займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

16 października 2010 13:19

niedoczytania: Latest post

Przedsmak: Piotr Marecki – „Każdy inny. Wspomnienia o Jasiu Stoberskim” – Ha!art – październik 2010

Prezentujemy fragment książki Piotra Mareckiego – „Każdy inny. Wspomnienia o Jasiu Stoberskim” – Ha!art

O książce:

Jan Stoberski żył na sposób franciszkański, jadł niewiele, wszędzie chodził na piechotę, właściwie nie posiadał niczego, większość zarobionych na druku opowiadań pieniędzy pożyczał. Jak sam pisał, „upajał się szczęściem z powietrza”. Miał tylko jeden nałóg: był uzależniony od ludzi. Codziennie przemierzał Kraków strategicznie obmyśloną trasą, odwiedzając mieszkania znajomych.

Podczas wizyty niewiele mówił, za to chętnie słuchał, czasem przysypiał, po jakimś czasie przenosił się do kolejnego mieszkania, do kolejnych ludzi. Znowu słuchał, znowu przysypiał. Zachowywał się przy tym tak, jakby go nie było, jakby założył czapkę niewidkę. Po starannym obchodzie wracał do siebie na Paulińską i ze swoich obserwacji „robił” literaturę.

Piotr Marecki poniekąd powtórzył gest Stoberskiego – udał się w trasę (stoberskiadę) po krakowskich mieszkaniach i słuchał ludzi, których kiedyś odwiedzał Stoberski. Z tych wizyt zebrał okruchy wspomnień, nierzadko wykluczających się opowieści, nieliczne fotografie, portretujące pisarza nazywanego powszechnie „Proustem z Krowodrzy” i jego metodę, która polegała na mistrzowskim utrwalaniu w literaturze drobnomieszczańskiego Krakowa okresu PRL-u.

„Stoberski pisał „na piechotę”. Żył jak piechur i pisał jak piechur. Spokojnie tworzył swoje podobne do siebie opowiadania. Wydają się one nieokreślone i podobne jedno do drugiego, jak chmury nad polną drogą, a jednak z wolna zmieniają konfiguracje, krążąc po mieszkaniach, kawiarniach, schodach i ulicach. Kosmos Stoberskiego, kosmos piechura, przewrotnie zwyczajny, wciąga czytelnika znienacka i z zupełnie nieoczekiwanej strony – kiedy, nie obawiając się niczego, przygląda się układowi poduszek w adwokackim mieszkaniu” [Andrzej Barański]

Jak wyglądał zwykły dzień Jana Stoberskiego?

MS: Miał swój rozkład zajęć. Nie wstawał zbyt wcześnie, szedł na krótki spacer, jakieś zakupy, potem pisał, odpoczywał, po południu znowu pisał, nie pamiętam już, jakie to były godziny, powiedzmy między trzynastą a piętnastą pisał – musiało być jasno, bo pisał tylko przy świetle dziennym. Wieczorem wychodził na spacer do znajomych, dzień w dzień. Każdy dzień wyglądał tak samo, czy to była sobota, czy niedziela, czy inny dzień tygodnia.
Do kościoła nie chodził, nie wiem, czy wierzył, czy nie, ale żył tak, jak dekalog nakazuje. Święta wielkanocne czy Wigilia – zawsze brał w tym udział. Ale do kościoła nie. Przestrzegał zasad dekalogu nie dlatego, że tak było napisane, tylko taki był.
TH: Słyszałem taką historyjkę: Józiu, jako chłopiec, pogniewał się na Janka, napisał na kilkudziesięciu karteczkach: „Janek ukradł mamie 5 złotych” i wyrzucił karteczki przez okno, żeby przechodnie się dowiedzieli, jaki okrutny jest Janek

Bardzo niewiele z życia rodzinnego przedostało się do literatury. Są piękne portrety rodziców.

MS: Niewiele. Coś o babci, coś o mnie, ale to są takie wzmianki przy okazji Bonza. Dłuższych opisów rodziny nie zamieszczał, tylko takie przypisy przy jakiejś okazji.
TH: Bardzo rozdzielał rodzinę i znajomych. Nie było osób, które by to spinały. Wydaje mi się, że raczej nie opowiadał znajomym o rodzinie, i o znajomych też nie opowiadał w domu. Czasem opowiadał jakieś anegdotki, ale nie relacjonował. Nigdy nie mówił, do kogo idzie. Wiedziałem tylko, że był u Demarczyk na Wigilii. Z jego anegdotek można było wywnioskować, że znajomi byli podobni do niego, że mieli czasem szalone pomysły.
MS: Być może kiedy słuchał znajomych, to go wena nachodziła. A o nas nie pisał, więc nie musiał
obserwować.

