займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

10 lipca 2012 9:02

Sandra Kamińska – Dopatrzenia (2) – Ćpuńskie wizje – Dashiell „Dash” Snow

Dash Snow wyglądał jak gwiazda rocka. Miał chude ciało pokryte tatuażami, słomiane włosy do ramion, długą brodę i przekrwione oczy, często ukryte za wielkimi czarnymi szkłami. W wieku 27 lat zmarł w hotelowym pokoju po przedawkowaniu heroiny. Gdyby zajmował się w życiu muzyką, trafiłby niechybnie do słynnego „Klubu 27”. Jego biografia doskonale nadawałaby się na opowieść o kolejnej straconej gwieździe muzyki, ulubieńcu Bogów, który umarł młodo, lecz później będzie żyć wiecznie w ich towarzystwie. Tyle tylko, że Dash nie potrafił śpiewać, ani grać na żadnym instrumencie. Nie potrafił chyba nawet robić zdjęć, choć to one sprawiły, że zdobył rozgłos. Dash potrafił żyć – ekstremalnie, szybko, do utraty tchu. I takim życiem nakarmił sztukę, dzięki której stał się sławny. Pisano o Dashu, że nie ma telefonu i nie używa poczty mailowej, więc jeśli ktoś miał ochotę na spotkanie z artystą, musiał stanąć pod oknem jego mieszkania i krzyczeć. Był ostentacyjnie anty – antynowoczesny, antyideologiczny, antysystemowy i jednocześnie mocno narcystyczny. W całym jego zachowaniu, tak hucznie demonstrowanym, było wiele z chęci budowania własnej legendy złego chłopca, którego nie obchodzi forma, który stara się być prawdziwy do szpiku kości, którego sztuka ma skonfrontować odbiorcę z Życiem. Tym prawdziwym życiem: pełnym sprzeczności, kontrastów, jednocześnie cuchnącym, bolącym i dojmującym, ale też szalonym i pełnym czystej radości.

Urodził się w rodzinie arystokratów kolekcjonujących sztukę. Miał prababcię milionerkę i ciotkę, która dostała Oscara za rolę w „Zakochanym Szekspirze”. Gdyby chciał, prowadziłby życie bogacza z koneksjami. Jednak Dash już od najmłodszych lat sprawiał rodzicom problemy: za to został przez nich wysłany do zakładu poprawczego, gdzie spędził dwa lata. Po tym doświadczeniu nie wrócił już do domu rodzinnego. Jego adresem korespondencyjnym stały się ulice Nowego Jorku, a sąsiadami towarzystwo undergroundowych artystów. Dzięki nim rozpoczął swoją działalność jako graficiarz, i tym parał się aż do momentu, kiedy to w wieku 16 lat ukradł aparat fotograficzny i zajął się robieniem zdjęć. Tym sposobem stał się kronikarzem swoich relacji ze światem. Aparatem dokumentował narkotykowe melanże, przez które przewijała się dzika i nieopierzona część nowojorskiej bohemy. Sam twierdził, że gdyby nie zdjęcia, nie pamiętałby z tych imprez niczego. Z biegiem czasu zaczął wyrażać siebie także za pomocą innych technik artystycznych. Jednak przez świat sztuki został zapamiętany przede wszystkim dlatego, że pozostawił po sobie masę fotografii, na których snuje swą opowieść pełną seksu i przemocy. Snuje ją aż do obrzydzenia.

