займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

10 maja 2011 23:17

niedoczytania: Latest post

Przedsmak: Paweł Czapczyk, „Portret humanisty. Zygmunt Kubiak…” – Wydawnictwo Poznańskie – maj 2011

Prezentujemy fragment książki Pawła Czapczyka „Portret humanisty. Zygmunt Kubiak. W kręgu eseistyki, mitologii i krytyki kultury”, Wydawnictwo Poznańskie

OPIS KSIĄŻKI: Autor „Portretu humanisty” – w porywającym stylu badawczym i eseistycznym – przywraca Kubiakowi należne mu miejsce na mapie powojennej literatury polskiej, europejskiej krytyki literackiej i światowej mitografii. Poprzez szereg kulturowych odwołań i literackich zestawień porównawczych uczy, jak czytać Kubiaka na uczciwych warunkach. Czapczyk ukazuje pisarza niemal nieznanego, niekłamanego w swej prostocie, za to w pełni świadomego swoich racji.  Jednak interpretacja zaproponowana przez autora jest czymś więcej: w kolejnych rozdziałach-odsłonach redefiniuje on szeroko rozumianą współczesność, którą posądza o płytkość, pośpiech i dążność do narzucania totalnego przekonania, że roztrząsanie spraw podstawowych nie ma już znaczenia. W portrecie Kubiaka – eseisty tworzy więc Czapczyk alternatywę dla współczesności, upominając się o możliwość innej humanistyki, takiej, która dostęp do zasobów przeszłości pozostawia otwarty.

POLSKA SZKOŁA ŚRÓDZIEMNOMORSKA

O odrębnościach i specyfice „polskiego eseju” napisano już wiele – ogólnie i szczegółowo. Jak dowodzi M. Wyka – apogeum czytelniczej popularności polski esej osiągnął w latach 80. poprzedniego stulecia. Jego poetykę kształtowały tak różne zjawiska, jak szkice Stanisława Vincenza (1888-1971), Jerzego Stempowskiego (1893-1969) czy zachowującego największą ścisłość pojęciową w tym gronie Bolesława Micińskiego (1911-1943), a w dalszej kolejności – Jarosława Iwaszkiewicza (1894-1980), Jana Parandowskiego (1895-1978), Józefa Wittlina (1896-1976), Józefa Czapskiego (1896-1993), Czesława Miłosza (1911-2004), Andrzeja Bobkowskiego (1913-1961), Pawła Hertza (1918-2001), Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (1919-2000) i Konstantego A. Jeleńskiego (1922-1987); do pewnego zaś stopnia – Mieczysława Jastruna (1903-1983) i Jana Kotta (1914-2001). Ślady poprzedników odnajdujemy w twórczości następnych pokoleń literackich – u Zbigniewa Herberta (1924-1998), Ryszarda Przybylskiego (ur. 1928), Zygmunta Kubiaka (1929-2004), Jarosława Marka Rymkiewicza (ur. 1935), Wojciecha Karpińskiego (ur. 1943), Adama Zagajewskiego (ur. 1945) czy u najmłodszych polskich autorów (skupionych zwłaszcza wokół „Zeszytów Literackich” – np. u Marka Zagańczyka /ur. 1967/). Wyróżnikiem tekstów pisanych przez pierwsze pokolenia owej plejady miało być to, co Miłosz określił w swej Historii literatury polskiej jako połączenie staroszlacheckiej gawędy  (na którą składają się myśli o własnym dziedzictwie historycznym, swojskie anegdoty i upodobanie w lokalnym kolorycie) z klasyczną formacją kulturową, rozległą humanistyczną erudycją i eschatologicznym przeczuciem końca pewnej epoki. Dać to miało w efekcie zwolnioną i zmitologizowaną jakby opowieść o czasie minionym. Modelowym przykładem takich „prób” była twórczość Vincenza, który – sięgając do źródeł prowincjonalnego folkloru – wykreował niebywale nośny, wielokulturowy mit wysokiej połoniny. Idealizując archaiczną enklawę Huculszczyzny, dostrzegł on w tamtejszych rytuałach i zwyczajach oraz legendach chasydyzmu „zagubione wartości dawnej, pierwowiecznej kultury europejskiej”, a mianowicie harmonijną więź człowieka z Bogiem, drugim człowiekiem i naturą. Jednocześnie ten żarliwy orędownik zapoznanych tradycji objawił się jako krytyczny komentator nowożytnej cywilizacji, która zbudowana na światopoglądzie racjonalistycznym, zsekularyzowana i zdehumanizowana, już w pierwszych dekadach XX wieku zorientowana była na „świetlane” wizje przyszłości. „Utrwalając na zawsze Czarnohorę, polsko-szlachecką, huculską i żydowską kulturę tego pasterskiego kraju, epika Wysokiej Połoniny pozwala nam odetchnąć powietrzem innej Europy Wschodniej, tej, która była nie spełnioną przez historię możliwością” – uroczyście powie w przemówieniu nad grobem Vincenza i jego żony w 1991 roku Zygmunt Kubiak. Zaś Adam Zagajewski w książce z 2007 roku przypomni czy raczej ponowi – toutes proportions gardées – gest swego wielkiego poprzednika, odwołując się do mitu Europy Środkowej (krainy naznaczonej piętnem wspólnych doświadczeniach historyczno-kulturowych) jako do nigdy tak naprawdę nieziszczonego projektu ponadnarodowej wspólnoty czytających i medytujących, tworu fizycznie wręcz pustego, ale może tym bardziej – jak twierdzi – realnego, że żyjącego w umysłach i duszach poszczególnych pisarzy.

