займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

28 sierpnia 2010 19:13

niedoczytania: Latest post

Przedsmak: Ryszard Apte – „Niepokój” – Ha!art – 8 września 2010

Jako pierwsi prezentujemy dwie ryciny z książki Ryszarda Aptego – „Niepokój” – Ha!art.

KRÓTKI OPIS KSIĄŻKI: Publikacja składa się z faksymilowej reprodukcji zeszytu Aptego oraz książki „Apte. Niedokończona powieść” autorstwa Marcina Kowalskiego i Piotra Głuchowskiego – specjalistów w zakresie śledztwa historycznego. Reporterzy „Dużego Formatu” w chwili rozpoczęcia pracy nad „Niepokojem”  znali jedynie nazwisko jego autora zanotowane na okładce zeszytu. Dzięki wielomiesięcznej pracy udało im się ustalić jego pochodzenie, dotrzeć do nielicznych dokumentów poświadczających jego losy, jego ówczesnych znajomych, odtworzyć atmosferę salonów dwudziestolecia międzywojennego w Krakowie, początku drugiej wojny światowej we Lwowie, getta w Wieliczce, a w końcu obozu koncentracyjnego w Stalowej Woli. Ze względu na skąpe informacje książka przybiera na przemian formę narracji historycznej i powieści.

Poniżej prezentujemy wybrane ryciny i fragment książki:

okładka

Kliknij, by powiększyć

fryzjer

Kliknij, by powiększyć

ryba

Kliknij, by powiększyć

29

Ostatni dzień czerwca i pierwszy dzień lipca są dziwnie spokojne, jak gdyby zapadła cisza przed burzą. Ustała gorączkowa krzątanina sowieckich urzędników, ich pomocników i rodzin. Uciekli. Ucichły pojedyncze rewolwerowe strzały. Mężczyźni z żółto-niebieskimi kokardami na marynarkach chodzą teraz po ulicach, tworząc coś na kształt patroli. Niemcy chyba już są – podobno weszli od Bogdanówki i Persenkówki – ale jeszcze nie widać ich dobrze. Na wieży ratusza wisi jednak flaga ze swastyką, a obok ukraińskie chorągiewki.

W upalne popołudnie, które ciężko zawisa nad miastem, zaczynają śmierdzieć trupy.

Ludzie podają sobie z ust do ust straszne informacje o tym, co stało się w więzieniach. Mecenas Apte wraca z centrum. Nie udało mu się wynająć niczego – ani samochodu, ani furmanki. Stracił pieniądze, kapelusz, laskę, papierośnicę i zegarek. Cywile z kokardami zatrzymali go na chodniku i kazali wszystko oddać. Na pożegnanie dali po twarzy i poszli dalej. Ojcu jeszcze trzęsą się ręce.

– Ta zbrodnia nie zostanie bez pomsty – mówi i nie musi dodawać, o co chodzi. Smród czuć nawet w mieszkaniu, mimo zamkniętych okien.

Polacy i Ukraińcy będą się mścili. A na kim mają wziąć odwet, jeżeli członkowie partii, milicjanci, urzędnicy z komitetów i rad nagle zniknęli? Przyjdzie Żydom zapłacić za dwuletnią symbiozę z sowietami, za radosny udział w akademiach i pochodach, za Julię Brystygierową i jej pomoc międzynarodowym rewolucjonistom. Za te świństwa wypisywane o Polsce w „Nowych Widnokręgach”, za natchnione artykuły kolegów o szczęśliwym uwolnieniu od pańskiego gniota.

Ojciec surowo zakazuje wychodzenia na ulicę.

30

Wieczorem w kuchni gospodyni z inną młodą Ukrainką opowiadają o marszu na więzienia. Z początku poszli najodważniejsi, potem – cały tłum. Teraz na mieście rozruchy. Kobiety lamentują, mężczyźni rozbijają witryny spółdzielczych sklepów, piją wódkę – coś na pewno się stanie.

Wieczorem – Rysiek to czuje – miasto nie kładzie się do snu. Ludzie, krzycząc z okien, zwołują się na jakieś nocne mityngi, przejeżdżają niemieckie ciężarówki i ciężkie motocykle, znowu słychać pojedyncze strzały.

