займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

10 września 2010 17:59

niedoczytania: Latest post

RzKŚ odc.32 – Wieże Babel

Zadanie było proste i nie zapowiadało wydarzeń ostatecznych. Trzeba było tylko wywieźć młodą polską naukowiec z Polski, gdzie nikt jej nie chciał, do Holandii, gdzie czekało na nią ważne zadanie. Wzięliśmy dość duży samochód i pojechaliśmy szybko przez całe Niemcy, zatrzymując się tak rzadko, jak tylko się  dało.

Niemcy jak Niemcy. Denerwująca przestrzeń, która wydłuża Polakom drogę do zachodniej Europy. Z autobahna nic ciekawego nie widać, nawet gdyby się rozglądało. Staraliśmy się nie wydać tam żadnego euro i to właściwie się udało. Jakimś cudem nie trzeba u nich płacić za każdy metr autostrady, nawet jak się nie jest Niemcem.

Holandia przywitała nas zimno, ale przyjaźnie. Drogi gładkie, szerokie i zwinne prowadziły nas prosto do celu, okrążając miasta noszące nazwy, których spokojnie mógł użyć Tolkien do określania swoich niziołkowatych bohaterów. Enschede, Hengelo, Almelo, Appeldorn, Deventer i wreszcie zniszczone przez polskich spadochroniarzy Arnhem.

Na miejsce zajechaliśmy pod wieczór. Szok cywilizacyjny spowodował, że nie skręciłem w tę ulicę, co trzeba, bo wydawała mi się ścieżką rowerową. Zmrok zapadał coraz szybciej, a my nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Schludne holenderskie domy świeciły jasnymi oknami bez zasłon. Świeciły jakoś nie tak jak trzeba. Świeciły złowrogo.

Droga prowadziła przez niewielkie miasteczko, kręcąc między osiedlami identycznych domów jednorodzinnych, identycznych bloków lub identycznych kamienic. Wszystkie tak skrupulatnie dopasowane do potrzeb ludzi, że ani jeden nie zwracał na siebie uwagi. Delikatnie odsunięte od szosy przyczaiły się w gęstej zieleni ogrodów, jakby czyhając na nas.

Przez wysokie drzewa prześwitywały światła wysokiego budynku, do którego mieliśmy dotrzeć. Na tle ciemniejącego nieba i niewysokiej, najwyżej czteropiętrowej zabudowy, górował niczym Goliat nad Dawidem, przyglądając się błądzącym po ulicach miasteczka przybyszom z dzikich pól rubieży europejskich. Cierpliwie czekał, aż naiwni gastarbeiterzy sami wjadą prosto w jego łapy.

Sterczący wysoko w górę budynek, zwiódł nas swoim migotliwym blaskiem. Podjechaliśmy na parking i skonstatowaliśmy, że coś jest nie tak. Owszem – kształt,  gabaryty, otoczenie – wszystko to wskazywało, że trafiliśmy dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Coś jednak się  nie zgadzało. Dookoła chodzili ludzie, z którymi nie byliśmy się w stanie dogadać w żadnym znanym nam języku.

Zachowujący się z pozoru normalnie młodzi ludzie nie potrafili się porozumieć nie tylko z nami, ale także między sobą. W ich oczach malowały się zdumienie, bezradność i pączkujące szaleństwo. Nie mogli poradzić sobie z najprostszymi zdaniami w języku angielskim, francuskim, niemieckim czy hiszpańskim. Nie, nie, wcale nie mówili po holendersku. To było coś bardziej strasznego. To był balal.

Balal odebrał im zdolność porozumiewania się. Skłócił ich ze sobą, choć wcale nie chcieli. Otoczyli nas z nadzieją, że pomożemy im odzyskać logos. My jednak przybywaliśmy z zupełnie innego świata, nieznany był nam jeszcze ten problem. Ledwośmy się nauczyli dukać w lingua franca, myśląc, że to otworzy nam drzwi do lepszej przyszłości. Byliśmy bezradni i coraz bardziej przerażeni zacieśniającym się wokół nas chaosem.

Na szczęście nagle pojawił się profesor Ruud. Tak jak myślałem, pomyliliście budynki, powiedział przyjaźnie poprawną angielszczyzną. Odetchnęliśmy z ulgą, nareszcie ktoś posługiwał się znanymi nam słowami. Wasz budynek jest tam, wskazał w kierunku przeciwległego końca miasteczka, gdzie stał identyczny drapacz chmur. Zaprowadzę Was, dodał, wsiadając na rower.