Rzutowanie spraw partykularnych na europejskie uniwersum, odnoszenie własnego hic et nunc do tradycji klasycznej i bez mała wiecznej, stanowiło więc o swoistości, spécialité de la maison, „polskiego eseju”. Wszystko to wyrażone powściągliwie, w „niespiesznym rytmie”, często z dystansem, a na dodatek zaprawione, mimo grozy epoki, melancholijnym nierzadko sceptycyzmem, stało się jakoby polską specjalnością.

Jednak niepokoje Stempowskiego, Micińskiego i Vincenza były częściowo zbieżne ze spostrzeżeniami niektórych zachodnich humanistów i filozofów z początku minionego stulecia (np. Jose Ortegi y Gasseta), którzy będąc świadkami powszechnego zmarnienia gustów i obyczajów, przewidzieli zagrożenia związane ze zmianą struktury społeczeństw, inwazją kultury masowej oraz postępującą technicyzacją świata. Wkrótce zresztą Stary Kontynent doświadczył czegoś znacznie gorszego: traumy dwóch totalitaryzmów. I pojałtański podział Europy na dziesięciolecia zamroził naturalny obieg kulturowy.

Większość polskich eseistów, tych, którzy zdążyli zadebiutować przed 1939 rokiem, pozostała na emigracji. Stempowski (jako Paweł Hostowiec) oraz Vincenz, Czapski, Miłosz, i Herling-Grudziński korzystali teraz głównie z łamów paryskiej „Kultury”. Wittlin od 1941 roku żył i pracował w Nowym Jorku. Manifestujący zaś swoją wolność na każdym kroku Bobkowski, prozaik i eseista o duchu wiecznego buntownika, w radykalnym geście protestu wobec intelektualnej i moralnej (jego zdaniem) zapaści Zachodu, w 1948 roku na zawsze wybrał Gwatemalę. Powstająca w tym czasie literatura krajowa, oderwana od tradycji w imię potrzeb nowego człowieka, została zdławiona narzuconą ideologią i dogmatyzmem socrealistycznym. Swobodniejszy rozkwit życia literackiego nastąpił dopiero po październikowej odwilży roku 1956. Wtedy na arenę wkroczył poeta i dramaturg, jeden z najciekawszych polskich twórców minionych dekad, którego eseistyczny talent po raz pierwszy w pełni objawił się wraz z wydaniem Barbarzyńcy w ogrodzie (1962) – Zbigniew Herbert.

Pielgrzymując do jaskiń Lascaux, Luwru, włoskich muzeów i tawern, a także do miejsc kaźni templariuszy i albigensów, Herbert przyjął na swe barki wielowarstwowe dziedzictwo kultury zachodniej. Jako zachłanny przybysz z zza żelaznej kurtyny i mniemany barbarzyńca z peryferiów Europy, a zarazem świadomy spadkobierca wieków, patrzył z bliska na arcydzieła sztuki. Organoleptycznie doświadczał piękna, ale i był świadom rozziewu pomiędzy przechowywanymi w pamięci faktami i wyobrażeniami a rzeczywistym statusem sztuki wysokiej i jej współczesną recepcją w świecie Zachodu. Podejmując centralny dla całej swojej twórczości problem dziedzictwa i wydziedziczenia, próbował odpowiedzialnie określić swoje własne miejsce w świecie starych śródziemnomorskich dekoracji.

