займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

31 sierpnia 2011 16:57

niedoczytania: Latest post

Tomasz Pułka: Lutowanie wełny (2)

O rany, alem się namęczył szukając kawałków do pisanego właśnie (przeze mnie, w słoneczne, poniedziałkowe przedpołudnie; a przez Was czytanego w – strzelam – deszczową sobotę) odcinka. Liczyłem na przypadek, który tak ładnie dośrodkował w zeszłym tygodniu, że starczyło głowę podstawić, to (więc) pojechałem znowu na libację do Arka, ale nad ranem byłem tak skołowany, że nie potrafiłem namacać wzrokiem tytułów z Arkowej półeczki poetyckiej, męczyłem się sakramencko drżąc w delirycznym pląsie aż wyłowiłem „Wybór wierszy” Czechowicza. „A to ci gratka!” – pomyślałem, otwierając książeczkę w busiku, ale czkawką mi się ta gratka odbiła, kiedy zobaczyłem, że przemowę do „Wyboru” napisał nie kto inny, a poczciwy Tadzio Różewicz. Mały Tadzio, który oczywiście nie powie nam nic interesującego o życiu i wierszach Józefa (żartobliwie nazywanego przeze mnie czasem „Jarosławem”), tylko dupcy niemiłosiernie o swoich podpartych spróchniałą laską relacjach z tymi lirykami, majaczy o jakimś wysranym przez siebie obrazku, jakoby Czechowicz był przede wszystkim łasy na sławę, jak niedymana studentka pierwszego roku polonistyki analizuje jego prowincjonalizm, no żałosne kurioza Tadeusz wyczynia, trzeba by przytoczyć w całości tę błyskotliwie zatytułowaną („Z UMARŁYCH RĄK CZECHOWICZA”) porcję mierzwy przytoczyć, ale nie mam na to nerwów. Na szczęście po glutach Różewicza są wiersze Jarosława (haha, bawi mnie to okropnie), których, jak się przekonałem, arcydzielność jest niepodważalna. No jest to, kurwa, pejzaż doskonałości, poezja pacyfikująca zmysły, odbierająca oddech. Nie jestem w stanie zjebać żadnego z wierszy Czechowicza, oddaję mu tym samym właściwy sobie („właściwy sobie”?) hołd.

I już się zacząłem martwić, że na własnej poetyckiej półeczce nic nie znajdę, bo jest przetrzebiona maksymalnie, porozdawałem, napożyczałem ja tych tomików od chuja (Krzysztofie Szeremeto – o Wirpszy pamiętam), a i w korutowym amoku zeszłej wiosny sprzedałem wszystkie (prawie!) egzemplarze autorów, którzy mi się znudzili, robiąc na tym (wówczas) dobry deal. Zawsze przedkładałem palenie nad czytanie (naprawdę?). Ale do sedna! Natrafiłem ja bowiem (hehe) na „meine kleine babylon” Bartosza Muszyńskiego, znanego zawodnika mma, o którym się w czasach mojej młodości mówiło zawsze w kontekście nieszczęsnego Świetlika; pamiętam dobrze – w liceum chodziłem często pijany do empiku na krakowskim Rynku Głównym (to z wielkiej?) i zawsze dziwiło mnie, gdy na półeczce z poezją (ile tych półeczek dzisiaj użytych!) znajdowałem garażowe wydanie „Języków obcych”, taniutkie bo taniutkie, ale tak słabe (treścią), że tylko notowałem w głowie, żeby tego więcej nie tykać. No ale wracałem po pijaku i czytałem na stojaka, ponownie. Na tym polega dla mnie magia wierszy Bartosza Muszyńskiego. To wziąłem se do łazienki ten haartowy tomiczek z nadzieją, że jemioła odpadła od drzewa, ale – nic z tego. Na stronach 34 i 35, tuż obok siebie:

języki obce 2

ani to mój świat,
ani niczyj inny – bo czyj?
jeżeli – w próżni
swój pętli ścieg nieziemski.