Pojechaliśmy za nim, chcąc jak najszybciej opuścić miejsce naznaczone piętnem szaleństwa. Przy drugim wieżowcu wszystko grało. Studenci się krzątali, rowery stały w rzędach, a parking gościnnie witał samochody wolnymi miejscami. Co się stało w tamtym budynku, zdobyłem się na odwagę, żeby zapytać profesora. Nic takiego, odparł lekceważąco, nie dogadali się. Najwyraźniej nie chciał rozwijać wątku i czym prędzej skierował nas do wnętrza akademika.

Budynek był identyczny jak tamten. Wysoki na 18 pięter, składał się z trzech równych skrzydeł odchodzących od okrągłego kręgosłupa, wypełnionego spiralnymi schodami. Każde piętro to trzy oddziały składające się z ośmiu pokojów z kuchnią, wspólnych: prysznica i toalet. Na końcu każdego oddziału zewnętrzna klatka ewakuacyjna.

Do tego w najdrobniejszych szczegółach przemyślanego pojemnika na studentów, upchnięto kilka tysięcy osób z całego świata. Od Demokratycznej Republiki Konga po Spitsbergen, od Surinamu po Hawaje. Każdy z nich operował innym językiem lub swoją odmianą języka powszechnie uznawanego za angielski.

Windy były trzy i prowadziły do różnych pięter według klucza. Jedna na co trzecie piętro zaczynając od pierwszego, druga od drugiego, trzecia od trzeciego. Welle done. Między nimi uwijali się pracowicie studenci, przenosząc meble, rzeczy, alkohole, żywność i mówili hello z najróżniejszym akcentem.

Hello, powiedział Chińczyk wnosząc miskę ryżu do windy. Rise, rise, rise. Rise up. Up, up, up. Upside. Side, side, side. Miska ryżu, miska, ryżu. Hello, hello. Nigeryjczycy wnoszą szafki. Ciężkie szafki nie chcą same iść na piętro. Uf, uf. Mnóstwo głów. Gdzie lodówka? Pardon? Lokówka? Pusta makówka.

Come on, let’s go, beatiful view. Fiu fiu. Push it. Push up. Hello, hello. Hello, I love you. Where are you from? U le le le le le. Ein zwei drei. To jest twój pokój. Poprzedni lokator pojechał do domu. Skąd był. Z Etiopii. Studiował zarządzanie wodą. Wasser. Water. Aqua. L’eau. Ho ho.

Tam walczyliśmy z Niemcami. Kto walczył? My, Holendrzy. Gówno tam walczyliście. No dobra nieważne. Supermarket, bus station, university. Capisci? Ja ja, naturlich. Kom kom, hej, ja na ta kom. Hej, ja na ta kom. Kom kom. Ra ta ta, ja bom. Bom bom, hej, ja na ta kom. Ja na ta kom, bom bom. Hello, hello, kom hier, follow me follow. Kom kom, ja na ta kom. Bim bom. Bim bom.

Schodząc po zakręconej klatce schodowej, zaczęliśmy ulegać podszeptom z bocznych korytarzy. Nasze języki zaczęły się wyginać, a nawet wyślizgiwać. Spojrzeliśmy na profesora Ruuda, ale on już sobie radośnie podrygiwał z grupą kolorowo ubranych Ghanijczyków w rytm nowej pieśni plemiennej. Kom kom, ja na ta kom. Bim bom. Ja na ta kom.

Balal rozszalał się także w tym budynku. Jednostki języka rozsypały się i nie chciały złożyć na powrót. Prawdopodobnie wszystko będzie trzeba zaczynać od początku. Carramba, chciałoby się powiedzieć.

Marcin Muth - filozof, pisarz internetowy, propagator patriotyzmu optymistycznego, twórca legumizmu. Od jesieni 2006 redaktor bloga Warzywo (www.warzywo.blogspot.com). Od lat 90. współredaktor Biuletynu, który teraz występuje w sieci (http://stronawww.blogspot.com), a kiedyś występował w rzeczywistości. Założyciel i właściciel firmy "Radosna Twórczość", służącej do sprzedawania siebie i innych produktów. Pisze powieść, która już jest legendarna, choć nikt jej jeszcze na oczy nie widział.

Podobne artykuły