займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

8 września 2011 7:27

niedoczytania: Latest post

Tomasz Pułka: Lutowanie wełny (3)

Pojechałem na te warszawskie Manifestacje z usilnym przekonaniem, że jak i w zeszłych latach wrócę (tym razem) z plecakiem pełnym tomiczków, to (i) będzie materiał jak znalazł do „Lutowania”. Jednakże w tym roku, w pociągu powrotnym, w plecaku wiozłem tylko kaca. Nieprawda! Sprawdziłem teraz, jednak nieprawda! W plecaku znalazłem „Wolny przekład” Craiga Raine`a, który dostałem od Kamila Brewińskiego, a którego (Raine`a) moje („którego moje”) niedbałe rzucenie na łóżko (spałem na piętrowym) wywołało zarzewie konfliktu między dykcją małopolską a tą Polski B; i jeszcze (w plecaku) niewydany jeszcze – a wydrukowany jak polonistyczna kserówa – tomik Szymka Szwarca, toruńskiego wirtuoza butelki z którym się serdecznie zakolegowałem. Odbyłem dwukrotną lekturę wierszy Szymka i kłaniam się im po pas, są znakomite. Kiedyś gościliśmy już Szymka na niedoczytaniach, przypomnę – http://niedoczytania.pl/slowonaniedziele-odc-15-szymon-szwarc/. Prócz autorstwa wybornych wierszy jest Szymek też znakomitym mieciologiem, pisał magisterkę o Piotrowskim. Ale nie o Szymku tutaj teraz, trzeba się poznęcać. Nad Raine`m nie, bo ciężko mi – nie znając języka – ocenić przekład, to trzeba zrobić znowu rewizję półeczki. Bo choć mam jeszcze z sułkowickiej biblioteki wypożyczone/ą „Tivoli” Pawła Marcinkiewicza, to jest to jednak porządna książka, nie ma sensu się na siłę przypierdalać. Polecam Państwu ten tomik (Marcinkiewicza). Spójrzmy na półeczkę: Tobiasz Melanowski brzmi interesująco, no ale ja należę do tej szlachetnej mniejszości, która z sympatią czyta „Wycieczki krajoznawcze”, to nie będę wbijał szpili – natomiast idąc tropem Tobiasza (bardzo hermetyczny klucz, naprawdę) można by wyśmiać „Opór skóry” Płaczka, czule nazywany w pewnych kręgach „Oporem dupy”, ale – niestety (naprawdę?) – nie posiadam tego tomiku w zbiorach, kiedyś go komuś podarowałem w ramach konwencji ostrzeżenia. Mirka Szychowiak! Tak, to byłby dobry cel, ale musiałbym wpierw przeczytać jedną z dwóch jej ostatnich książek, a jakoś nie czuję się na siłach je przyswajać, Mirkę se zostawimy na kiedy indziej, na pewno znajdzie się u niej wiersz godny zjebki. Można by pobawić się w kaskadera i próbować dokopać jakiemuś tekstowi z „Centrum likwidacji szkód” Siwego, ale to karkołomny pomysł. Jest! Joanna Wajs!

O dziwo mam „sprzedawców kieszonkowych lusterek” i – tym bardziej o dziwo – przeczytałem kiedyś uważnie tę książkę traktując ją przy okazji jako podkładkę pod myszkę. Cała książka nie jest zła, znać w niej szkielet konceptu (zrozumiałem właśnie, że źle zrobiłem dokuczając tytułowi Szymkowego zbioru – „Liryka antykoncepcyjna” – bo przecież stoi on w odblaskowej opozycji do „liryki koncepcyjnej” i jest to bardzo dobry manewr), choćby to był szkielet szczura z pracowni biologicznej. Nie, nie szczura – kota. Te nieszczęsne koty panoszą się po całym tomiku uzupełniając na dodatek niewielką jego (tomiku) objętość arcytandetnymi fotografiami preparowanymi w paint`cie na modłę rycin. Wygląda to naprawdę biednie. Ale do wierszy – są to przede wszystkim takie obrazki, naklejki, jakie się do gum do żucia dodaje („zaryzykuję” stwierdzenie, że smaczną stronę gumy zapewnia w tomiku Wajs białe światło nie będące tekstem), coby uatrakcyjnić żucie. Albo lepiej: nie obrazki, nie naklejki – jednorazowe tatuaże, co to się je śliną macza na przedramieniu. Tym są wiersze Joanny Wajs z tomiku „sprzedawcy kieszonkowych lusterek”. Nie jest to wcale pejoratywne porównanie – na pewnym etapie życia wszyscy jaramy się podwórkowymi tribalami (Szymek mi pokazał śmieszny tatuaż na fragmencie własnej lędźwi, ale nie o tym), prawda? Prawda.

