займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

3 września 2010 18:53

niedoczytania: Latest post
[grafa w zastępstwie Lewego: Leszek Onak]

RzKŚ odc.31 – Kiedy leżę na łące, to widzę motyle

Jak się tak śledzi na bieżąco ten cały zgiełkliwy Koniec Świata, to można zapomnieć, że są gdzieś miejsca, które pamiętają jeszcze stare, dobre czasy. Przypomniał mi o tym niezaangażowany w prace reporterskie kolega. A jak jesteś na łące, to widzisz motyle? – zapytał.

Poszedłem sprawdzić. Najpierw najbliżej. Nad Wartę. Usiadłem i czekałem. Przyszli. Było ich czterech. Przynieśli tulipany. Zapytali, czy chce wpierdol. Nie, dziękuję uprzejmie, odpowiedziałem i poszedłem dalej. Rzucili za mną kamieniem, ale nie dałem się sprowokować. Nie ma głupich.

Wziąłem rower i pojechałem za miasto. Niedaleko, tuż za rogatki. Przez las, przez pole, na łąkę usłaną kwiatami. Usiadłem sobie pośrodku i czekałem. Nadleciały. Kluczem. Może dziesięć, może dwa. Były wysoko, więc widać nie było. F-16 z pobliskiego poligonu. Nie strzelały.

Ja też jestem przyrodą – chciałem się bronić, ale moje słowa zagłuszył ponaddźwiękowy samolot sunący tuż nad lasem i dokonujący zrzutu. A jemu pan mandatu nie da? – zapytałem z nadzieją. Jemu nie, bo on ma interes narodowy, a pan tylko własny.
Nie strzelały, ale mnie namierzyły. Pojawiły się śmigłowce zrzucające komandosów. Wszędzie. Biegli ku mnie z karabinami i kamuflażem. Nie strzelali. Powiedzieli tylko, żebym natychmiast opuścił strefę zrzutu. Jaką strefę zrzutu, przecież za tym laskiem jest osiedle? – rozsądnie podjąłem dyskusję.

Bez dyskusji. Jest lotnisko wojskowe, to musi być strefa zrzutu. Takie są procedury. Proszę stąd odjechać. Ale, co z miastem? – próbowałem się odwołać do interesu społecznego – coś może na nie spaść. Nie ma miasta, jest interes obronny państwa – odpowiedział oficer i uprzejmie, acz zdecydowanie podał mi rower.

Chcąc nie chcąc pojechałem dalej. Bez wielkiej nadziei na sukces postanowiłem oddalić się od miasta oraz interesu obronnego państwa. Jechałem i jechałem. Przez pola, łąki, pagórki, łęgi oraz moreny denne i czołowe. Ze słuchawek wciśniętych głęboko w uszy sączył się głos Iana Curtisa.

Mimo niezbyt optymistycznej nuty, starałem się nie zauważać Końca Świata. Beztrosko skupiłem się na drodze oraz delikatnie się snujących po okolicy landschaftach. Zaczynałem się już nawet czuć jak jakiś poeta w „ostrowach burzanu”, albo inny prozaik kontemplujący rozdarte sosny, gdy nagle spadł na mnie cios Hłaski.

Zanurzoną mając głowę w chmurach, nie zauważyłem kupy ważnych rzeczy. W jedną z nich wjechałem. Pochlapało mnie, bo nie mam błotników. Nie pachniało bzem. Skręciłem do jeziora. Nie było nikogo. Nikogo poza strażnikiem leśnym, który wlepił mi mandat za naruszenie przyrody Parku Narodowego.

Ja też jestem przyrodą – chciałem się bronić, ale moje słowa zagłuszył ponaddźwiękowy samolot sunący tuż nad lasem i dokonujący zrzutu. A jemu pan mandatu nie da? – zapytałem z nadzieją. Jemu nie, bo on ma interes narodowy, a pan tylko własny.

A widział pan motyle – zapytałem, mając nadzieję na znalezienia szczęścia w nieszczęściu. Ba, motyle ciągle widzę, odparł z pewnością siebie strażnik. Choćby tam za rogiem, na parkingu. Jak to na parkingu – zdziwiłem się – miały być na łące. Na łące to są zające, odparł ze śmiechem strażnik, po czym odszedł grożąc mi palcem.

Wziąłem interes w troki, zajechałem na parking. Faktycznie, wokół roiło się od motyli. Pazie Królowej, Bielinki Kapustniki, Zmierzchnice Trupie Główki oraz sam Rusałka Admirał. Wszystkie starannie nabite na szpilki i zapakowane w ramki. Z bezpotrzebnym już narządem Johnstona skierowanym ku szybie.

Muzeum Przyrodnicze wyprzedaje kolekcję, powiedział jeden z oglądającyh, okazja, polecam. Ponieważ motyle wydały mi się trochę nieszczęśliwe, pojechałem kawałek dalej, z czystym sumieniem pokontemplować siedzibę gauleitera Kraju Warty Arthura Greisera położoną malowniczo na szycie stromej łąki spadającej ku jezioru. Są jeszcze przecież piękne miejsca, powiedziałem do siebie, trzeba tylko dobrze poszukać.

Marcin Muth - filozof, pisarz internetowy, propagator patriotyzmu optymistycznego, twórca legumizmu. Od jesieni 2006 redaktor bloga Warzywo (www.warzywo.blogspot.com). Od lat 90. współredaktor Biuletynu, który teraz występuje w sieci (http://stronawww.blogspot.com), a kiedyś występował w rzeczywistości. Założyciel i właściciel firmy "Radosna Twórczość", służącej do sprzedawania siebie i innych produktów. Pisze powieść, która już jest legendarna, choć nikt jej jeszcze na oczy nie widział.

Podobne artykuły