Rankiem na ścianach domów znajdują plakaty nawołujące do rozprawienia się z żydokomuną. Mężczyźni z kokardami wyciągają Żydów z domów, biją, rozbierają do naga, każą się czołgać. Prócz pojedynczych strzałów coraz częściej słychać długie, karabinowe serie: Niemcy rozstrzeliwują – po dziesięciu, dwudziestu – „element niebezpieczny dla Rzeszy”.

Gosposia mówi, że Żydzi i Żydówki, pędzeni do zakopywania pomordowanych w więzieniach, szli na kolanach. Musieli całować rozkładające się zwłoki, myć trupy w baliach, a potem sami się w nich kąpać. Nawet te poniżenia nie ocaliły im życia.

Ryszard nie może opędzić się od natrętnej myśli – w każdej sekundzie ktoś w tym mieście ginie tragicznie. Trzydzieści sekund, trzydzieści trupów, minuta – sześćdziesiąt. Dziesięć minut, godzina, pięć godzin… Minęło już pół dnia.

Kolacja z mamą i tatą upływa w milczeniu. Gdy się kończy, ojciec jeszcze raz prosi syna, by nigdzie nie wychodził. Sam idzie do sąsiada – starego aptekarza nazwiskiem Zajdel. Będą się zastanawiali, przy filiżance samogonu zaprawionego rumiankiem, czy armia niemiecka jest w stanie pokonać Związek Radziecki.

Matka leży na otomanie, twarz przykryła chustką.

Ryszard próbuje czytać Boya-Żeleńskiego. Po nim bierze się za Londona, ale nawet najukochańsze książki nie są w stanie odgrodzić go od ciągów poszarpanych myśli. Po dwuletniej przerwie znowu jesteśmy Żydami. Znowu naznaczeni.

Jest jeszcze gorzej niż w Krakowie. Tam prześladowali nas tylko najeźdźcy i ich nieliczni poplecznicy. Niemcy pojawili się razem z całą swoją potęgą munduru i machiny, ze swoją administracją, z przygotowanymi listami – nic dziwnego, że od razu znaleźli się tacy, którzy postanowili się do nich przyłączyć. Ale to było inne, obce.

Tutaj przeciwko takim jak Ryszard występuje – jak mu się wydaje – miasto jako całość. Nie ma jeszcze muru getta, który by ich odgrodził od reszty, nie ma jeszcze łaty na ramieniu – poniżającej, lecz zarazem w pewien sposób jasno określającej sytuację i dającej prawo do zajęcia miejsca na samym dnie. Jest chaos. Trwa pogrom.

31

Płoną synagogi. Giną polscy profesorowie. Na piaskach koło Winnik przez kilka dni rozstrzeliwują księży. Więzienie Brygidki znowu zapełnione. Płoną polskie książki z bibliotek szkolnych. Egzekucje w bramach, na rogach ulic, na podwórkach. Wystarczy pokazać kogoś patrolowi i zawołać: „Był komsomolcem!”, albo „To Żyd!”. Rysiek wychodzi z domu na krótko i tylko wtedy, gdy musi.

Pod koniec miesiąca Ukraińcy urządzają sobie – z okazji rzekomej rocznicy śmierci – Dni Semena Petlury. Pijani faceci pędzą po ulicach rozebrane do naga Żydówki, rabują mieszkania, podpalają wyrzucone z okien meble. Chłopi, którzy przyjechali tu z okolicznych wiosek, rabują najmocniej. Biorą wszystko – rwą nawet tapety ze ścian. Biją wielkimi, drewnianymi pałami. Niemcy filmują krew na chodnikach.

Ale to już koniec festiwalu żółto-niebieskich kokard.

Jeszcze kilka dni i „niezależni” Ukraińcy także zostaną rozpędzeni. Koniec z cywilnymi patrolami, koniec z samowolą. Wkracza niemiecki porządek. Żydzi powyżej czternastego roku życia mają natychmiast nałożyć opaski z gwiazdą. Zakaz wchodzenia do „aryjskich” sklepów i restauracji. Kupowanie na targu czegokolwiek poza kartoflami i solą – zabronione. Po mieście mogą się poruszać tylko do godziny dwudziestej.