lecz skoro istniejesz na tyle
wyraźnie, że mam ochotę
mówić do ciebie wśród tysięcy
lodowato obcych – wejdź

tędy:
jest
jeden
język.

to słowo jest M

jest słodycz która mi zjada serce
narkotyk utleniacz przeciwumieracz
jeszcze jest jest jeszcze
ten

mięsień w wiecznym rozkurczu
w konwulsjach strzęp ochłap zaledwie
jeszcze jest jest jeszcze
ta

sina maszyneria przetykana tlenem
drobnymi kosmykami białka wciąż
jeszcze jest jest jeszcze
– M.

No na miłość boską (czyż nie dla niej wyszywał swój sztandar „bruLion”?)! Te dwa wiersze to typowe demotywatory, które potwierdzają słowa Igora Stokfiszewskiego z czwartej strony okładki: „Nie spieszno starej gwardii (…) poetom, którym już dawno przestało zależeć (…)” po czym dodaje (Igor) „na krótkich spięciach, zalewaniu publiki rzeką publikacji” – tak dla ścisłości dopowiadam. Ale chodzi nam (mi, mnie) właśnie o to, że „przestało zależeć”, że – owszem, intertekstualna plastelina służy, lecz będąc elementem służby na usługach jakiejś dykcji stajemy się jałowym pniem bez świadomości klasowej a obsługa posiłku (poetyka Świetlickiego to typowe, rozkapryszone panisko podczas konsumpcji – świetnie się z nim imprezuje, kiedy stawia; ja lubię i cenię te wiersze) usprawiedliwa swój status piętniewiczowskimi marynarką i fajką na które jest powszechne przyzwolenie. W skrócie chodzi o to, że trawestując wypadałoby coś dodać, a nie – jak Muszyński – oddać (hołd, pieniądze). Osobiście (ja) piszę to, co chciałbym przeczytać, a czego do tej pory w literaturze nie znalazałem; Muszyński zdaje się lubić nędzne, pijackie karaoke wśród przebojów, które wszyscy znamy z radia, podczas wykonywania których nie wybrzmią fałsze. Lecz czy sam nie stanowi dla siebie jedynej widowni? To byłaby szlachetna optyka, gdyby nie parę stron (page 21) wcześniej:

remanenty

Screwdriver w pudełku
po Świetlikach, Swansi,
Sonic Youth – to tyle jeżeli
chodzi o literę S i pokrewne.

Jeżeli masz młodszego
brata w za dużych spodniach,
jeżeli jego koledzy
przyjdą, popatrzą, powiedzą: elo

ziom – i tak niczego
nie będą w stanie
wysłuchać, zrozumieć.

Ja pierdolę, co za przygnębiający podmiot. Chciałoby się zakrzyknąć za Szpindlerem: „od Mickiewicza po Sosnowskiego jestem skejtem”! Na szczęście cała książeczka nie jest aż tak słaba jak przytoczne kawałki, broni się czymś tam, ale – właśnie – przede wszystkim „broni”, nawet nie uszczypnie. Przychodzi mi na myśl Robert Król, którego pochopnie można by nazwać epigonem Sosny, ale projekt Króla jest tak ekstremalnie radykalny, że pozwala nam (mnie, mi) – co za błogie uczucie! – zapomnieć o istnieniu autora „Coveru”. Używam tytułu tego tomiku nie przypadkiem, kończąc, bo jestem orędownikiem „wymyślania nieprawdy” (kto złapie niteczkę „skąd to?”?) i często boli mnie brzuch gdy podają to samo na wymyślne (hehe) sposoby. Pozorem jest, że nie można odkryć nowego ziemniaka. Nie mam na myśli puree, raczej krębowoloctówrówcznika.

PS Marzy mi się taka wersja „Sary” w końcówce której tytułowa bohaterka domaga się, marzy o aborcji, ale kochanek i rodzice są przeciwko.

Tomasz Pułka -

Podobne artykuły