Są więc wspomniane koty i ojciec jest, i przestrzeń ujęta w ramy jakie stanowi obiektyw jednorazowego (jednorazowość!) aparatu fotograficznego (pamiętacie?) albo spikselizowanej komórki. Te piksele u Wajs są najciekawsze, ale nie będę się gimnastykował chwaląc. Przytoczę wiersz, który czytany bez okularów (przecież ja nie noszę okularów!) zrobił wrażenie przez dwa błędy w lekturze:

dom z dzikim winem

wiele razy próbowałam odnaleźć ten dom
z dzikim winem od frontu i starą psią budą
przewróconą na bok
niekiedy nie było go wcale; czasem
udawało mi się go zastać podczas przygotowań
jeszcze bez ludzi i zwierząt

ale zwykle przychodzę za późno
kiedy w powietrzu zostaje tylko szorstki, ziarnisty zapach
z plamą światła i śpiącą w niej
jaszczurką

Nuda, c`nie? Ale przeczytajmy sobie tytuł jako „dom z dziką winą”, w drugim wersie powtarzając zabieg i jeszcze zastępując nieatrakcyjny, drewniany rekwizyt „starym psim buddą” – wiersz uratowany! Niestety, takie przygody tylko przy nieuważnej lekturze, bo gdy się skupimy na przyswojeniu serwowanego przez Wajs obrazka możemy powstrzymać ziewanie (i zamienić je na wytrzeszcz oczu [są jakieś inne wytrzeszcze?]) wyłącznie przez wyjaśniające wszystko „Posłowie” Jarosława Mikołajewskiego, który nie dość, że tłumaczy nam, iż jest to „poezja widzialna i namacalna” (jak, kurwa, latarniany słup po pijaku), „prowadzona dotlenionym zdaniem” (ten dowcip o niejadalnej części warzywa – respiratorze) oraz – tu sedno – „rozpoznawcza w obrazie, zdeklarowana w nazwanych prostymi czasownikami pragnieniach” – aaacha… To takie elementy stanowią o dobrej stronie tych wierszy! Cóż, kiedy się „uważa poezję” za „znak walecznej przyjaźni samotnego dla innych samotnych” (to też Mikołajewski) nie dziwi taka a nie inna demarkacja istotności. Innymi słowy jest to apoteoza suchości jako kategorii estetycznej, takiej kobiecej, seksualnej suchości, cipki wyschniętej na wiór, która domaga się interpretacyjnego lubrykantu (wspomniana ślina potrzebna do wywołania tatuażu). Nie jestem na tyle uprzejmy, próbuję czytać bez wazeliny, ale – tu chciałem napisać „roztrzaskuje się” (to czytanie), ale (ale, ale, ale) to by sugerowało jakąś interakcję: nie uświadczysz odzewu. Siermiężnie schwytany, jak piłka lekarska po korucie, obraz nie odpowiada. Przypatrzmy się pretensjonalnemu tytułowi i spróbujmy go usprawiedliwić treścią wiersza: chce Joanna Wajs nas zauroczyć „kłopotliwą” perspektywą czasowości: „wiele razy p r ó b o w a ł a m”, po czym bzdurny opisik jak z dziecięcej kolorowanki i „niekiedy n i e b y ł o” oraz – o jejku! czy za tym rollercoasterem wyobraźni narracyjnej można w ogóle nadążyć?! – „c z a s e m / u d a w a ł o s i ę” & „p o d c z a s”, oto podmiot („podmiot” brzmi jak coś poniżej „miotu”) kończy pierwszą strofę niebywale popularnym rekwizytorium (te jebane „zwierzęta” – kiedyś pożyczę „Brzydkie zwierzęta” Bielskiej i się nawyżywam, choć będę miał pewnie problem z przepisywaniem tych bzdur; i jeszcze „Artykuły pochodzenia zwierzęcego” Sadulskiego kupię za trzy złote i też wychłostam te honetyczne popłuczyny) i każe nam podziwiać swoje taniutkie zabiegi, pseudoćwiczenia z konstrukcji fabularnej. Drugiej strofy już mi się nie chce rozpisywać na czasowniki, bo doskonale widać, że bazuje na tym quasimisternym sytuacjoniźmie (w ujęciu etycznym, które podpinamy przez chinche do gniazda „estetyka”) ze strofy pierwszej i mu (sytuacjonizmowi) podaje zdeformowaną (wywołaj czułość) rączkę obrazka. A jest przecież tak piękna w polskiej poezji tradycja spacerów po pamięci! Dlaczego Joanna Wajs wybiera się nań z guwernantką i parasolką?, czemu nie zabiera noża i liny? Ktoś mógłby chcieć się odciąć, lecz wpierw należałoby go powiesić.

Tomasz Pułka -

Podobne artykuły