Na jednym z jego zdjęć wielki, brzydki pies stoi na stercie gnijących śmieci i oblizuje się ze smakiem. Może jego panem jest ten mężczyzna, który właśnie zasnął na przewróconym wózku z supermarketu, najpewniej zamroczony po alkoholowej libacji? Dash, prawie jak flaneur XXI wieku wędruje ulicami miast z aparatem w ręce. Obserwuje, rejestruje, zapamiętuje, chociaż momentami dłonie trzęsą się mu za mocno i jest za bardzo „zrobiony” dragami, by trzymać maszynę prosto. Rejestruje ćmy ludzkie, które dopiero wieczorami wyłażą z ukrycia, by funkcjonować z dala od światła dziennego i tak zwanych „normalnych” ludzi. Fotografuje z reguły nocą, w dzień zaś odsypia swoje szaleńcze podboje. Jego przyjaciel Ryan McGinley wspominał, że Dash rankiem zasłaniał okna kocami lub prześcieradłem, by dłużej zatrzymać przy sobie ciemność. Marne światła wydobywają z gęstego mroku demony. Bohaterowie tych zdjęć mają obdarte kolana, posiniaczone twarze i słaniają się ze zmęczenia. Czasem zasypiają na chodniku, czasem włamują się do sklepów, rozbijając szyby. W głębokim poważaniu mają ustanowione przez społeczeństwo reguły gry. Żyją ekstremalnie, żyją na krawędzi. Dash jest członkiem tego narkotykowo-artystycznego gangu. Na imprezach w domach i hotelach fotografuje nagich ludzi, którzy obmacują się wzajemnie, uprawiają seks w dowolnych kombinacjach i wciągają fantazyjne kreski układające się w słowo „fuck”. Rejestruje chwile pełne brutalnej, dziwnej magii.

Dashiell

Dlaczego mnie to przyciąga i wciąga? Dlaczego chcę patrzeć pomimo wstrętu? Mr Snow wprowadza mnie w rzeczywistość pełną historii, których nie chcę doświadczyć, ale które mnie wabią. Jest przewodnikiem po świecie, który jest jednocześnie egzotyczny, niechciany i dojmujący, ale też magnetyczny. Chcę go obserwować, chociaż odruchowo przymykam oczy. Ta podróż ciągnie się przez setki kwadratowych migawek, z których każda celuje palcem w pruderyjną amerykańską obyczajowość. Dash otwiera przede mną bramy piekieł. Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie.

Dashiell "Dash" Snow

W wieku 16 lat Dash Snow odkrywa swoją ulubioną technikę fotograficzną – polaroidy. W dobie zalewu rynku fotograficznego aparatami cyfrowymi wszelkiej maści i wielkości jest to rozwiązanie dość archaiczne. Polaroidy od zawsze jednak miały wyjątkowy charakter. Jest w nich ten rodzaj niebieskawej analogowej nostalgii, która zatrzymuje znikający i rozpadający się świat w naszej pamięci. Przez swoją charakterystyczną kolorystykę polaroidy kierują skojarzenia patrzącego wyraźnie na „kiedyś”, a nie na „teraz”. Swoiste cechy tego typu zdjęć – mniejszy niż standardowo kontrast, delikatne rozmycie i charakterystyczna biała, kwadratowa ramka oraz uzyskanie gotowego zdjęcia już po kilkunastu sekundach od jego wykonania – spowodowały, że dziś prawie każde zdjęcie zrobione tym aparatem nosi znamiona kultowego i szczególnego. To jedna z przyczyn, dla których już sam wybór techniki (bez względu na to, jak zdjęcia są wykonane i co przedstawiają) wypuścił Dasha około roku 2005 na szerokie wody świata sztuki. Snow wybrał dla siebie idealny środek wyrazu. Polaroid z założenia nie był aparatem stworzonym do robienia perfekcyjnych zdjęć. A skoro twoje narzędzie nie jest perfekcyjne, to i zdjęcia zostają uwolnione z jakiegokolwiek przymusu formalnego. Stają się nieskrępowaną ekspresją twórczą. Dash nie komponuje swojego świata, nie przedstawia go nam starannie, nie naświetla, nie wymusza pozy. Pracuje w technice natychmiastowych zdjęć, które wprowadzają nas w jego niepokojącą rzeczywistość. Co istotne – Dash nie robi zdjęć, tak jak Diane Arbus czy później Nan Goldin po to, by pokazać inny świat, będący częścią naszego świata. On pokazuje swój świat, bez pretensji do bycia zrozumianym. To nie są „czułe” zdjęcia. Sam powiedział kiedyś, że nie stara się gloryfikować tego, co zapamiętuje jego aparat, bo zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że czasem to, co pokazuje, jest horrorem.