Ryszard idzie do pracy w hotelowej szatni. Ojciec załatwił mu tę posadę dzięki pomocy sąsiadów. Szef – pan Stanisław, obdarzony ogromnym wąsem – pozwala na czas roboty zdejmować z rękawa opaskę. Dzięki temu Rysiek nie musi się bać, że któryś z podpitych klientów spoliczkuje go dla zabawy, jak to się stało z chłopakiem, który czyści tutaj buty.

Są także inne zalety nowego zajęcia. Po pierwsze, idzie się do pracy w południe, gdy ruch na ulicach jest mniejszy, a wraca o piątej?-?szóstej rano. Wtedy też jest spokojnie. Po drugie, hotelowi kucharze zostawiają Ryśkowi resztki jedzenia i można je zanieść do domu.

32

Ojciec odlicza złote carskie jednorublówki.

Na zapleczu restauracji Rysiek wymienia je za cukier, kawę, papierosy, świece. Nie może wyjść z podziwu, obserwując rodzące się drobne fortuny sprytnych kelnerów, handlarzy walutą, kolejarzy i prostytutek, które chodzą do Niemców. Jedna z nich, podpita i wyraźnie zaciekawiona urodą Ryszarda, chce go nad ranem zaciągnąć do pokoju. Młody Apte wykręca się, jak może, co najpierw śmieszy, a potem denerwuje „pannę Renatę”, jak tu na nią wołają hotelowi boje.

– A nie jesteś ty, aniołeczku, nożykiem ochrzczony? – pyta podejrzliwie, gdy Rysiek po raz drugi gorączkowym szeptem tłumaczy, że on „nie może odchodzić od numerków nawet na chwileczkę…”.

Panna Renata łapie go upierścienioną dłonią za pośladek; Ryś drętwieje. Na szczęście na ratunek przychodzi pan Stanisław.

Do trzydziestego dziewiątego, jak mówili Ryśkowi kucharze, hotelowe kurwy drżały na sam jego widok. Pan Stanisław ściągał z nich swoją dolę za to, że pozwalał żyć. Po wejściu bolszewików on został palaczem w kotłowni, one – rozpierzchły się po kwaterach. Teraz znowu Stanisław jest ważny, ale i dziewczynki zhardziały. Taka Renatka, dla przykładu, podkłada się esesmanom, kto wie do czego jest zdolna? Dlatego były palacz grzecznie prosi, by zostawiła chłopaka.

– Toż to jeszcze, panno Reniu, gimnazjalista jest…

– I to mi się właśnie podoba.

– Że też panna nie ma jeszcze dosyć o takiej porze… Napijmy się herbaty, zapraszam. Każę kuchcikowi ukroić ciasta wiedeńskiego. A ty, Rysiu, kończysz na dziś. Do domu! I zawołaj mi tu Fredka do szatni.

33

Przedpołudniami, przed wyjściem do pracy, Rysiek rysuje i pisze powieść. Z kolegami, z którymi jeszcze niedawno chadzał na koncerty, spotyka się już tylko w mieszkaniach. Miejsca publiczne są zbyt niebezpieczne. Nie ma dnia, by jakaś kolumna Żydów nie wychodziła za miasto w asyście Schupo lub ukraińskiej policji. Nigdy nie wracają. Ojciec gwałtownie posiwiał. Przy obiedzie opowiada synowi, kto ze znajomych z Krakowa ewakuował się na wschód, kto zginął w lipcowych pogromach, kto zaginął bez wieści, a kto wrócił do Krakowa.

Wracać?

Na Sanie nie ma już granicy i cofających się nad Wisłę jest coraz więcej. Podobno w podkrakowskich miasteczkach – Wieliczce i Niepołomicach – Żydom żyje się całkiem znośnie. W Wieliczce mieszka teraz ciocia Regina – siostra mamy, wysiedlona ze swego krakowskiego mieszkania. Napisała w liście, przewiezionym przez Polkę, że Niemcy wzięli gigantyczny okup, by Żydzi mogli w tym miasteczku przeczekać do końca wojny. Pisała też, że Polacy nikogo tam nie atakują, że żyje im się całkiem spokojnie, a największym zmartwieniem jest drożyzna.

Ryszard i jego tato chcieliby mieć tylko takie kłopoty.

Tutaj, w ich spokojnej dotąd kamienicy, atmosfera z każdym dniem robi się coraz cięższa. Przechodząc przez bramę w drodze do pracy, Apte junior słyszy ukraińskiego dozorcę:

– Jeszcze tu czosnkiem trochę śmierdzi, ale to już niedługo.

Ojciec mówi, że w październiku muszą się przenieść do sutereny.

Matka, słysząc to, dostaje ataku paraliżu.

34

Rysiek próbuje uciec w swój świat. Choć początek października jest słoneczny, to w suterenie zalega mrok i chłód. Pisze i rysuje. Kreśli smętną postać grzebiącą w śmietniku, w zaułku jakiegoś dużego miasta, gdzie ulicami spacerują eleganckie pary. Postać jest obdarta, jej twarz – nieważna.

Kolejny rysunek: wyniszczona kobieta śni o rybie, ale ryba ukazująca się w majaku nie ma ani grama mięsa – to szkielet. Tłusta jest za to ośmiornica, która zza okna wyciąga macki po nieszczęsną.

Matka Ryszarda już od miesięcy prawie nie rusza się z kanapy.

Syn też zaczyna chorować. Niewinne z początku odchrząkiwanie połączone z katarem zamienia się teraz w głęboki, studzienny kaszel. Nie pomaga stawianie baniek ani nocne nacieranie spirytusem. Koniec z chodzeniem do pracy. Zostało przesiadywanie z milczącą mamą w wilgotnej izbie i teczka z rysunkami. Pomiędzy stanami osłabienia trwającymi nawet po kilka godzin Rysiek rysuje, jeśli tylko jest wystarczająco jasno, aby wyciągnąć kartki. Jeżeli leży, kładzie teczkę na kolanach. Jeżeli ma siłę usiąść, siada na stosie oprawnych w skórę książek, których nie udało się ojcu sprzedać. Stołem jest taborecik, rysunkowym albumem – ostatnie niezapisane kartki, okładką albumu – zeszyt, jaki został mu ze szkoły na Brzozowej.

Na okładce wcześniej nakreślił piórem: „Ryszard Apte 1939/1940”. Teraz nie mógłby tego zrobić, bo tato sprzedał pióro.

35

Pod koniec października młody organizm zwycięża chorobę. Ojciec podejmuje decyzję:

– Jedziemy do Wieliczki – mówi Ryszardowi.

No bo dlaczego nie?… Dlatego, że matka może się poruszać już tylko o kulach albo na wózku? Że podróże są dla Żydów niebezpieczne, a wagony nur für Deutsche? Dlatego, że trzeba będzie ściągnąć opaski, za co grozi śmierć? Bo nie mają pieniędzy na opłacenie dobrych speców od przerzutu?

– Jedźmy!

Już w przedziale kolejowym młody Ślązak, widząc zainteresowanie Ryszarda niemiecką gazetą, proponuje grzecznie:

– Wollen Sie lesen?

– Ja, natürlich, bitte…

– Wo fahren Sie?

Od słowa do słowa toczy się niespieszna pogawędka dwóch młodzieńców. Polska przewodniczka, którą mecenas Apte wynajął za dwadzieścia rubli w złocie, odpala jednego papierosa od drugiego, a ręka drży jej tak, że nie może trafić.

Kolejny raz kobieta bliska jest paniki, kiedy na krakowskim dworcu kolejowym mecenasa zauważa jeden z jego przedwojennych współpracowników. Polak kłania się, chce chyba podejść i uścisnąć rękę, ale Henryk Apte przyspiesza kroku, ciągnąc za sobą zdezorientowanego syna. Przewodniczka i Amalia na wózku zostają same.

– Nie rozglądaj się, synku. Idziemy do toalety, za chwilę wrócimy. One nas na pewno widzą.

– Tato…

– Spokojnie, spokojnie… kiedy przejedziemy przez Kraków, będziemy bezpieczni.

Redakcja Niedoczytania.pl - Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły