займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

29 kwietnia 2011 21:15

niedoczytania: Latest post
Grafa: Łukasz Libiszewski

Starałem się po prostu zostać artystą – wywiad z Rafałem Betlejewskim

Performer, artysta przewrotny, specjalista od komunikacji zbiorowej. Twórca raz głośniejszych, raz cichszych akcji: „Tęsknię za Tobą, Żydzie”, „Kapliczka telewizyjna” czy „I like you and you like me” oraz mniej i bardziej znanych eksperymentów teatralnych jak: „Mleko”, „Teatr Przezroczysty”, „Teatr Jednego Dnia”. Kiedyś zasłynął plakatami z powstańcami warszawskimi pod hasłem „A ja czy poszedłbym?”, aby kilka dni później spalić kukłę Grażyny Torbickiej w ramach misterium oczyszczającego „Spal Wstyda”. Był prekursorem promocji naszego pięknego kraju pod hasłem „Polskę wolę”, a zarazem założycielem „Stowarzyszenia Ni Chuja” sprzeciwiającego się płaceniu abonamentu RTV. Takich ludzi zamyka się zazwyczaj w wyświechtanym epitecie „kontrowersyjny”, ale przecież oni też chyba mają uczucia. Kim jest, o czym myśli i po co Rafał Betlejewski?

Marcin Muth: Za kogo Ty się właściwie uważasz?

Rafał Betlejewski: Ale w jakim sensie?

Społecznym, międzyludzkim?

W sensie społecznym nastawiam się na kwestionowanie, upłynnianie ról, mówiąc teatralnie: próbuję wyjść z roli. Zawodowo – jeśli można o tym tak powiedzieć – zmierzam do uwypuklenia konfliktu, jaki zachodzi pomiędzy przyjętą etykietą społeczną a egzystencjalnym, indywidualnym dążeniem do szczęścia. Próbuję zrozumieć, jak język, którego treścią są pojęcia (etykiety, definicje, opinie), determinuje nasze postawy i oceny etyczne. Obecnie skupiam się nad fenomenologią dychotomii: prawda-fałsz, narzucaną nam przez gramatykę języka, czyli logikę. Przyglądam się, w jaki sposób logika wymusza na nas reakcje, które nazywamy moralnymi.

Krótko mówiąc, w sposób zawodowy, zdyscyplinowany prowadzę do zakwestionowania własnych ról i postawienia się w niezwykle niekomfortowej (z punktu widzenia społecznego status quo – które jest obecnie zastępowane określeniem wellness) sytuacji osoby społecznie nieokreślonej. Jest to pozycja, którą społecznie wiążemy z kompromitacją.

Skąd potrzeba kwestionowania ról? Pamiętam Twój projekt pt. „Teatr Jednego Dnia”. Świetnie, choć przypadkowo, wpisał się w niego senator Piesiewicz. Ubrał się w sukienkę, wciągnął jakiś szajs i ukradł pomysł na show. Pamiętam dezorientację opinii publicznej. Jak to? Pan Senator w sukience? Z cukrem pudrem? Pamiętam też, że opinia podobnie zareagowała, gdy podczas robienia zdjęcia, w ramach akcji „Tęsknię za Tobą, Żydzie”, w synagodze poznańskiej zamienionej na pływalnię, rzuciłeś charakterystyczny dla siebie zwrot „tak, to bardzo śmieszne”. Na wielu twarzach wywołał on zaniepokojenie. Jak śmieszne, skoro straszne? Antysemityzm śmieszny? Holocaust śmieszny? Jak śmie? Skąd w Tobie ta chęć kwestionowania, kompromitacji, destrukcji? Co Ci przeszkadza wellness?