Przestrzenie charakterystyczne dla jego zdjęć to przede wszystkim ulice Nowego Jorku, dworce, sklepy całodobowe, stacje benzynowe i hotelowe pokoje, w których odbywały się narkotykowe i seksualne orgie. Te fotografie są podróżą do krainy ciemności. Jeden buch, potem kolejny… Zaciągasz się gęstym dymem jego zdjęć i lądujesz na obcej planecie, rozpoczynając eksplorowanie ciemnych zakamarków ludzkiej natury. Krajobraz zgrywa się doskonale ze stanami umysłu bohaterów jego obrazów. Niedbałe światła neonów i witryn sklepowych wyznaczają kierunek wędrówki po kolejnych kręgach piekła. Towarzyszy nam zapach nieopróżnionych śmietników, krwi i starych wymiocin na chodniku. Przemierzamy z Dashem przestrzenie nabrzmiałe samotnością, czasem lękiem, przy akompaniamencie stukotu czerwonych kozaków prostytutki w lateksowych majtkach.

Dashiell "Dash" Snow

Oglądam jeden z najbardziej znanych obrazów pana Snow. Czarny mężczyzna przytrzymuje dłonią swojego członka, z którego biały mężczyzna wciąga kreskę koksu. Już wiem, że to jedno ze zdjęć, które pozostaną ze mną na zawsze. Oglądam je najpierw z odrazą i odrzuceniem: mimo że nie chcę patrzeć, to i tak to robię. Konfrontuję własny wstręt z tą nienaturalną sytuacją. Osobliwość zdarzenia wzbudza jednak we mnie ciekawość, a po wielokrotnym obcowaniu ze zdjęciem nawet śmiech. To zdjęcie nie zostało zrobione po to, by podziwiać na nim kadr, ustawienie światła i formę. Ono ma za zadanie drażnić i pobudzać, prowokować do tego, by się mu przyglądać i dziwić. Ta fotografia przekracza kilka granic wyznaczonych przez kulturę, w której żyjemy: dobrego smaku, prawa i intymności. Wchodzi w zamiataną pod dywan sferę naszego życia. Mówi się o tym coraz częściej, ale nadal nie chce się tego widzieć: „to” siedzi w cieniu naszej egzystencji, przykryte przepoconym prześcieradłem wstrętu lub wstydu. Dash zajmował się wyciąganiem na kliszę wszelkich tego typu odurzających brudów. Jego świat jednocześnie odrzuca i przyciąga.

Dashiell "Dash" Snow

Seksualność to jeden z ulubionych tematów jego zdjęć. Trójkąty, łóżkowe sceny homoseksualne, znajomi i nieznajomi w najróżniejszych erotycznych kombinacjach. Oto kolejna fotografia, która zwraca moją uwagę: dwóch nagich mężczyzn relaksuje się na kanapie wznosząc toast piwem. Pomiędzy nimi siedzi kobieta, która zasłania swoją twarz dłońmi, a genitalia puszką. Cała trójka śmieje się głośno i najwyraźniej świetnie się bawi, choć sytuacja, w której uczestniczą bohaterowie jest właściwie obsceniczna. Snow to barbarzyńca, który wydobywa na wierzch całą mięsistość i cielesność rzeczywistości. Jego fotografie nie działają na mnie tak, jak zdjęcia wielkiej Nan Goldin. Nie ma w nich tych subtelności, czułości i piękna. Są dosadne, a seks jest tu brudny i pijacki. Zapytasz: po co robi te zdjęcia? Dlaczego właśnie tak, a nie inaczej? Odpowiem, że można je postrzegać jako dokument mówiący wiele o współczesnym pokoleniu amerykańskich dwudziestolatków. O tym, w ekstremalne metody rozrywki i spędzania czasu uciekają dziś, w świecie, w którym króluje nihilizm, cynizm, sarkazm i orgazm. W świecie, gdzie ciało staje się tylko mięsem i narzędziem, które pozwala na osiąganie satysfakcji bez uczuć i spełnienia.