Chodzenie, podróże
TH: Janek bardzo lubił spacerować, lubił piesze wędrówki, dwadzieścia, trzydzieści kilometrów to dla niego nie była żadna odległość. Tę samą trasę mógł zresztą pokonywać wielokrotnie. Cieszyły go widoki przyrody, zając biegnący, łąka, las. Mówił, że to jest dobre dla jego oczu. Zieleń.
MS: Kiedy mama pracowała na UJ ocie, jeździłam na kolonie pracownicze do Krościenka, do wilii Granit, i co roku Janek odwiedzał mnie, czasem przychodził pieszo, a czasem przyjeżdżał na rowerze. Oczywiście nie robił całej trasy w ciągu jednego dnia. Kolejna historyjka rodzinna: jest takie ciasto krakowskie, cwibak, zawsze u mnie w domu było pieczone i mama dała Jankowi taki cwibak dla mnie. Janek zabrał, ale po drodze spał w stogu siana, ktoś poczęstował go kwaśnym mlekiem – i po trzech, może czterech dniach przyjechał. Cwibak był twardy jak kość.
TH: Janek jeździł dużo na rowerze, może kiedyś jechał autobusem, ale o pociągu nie słyszałem nigdy. Opowiadał mi raz taką historię: kiedyś wyszedł po pierwszej w nocy z Krakowa i następnej nocy, nad ranem przyszedł do Zakopanego, szedł dwadzieścia cztery godziny, bez przerwy. To była późna wiosna, ale w Dolinie Strążyskiej był jeszcze śnieg, a w szałasie, w którym chciał się zdrzemnąć, było błoto. Więc do rana się gimnastykował. Dopiero kiedy słońce się pokazało, to w tym słońcu się wygrzał, położył i odpoczywał. Nie chodził zresztą do Zakopanego często, może kilka razy.
MS: Kiedy nie mógł już wyjeżdżać za miasto, poprosił swoją znajomą, doktor psychiatrę, która potem przeniosła się na wieś i została malarką, rzeczywiście pięknie malowała, żeby namalowała mu kozy, owce, góry, wieś po prostu. I ja mam ten obraz u siebie. Podarował mi go, oprawiłam i mam teraz u siebie.

Wojna
TH: Kiedy zmarła babcia, siostra Janka, po pogrzebie przyszedł do nas proboszcz parafii świętej Katarzyny, bezpośredni bardzo, sympatyczny człowiek. Wiedział, kim jest Janek, i chciał od niego usłyszeć parę rzeczy: coś o nim albo o jego literaturze. I pyta: „co pan robił w czasie wojny?”. Może chciał usłyszeć, że Janek pisał wtedy albo był bohaterem. A Janek na to mówi: „A handlowałem wódą…”. Kupował spirytus, zdaje się, od lotników i za parę groszy sprzedawał. Niedrogo, bo jemu było potrzeba na książkę, na chleb, na podstawowe rzeczy. Dlaczego miał się tego wstydzić?
MS: Wywieźli go potem na roboty do Niemiec. Wzięli go w łapance. Kiedy był na robotach, maszyna obcięła mu palec, ale pamiętam, jak babcia mówiła: „Po coś ty wsadzał sobie ten palec do maszyny?”. „A co będę dla Niemców robił…” Może więc specjalnie to zrobił – żeby móc wrócić do domu. Zamiast tego wysłali go do bauera.
TH: Nie był tam długo, może osiem miesięcy. Parę razy pytałem go o ten pobyt, o te przymusowe prace, nie miał specjalnie złych wspomnień: tylko że było ciężko, że jadł zmrożoną kapustę.

Ludzie
MS: Komu Janek nie pomagał? Kiedy młodzi malarze, początkujący literaci przychodzili do Janka i prosili o pieniądze, Janek natychmiast im pożyczał. A jeśli przychodziła taka pijaczka, która mieszkała na dole i chciała pożyczyć na wódę, to też pożyczał [śmiech]. To nie było wybiórcze.
Przychodziło do niego mnóstwo ludzi, pamiętam taki okres, kiedy przychodzili Bursa, Iredyński, Otwinowski. Pamiętam taką historię, kiedy pan Otwinowski zasiedział się u Jasia i już wyszedł z pokoju, po czym minęło piętnaście, dwadzieścia minut, wychodzę na korytarz, bo coś potrzebowałam z kuchni, i widzę, że w długim przedpokoju wtulony w futrynę stoi sztywno pan Otwinowski, a przed nim siedzi nasz Bonzo. Bonzo niczego nie był uczony, ale sam sobie wydumał, że jak ktoś wejdzie, to bardzo proszę, ale wyjść już nie musi. A Otwinowski się go piekielnie bał, więc nie wołał, nie mówił nic, tylko stał. Przychodzili też Harasymowicz, Mróz, Macedoński. Boże kochany, ilu ich się przewinęło przez to mieszkanie. Z Iredyńskim chodziłam zresztą do szkoły, Harasymowicza znałam, Bursa był kolegą mojego brata z Nowodworskiego, przychodził do niego i grali w cymbergaja, kiedy byli kilkunastoletnimi chłopcami.
TH: Janek nie żywił do nikogo nienawiści, pretensji. Każdego widział pogodnie. Nawet Niemców. Miał też kolegów Żydów. Jeden z nich wysyłał mu paczki. Pamiętam, że wtedy dostawałem od Janka pomarańcze czy długopisy.
Kiedy byłem studentem, zaprosiłem do siebie studentów polonistyki, kolegę z UJ otu i koleżankę z Wrocławia i poprosiłem Janka, żeby im poopowiadał trochę o pisarzach, których znał w Krakowie. Wyobrażałem sobie, że to będą długie opowieści, a to były takie anegdotki, śmieszne historyjki. O Putramencie mówił, że „na dzieła Putramenta szkoda piór i atramenta”. A o Iwaszkiewiczu opowiadał, że była jakaś wycieczka i Iwaszkiewicz zasłabł na niej, chyba specjalnie, żeby go chłopcy nieśli, i był bardzo uradowany, że niesie go kilku przystojnych młodzieńców.
MS: Albo o Jalu Kurku: „Pnie się w górę cal po calu, Kurek Jalu, wylazł wreszcie na pagórek, Jalu Kurek”. Janek to opowiadał i śmiał się. Lubił takie ciekawostki.
Adorował kobiety, nie wiem, skąd się to wzięło u niego, a to była taka bezinteresowna adoracja, nie były to chyba żadne większe miłości czy miłostki. Jakiegoś większego uczucia nie było, zdaje się, w jego życiu – gdyby było, babcia by o tym pewnie wiedziała.
[…]
MS: Był rozpoznawalny przez sam swój styl bycia. Znało go chyba z dwieście osób w Krakowie. Mógł się zaprzyjaźnić, rozmawiać i z tym, kto węgiel nosi, i z tym, kto z piwem stoi, i z Otwinowskim. Nigdy nie miał siebie za jakiegoś wielkiego literata, nie wywyższał się.
TH: Janek chciał się trochę odciąć od postrzegania go jako literata, inteligenta. Siostra wykształcona, szwagier też, rodzice szwagra też. A on chciał być kojarzony z prostymi ludźmi, ich słuchał i o nich pisał. Nie pisał w swoich opowiadaniach o przyjaciółce pani profesor, tylko o ekspedientce w sklepie, w której się podkochiwał. Żeby się zasymilować z tymi prostymi ludźmi, próbował mówić ich językiem i pewnie w towarzystwie zdarzało mu się powiedzieć: mliko, chlib.
Dwa?-?trzy ostatnie lata życia nie pisał. Ostatnie książki dawał maszynistce, sam robił tylko korektę. Kiedy organizowałem jego przeprowadzkę, przewoziłem trochę rzeczy osobistych, książek, nie było tam żadnych rękopisów czy notatek.

Ostatnie lata
TH: Janek zamieszał u Pawła Heszena na Prokocimiu – na dwa lata. Ale źle się tam czuł. Rzadko przyjeżdżałem do Krakowa, ale kiedy przyjeżdżałem, to go odwiedzałem i pytałem, jak się czuje. Źle się czuje. W końcu zaproponowałem mu, że zabiorę go na Paulińską, stwierdził, że bardzo chętnie, zorganizowałem transport, zabraliśmy jego rzeczy, książki i jeszcze z pół roku mieszkał na Paulińskiej. Potem był już niesprawny, przestał wstawać, jeść. Nie chciał już żyć. Pamiętam taką rozmowę. Janek mnie pyta: „Tomek, a ile człowiek może żyć bez jedzenia?”. „No, miesiąc”. Kiedy rozmawiałem z nim znowu po miesiącu, to stwierdził, że miesiąc nie jadł, a tu żyje. Stwierdził, że skoro nie może chodzić, bo już nawet nie mógł do łazienki pójść, nie może czytać, to nie ma po co żyć.
MS: Przyjaźnił się z psychiatrą Mitarskim i jego synem i oni namówili go w końcu, żeby poszedł do szpitala do Prokocimia, na oddział geriatryczny. Przyjeżdżałam do niego do szpitala, rozmawiałam z lekarzami, badania podstawowe miał tak dobre jak u młodego człowieka, ale starość robi swoje. Przyjeżdżała do niego Ewa Demarczyk, przywoziła tulipany, raz nawiozła tyle, że w wiaderkach trzeba było stawiać. Śpiewali razem, bo Janek lubił śpiewać. Potem przenieśli go do Domu Opieki, ale on bardzo źle się tam czuł.
TH: Zmarł spokojnie. Pielęgniarka powiedziała: „Dzień dobry, panie Janie”, odwróciła się, żeby przewinąć drugiego chorego, bo usłyszała głośny oddech Janka, a on już nie żył.
MS: Leży na Cmentarzu Rakowickim, z bratem i rodzicami. Nie napisał żadnego testamentu.

Każdy inny. Wspomnienia o Jasiu Stoberskim

Redakcja Niedoczytania.pl -

Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły