktualności; spójrzmy na podobieństwa z „Rzeźbą ziemi” – oto znowu instancja wielkiej litery, by – chuj wie – uobecnić? Bo chyba nie pospolicie zaakcentować? Ziemię i Historię, dwa tytuły podręczników (gimnazjum, trzecia klasa), które znaczą (widziałką – pamiętacie widziałki?) i z których można odpytać chłopca w zbyt dużych okularach. Jest też heideggerowski rys, a mianowice „się”: „wydostać / się na zewnątrz” w „Rzeźbie…” i „nie przyzna / się do niczego” w „Kiedyś…”, co – dzięki przerzutniom – byłoby ciekawe, ale ciekawe nie jest, bo dobrze wiemy, że naciągam na korzyść Stanisława. Na szczęście w „Kiedyś, po latach” mamy jeszcze zakończenie, będące – o dziwo – obrazkiem, ale jednocześnie wieloznaczną figurą uczłowieczonej Historii. Bo „na zawsze osiemnastoletnie wargi” może mieć nie przyznająca się do wieku menopauzująca paniusia, ale też rozpieczętowana z cnoty laska w pamięci konsumenta. Niestety – Stanisław odbiera nam i tę poznawczą przyjemność decyzji, dwa wersy wcześniej wybijając jej zęby. Ofiara przemocy w wierszu jest pełnoprawną ofiarą. Niech Barańczak odpowie za wbijanie treści łopatą. Tą samą łopatą wykopmy mu grób. Obok Jastruna.

Tomasz Pułka -

Podobne artykuły