Ja, wiesz, w gruncie rzeczy jestem dokładnie takim samym hipokrytą, jak Ci wszyscy hipokryci, którzy „po prostu starają się żyć normalnie”. Czyli dążę do swojego „wellness”. Różnica być może polega tylko na tym, że ja staram się to wellness zbudować w oparciu o moją własną kosmogonię zamiast o konstrukcje typu moralność, etyka, religia, ideologia, narodowość, tradycja, grupa społeczna. A nawet wykształcenie, zawód czy branża, koteria. Wszystkie te konstrukcje mnie cisną. Idę więc „na moje własne wygodnictwo”, co wymaga ode mnie niestety strasznie dużo pracy. Nie wiem, czy ta praca wynika ze zjawiska otoczenia społecznego w ogóle, czy też z POLSKIEGO otoczenia społecznego, które jest wyjątkowo koślawe.

Oskarżenia o relatywizm i nihilizm, które mogłyby wyzierać spoza tak zarysowanego planu, są w stosunku do mnie nieadekwatne. Nie jestem relatywistą, gdyż wierzę w obiektywizm rzeczywistości pozajęzykowej. Krytyki kultury podejmuję się wyłącznie na poziomie języka, co zresztą widać w mojej pracy.

Nie jestem może całkowicie bezkompromisowy.

W oklepanym jak tyłek Szapołowskiej „Kandydzie” Woltera jest na końcu morał o ogródku. Że każdy powinien uprawiać swój i basta. Jakiś złośliwy znawca literatury dopowiedział w interpretacji, że powołaniem Woltera było wrzucanie kamyków do cudzych ogródków. Ty też lubisz buszować po cudzych ogródkach. Potrzebujesz rozprowadzić inne wellnessy, żeby zrobić swój wellness?

Są trzy słowa, które tu rozpatruję: interakcja, ingerencja i inwazja. Wszystkie na „i” – tak się składa. Każdy obiekt istniejący jako swoja reprezentacja w rzeczywistości pojęciowej, czyli widzialnej, wchodzi w te trzy relacje. Innymi słowy, każde pojęcie prowadzi negocjacje ze swoim kontekstem – gdyż tylko w takiej formie może istnieć. Rozróżnienie stopnia aktywności jest dość trudne i wymaga przyjęcia jakiejś kategorii oceny, np. skuteczności albo intensywności, albo istotności, albo adekwatności. Z innej półki są też kategorie przyjemności i awersywności, które niewątpliwie mają tendencję do przemiany w kategorie moralne. Oceny są tu albo indywidualne, albo społeczne, grupowe. To, co nazywasz „wrzucaniem kamyczków”, jest w moim rozumieniu komunikacją. A komunikacja jest procesem negocjacyjnym, w którym tworzy się zjawisko psychiczne zwane podmiotową obecnością. Tak jak wspomniałem wyżej, istnienie jest formą ruchu, przemiany – negocjacji właśnie. To, czy komunikacja jest odbierana jako interakcja, czy inwazja, zależy od oceny rozmówców.

Kliknij, by powiększyć
Kliknij, by powiększyć

Odnoszę wrażenie, że coraz trudniej o to jedno na „i” – interakcję. Większość komunikatów ma charakter inwazyjny, nawet jeśli są pomyślane jako nieinwazyjne lub nawet antyinwazyjne. Odbiorcy komunikatów coraz częściej przyjmują lub odrzucają go nie na podstawie własnej oceny, ale na podstawie ocen wcześniej narzuconych. Ty mówisz w swoich pracach językiem reklamy. Efektownym, prostym i płaskim – przeznaczonym do dość prymitywnych celów. Ale używasz go do poruszenia problemów istotnych, czy to w kontekście społeczeństwa, czy po prostu relacji międzyludzkiej. Ja jednak nie widzę gotowości do interakcji u odbiorców. Widzę chęć poddania się inwazji. Może to przez język, którego używasz, kojarzący się z reklamową perswazją. A Ty, czy spotykasz się z ciekawą próbą interakcji?

No cóż, moje córki, które mają po pięć i siedem lat, najchętniej bawią się iPadem i komputerem. Świetnie obsługują telefony komórkowe. Chodzą na filmy 3D. Wszystko naciskają, zmieniają, przearanżowują. Interakcja, wpływ to jest to, czego poszukują najbardziej. Wydaje się, że to pokolenie rośnie do interakcji. Być może Tobie i mnie w domu mówiono: nie dotykaj, zostaw, bądź grzeczny – ale one na takie komunikaty już nie reagują. Dla nich wszystko musi być dotykalne. Nie chcą być tylko odbiorcami, chcą być nadawcami. Ostatnio na przedstawieniu baletowym w Teatrze Narodowym moja córka chciała tańczyć z zespołem – oczywiście znalazła się starsza pani, która zwróciła jej uwagę, że teraz jest wśród odbiorców, musi więc wpisać się w bierną postawę.