Dash dobrze wiedział, z kim się zakolegować. Dwójka jego najlepszych przyjaciół – Dan Colen i Ryan McGinley – pracowała żmudnie nie tylko na swoją sławę, ale też swojego łobuzerskiego kolegi. Ich trójkę okrzyknięto mianem „Dzieci Warhola”. New York Magazine pisał, że choć każdy z nich czerpie z tych samych źródeł, to jednak tworzą zupełnie różną sztukę. Dash był tym najbardziej tajemniczym, brutalnym i mrocznym. Kiedy skończył 25 lat, wiedział już o nim cały nowojorski artystyczny świat. Jesienią 2007 roku razem z Colenem poleciał do Londynu, gdzie zorganizowano im wystawy w słynnej Saatchi Gallery. Potem jego prace pokazywane były m.in. w Rogal Academy w Londynie i Pergamon Museum w Berlinie. Po kilku latach robienia tylko i wyłącznie zdjęć, zaczął też szukać innych środków wyrazu – od kolaży, poprzez instalacje i performance, aż po video art. Dziennikarze pokochali go: bardziej niż wartość artystyczna jego prac interesowało ich skandaliczne i oryginalne prowadzenie się pana Snow. Po jego śmierci Ryan McGinley napisał o Dashu, że był on jego pierwszą muzą i jedną z najważniejszych, jakie kiedykolwiek posiadał. Snow podzielił krytyków już w czasie swojej pierwszej indywidualnej wystawy w nowojorskim Lower East Side. Jedni myśleli o nim jako kolejnym dzieciaku z aparatem, a inni uznali go za proroka młodej sztuki, podążającego szlakiem wielkich – Nan Goldin i Larry’ego Clarka. Wielu natomiast zobaczyło w nim przede wszystkim jedną z najbardziej autentycznych postaci, jakie kiedykolwiek widział świat sztuki.

Kontemplując jego polaroidy zastanawiam się, kto naprawdę krył się pod wizerunkiem freaka nowej sztuki. Czy był to znudzony biały bogaty dzieciak, który nie wiedział co ze sobą zrobić i w poszukiwaniu wrażeń rozpoczął prawdziwe wild days na nowojorskich ulicach? Czy może artysta, tworzący sztukę szczerą do bólu? Dash był dobrze urodzonym chłopcem, który pewnego dnia postanowił być zły. Życie poskąpiło mu powodów do buntu, więc sam je sobie stworzył wybierając życie na krawędzi, z dnia na dzień, w mieszkaniu pełnym szczurów, z żyletkami na podłodze. Pytanie, na ile Dash Snow zyskał zainteresowanie świata sztuki ze względu na swoje pochodzenie czy swoją przedwczesną śmierć, a na ile z powodu rzeczywistej wartości swojej twórczości pozostaje bez odpowiedzi. Prawda pewnie jak zwykle leży gdzieś po środku. Powiedzmy sobie szczerze – kochamy przeklętych, straconych wariatów, którzy popełniają samobójstwa lub pod wpływem różnego rodzaju substancji przechodzą na drugą stronę tęczy, już nigdy z niej nie wracając.

Dash Snow był łakomy życia i połykał je wielkimi kęsami. Pewnej nocy pstryknął kilka zdjęć witryn sklepowych. Przyklejone do szyb kartki z napisami: „Now or never” oraz „No time left” wydają się najlepszym podsumowaniem filozofii życia tego dzikusa nowej fotografii.

Sandra Kamińska -

(ur. 1986) – studentka antropologii literatury i niestudentka italianistyki. Wyznaje wiarę w książki i filmy.

Podobne artykuły