Myślę, że idą czasy ruchu, przemieszczania się, przepływu. Obalane są kolejne mury i udrażniane kolejne trasy. Stajemy się cywilizacją nomadyczną już nie tylko w sensie spektaklu, medium, ale także w sensie fizycznej obecności. To, co mnie ciekawi najbardziej, to upłynnienie wzorców tożsamościowych związanych z narodowością, językiem, rola społeczną, a także coraz bardziej płcią i seksualnością. Być może coraz bardziej ze społeczeństwa spektaklu stajemy się społeczeństwem transgresji. Inwazja, o której mówisz, i której „sobie nie życzysz” – jest być może Twoim (i moim) sprzeciwem przeciwko transgresji, która utożsamiana jest z atakiem na ład moralny. Ten sprzeciw jest w istocie obroną etycznego i estetycznego status quo. Niezwykle wyraźnie ten sprzeciw zaprezentowali protestujący przeciwko spaleniu przeze mnie stodoły dwaj barykadujący się w niej chłopcy. W ich mniemaniu to ja dokonywałem zabronionej, niemoralnej transgresji z branży reklamowej do sztuki, która w ich rozumieniu stanowi „świętą wartość”. Byłem niegodny. Tak samo niegodni są Albańczycy we Włoszech, Arabowie w Izraelu czy kobiety uwalniające swoją seksualność.

Masz głęboką świadomość zachodzących wokół przemian. Nie boisz się czasem o przyszłość swoich dzieci? Znam ludzi, którzy już teraz są sparaliżowani strachem o to, co będzie za 5, 10, 20 lat, a może już w 2012. Oni to nazywają Końcem Świata, ale tak naprawdę chodzi przecież o rozbicie pewnego międzyludzkiego status quo, które zbiegło się dodatkowo z wyczerpaniem dotychczasowej formuły używania Ziemi przez ludzi. Nie obawiasz się, że jeśli nawet nie Tobie, to Twoim córkom może się zawalić niebo na głowę?

Podobno istnieje asyryjska tabliczka z 2800 roku przed naszą erą, na której wyryto: „Ziemia jest zdegenerowana w tych najnowszych czasach. Są znaki, że świat zmierza do swojego rychłego końca.” Moim ulubionym epizodem z tego gatunku jest historia mesjańskiego objawienia Sabbataja Cwi, ortodoksyjnego Żyda, który ogłosił się Mesjaszem i zapowiedział koniec świata na 1666 rok. Zebrał wielu wyznawców. Gdy mu nie wyszło, przeszedł na Islam. Sam przeżyłem podobne strachy w 1999 roku w Nowym Yorku, kiedy wiele osób obawiało się pójść na imprezę sylwestrową na Times Square, gdyż tam miała się zmaterializować katastrofa.

Generalnie „katastrofizm” wpisany jest w nasze doświadczenie przemijania i cierpienia. Trudno nam pogodzić się z myślą, że oto my mamy zniknąć z tego świata, więc przenosimy nieuchronność tej osobistej tragedii na doświadczenie globalne. Przyczyny katastrofy, śmierci, upatrujemy w rozkładzie, chorobie, brudzie, zgniliźnie, a dróg ratunku upatrujemy w oczyszczeniu, świętości. Oto przez świętość mamy doznać życia wiecznego. Przekładamy te mity na życie w ogóle, przez co tworzymy wszelkiego rodzaju mitologię czystości moralnej, rasowej, oczyszczenia ze zgnilizny grzechu, rozkładu moralnego itd. Faszyzm był religią czystości. Jakkolwiek nie odwodzę nikogo od chęci postępowania moralnego, wiem jednak, że „imperatyw moralny” może wynikać z lub doprowadzać do mizantropii. Egzystencjalny strach przed śmiercią, jeśli nie zmienia się we współczucie do wszystkich istot żywych, przeradza się w nienawiść do świata, odczucie skrajnej niesprawiedliwości, i nieokiełznaną potrzebę zemsty. Niewielu z nas stać, by tę zemstę wywrzeć na Bogu, znacznie łatwiej jest nam zemścić się na innych ludziach, a najłatwiej na samych sobie.

Nasz agresywny stosunek do planety, na której żyjemy, zachłanność, z jaką eksploatujemy jej zasoby, brutalność, z jaką obchodzimy się ze zwierzętami, to wyobcowanie się z cierpienia innych stworzeń wynika właśnie i przede wszystkim z naszej utraty wiary w sens istnienia, strachu przed przyszłością i nienawiści do samych siebie. Nie są to jednak cechy nowe, jednak dopiero teraz występujące na taką skalę. I to właśnie skala tych zjawisk zmusza ludzi kochających życie do coraz bardziej natarczywej transgresji na tereny bronione przez strażników „moralności”.

Jedyną tarczą, w jaką możemy wyposażyć nasze dzieci w konfrontacji z katastrofą, jest radość, miłość i pewność, że nasze istnienie ma sens. Nawet jeśli później przyjdzie im te pewność zakwestionować.

Czy nastąpi ten Koniec Świata 2012, czy nie nastąpi, na pewno zdążysz przygotować jeszcze jakąś głośną akcję. Obserwując Twoje dotychczasowe dokonania, zauważyłem pewną prawidłowość. Akcje przyjmowane ciepło i akceptowane przez niemal wszystkich, jak „Zielona Góra tu i teraz” – o mieszkańcach lubuskiego miasta, „A ja, czy poszedłbym?” – o powstańcach warszawskich albo „Teatr Jednego Dnia” przeplatają się z działaniami, które nazywa się kontrowersyjnymi, np. „Spal Wstyda”, „Stowarzyszenie Ni Chuja”, „Mleko” czy słynna „Tęsknię za Tobą, Żydzie”. Nad czym teraz pracujesz? Czas chyba na coś lżejszego?

Tak, wszyscy sugerują mi „coś lżejszego”, są zmęczeni moimi sążnistymi wypowiedziami/wypocinami. Zresztą ja też tak czuję. Mam bardzo dużo pomysłów, które „leżą do zrealizowania” i chyba wezmę się i nadrobię z półki „frywolne”. Nie znaczy to, że nie będzie kontrowersyjnie. Mam też kilka zaproszeń tu i tam. Szczególnie interesuje mnie to „tam”. Zapowiada się, że pojadę do Moskwy na kilka tygodni w ramach zaproszenia na rezydencję artystyczną do National Centre for Contemporary Arts (NCCA). W tak zwanym międzyczasie podjąłem heroiczną próbę stworzenia postaci prezentera telewizyjnego w TVP2, działając w przebraniu i pod pseudonimem. Tak więc, jak widzisz, staram się. Chciałbym poświęcić te następne 10 lat na stanie się znaczącym artystą. Do tej pory starałem się po prostu zostać artystą, co idzie mi jak po grudzie. A ciężkie projekty zawsze sprawiały mi najwięcej satysfakcji.

Prawdopodobnie będziesz pierwszym prezenterem TVP2, dla którego specjalnie kupię telewizor. Dzięki serdeczne za rozmowę i szczere życzenia zostania znaczącym artystą. Tu i tam.

Marcin Muth - filozof, pisarz internetowy, propagator patriotyzmu optymistycznego, twórca legumizmu. Od jesieni 2006 redaktor bloga Warzywo (www.warzywo.blogspot.com). Od lat 90. współredaktor Biuletynu, który teraz występuje w sieci (http://stronawww.blogspot.com), a kiedyś występował w rzeczywistości. Założyciel i właściciel firmy "Radosna Twórczość", służącej do sprzedawania siebie i innych produktów. Pisze powieść, która już jest legendarna, choć nikt jej jeszcze na oczy nie widział.

Podobne artykuły