Inaczej postąpili dwaj inni eseiści – Ryszard Przybylski i Jarosław Marek Rymkiewicz. Nieco bliżsi akademickiej dyspucie, „zadowolili się – jak pisze Małgorzata Sugiera – podróżami w wyobraźni, intelektualnymi przygodami interpretatorów, którzy w cierpliwym mozole lektury śledzą splątane wątki, nawroty metafor, kontynuacje i zmiany poetyckiej materii na przestrzeni stuleci”.

Jeszcze inaczej do śródziemnomorskiego bogactwa mitów i archetypów podszedł Mieczysław Jastrun. Przekonany o marności ludzkich wysiłków wobec niszczycielskiego pochodu czasu, skupiając w sobie wszystkie katastroficzne przeczucia i lęki człowieka wieku ideologii pisał w Micie śródziemnomorskim (1962) o przewartościowaniu wszystkich wartości i o postępie, którego efektem jest „wielki cmentarz śródziemnomorski”. Jego esej pt. Chmura nad Śródziemnomorzem kończyły słowa, na których fatalistyczne piętno odcisnęła propaganda zimnej wojny: „Tysiąclecia mogą w każdej chwili spłonąć w jednym śmiertelnym błysku. Wizja chmury radioaktywnej unosi się nad Śródziemnomorzem”.

Na tym tle zgoła nieprawdopodobnie pobrzmiewał, początkowo słabo słyszalny głos Zygmunta Kubiaka, filologa klasycznego i tłumacza, który w kolejnych książkach eseistycznych (zapoczątkowanych Półmrokiem ludzkiego świata w 1963 roku), twierdził – jakby na przekór historii i prawom geopolityki – że on sam nigdy z tradycją klasyczną nie zerwał, i że Polska duchowo, jak za czasów Jana Kochanowskiego i Jana Parandowskiego, wciąż leży nad Morzem Śródziemnym. Kubiak na swoim przykładzie dowodził żywotności i ciągłej aktualności tradycji. Pokazywał, że odpowiednio zrozumiana i przeżyta ma ona niewiele wspólnego z archeologicznym skansenem. Konsekwentnie i bez uprzedzeń rozsnuwał wielkie paralele między starożytnością a światem współczesnym, przekazując polskiemu czytelnikowi nie tylko swój zachwyt nad śródziemnomorskim dziedzictwem, ale i ofiarowując rodzimej literaturze szereg wartości wywodzonych bezpośrednio z kultury antycznej.

REGRES

Jakkolwiek w drugiej połowie minionego stulecia esej wciąż uchodził za typ piśmiennictwa wyrafinowanego i elitarnego, i miał prawo być kojarzony w Polsce z kulturą o rodowodzie szlacheckim, to zainteresowanie nim autorów rekrutujących się z różnych środowisk i tradycji oraz napór literatury popularnej, stopniowo wpływały na zmianę jego powszechnego wizerunku. Na fakcie tym zaważyła również tkwiąca w nazwie dwuznaczność, która uprawomocniła – o czym już wspominałem – podejście sugerujące, że esejem jest „każda praca szkicowa i niezupełna”.

Niemal odosobniony w 1957 roku na polskojęzycznym gruncie głos Józefa Wittlina, przywołujący do skromności i powściągliwości, przypominał o obowiązku przywrócenia słowu „esej” jego właściwego znaczenia. Słabo słyszalny choćby z powodu oddalenia (symbolicznego charakteru nabiera w tym kontekście zarówno tytuł odczytu – Blaski i nędze wygnania, jak i miejsce jego wygłoszenia – nowojorski „P.E.N. Club in Exile”) był wręcz biblijnym głosem wołającego na puszczy.

W tych samych latach 50. XX wieku amerykański krytyk i językoznawca Joseph Wood Krutch swój teoretycznoliteracki pamflet zatytułował wymownie No Essays, Please!.

Z przywileju pisania „esejów” skwapliwie korzystali bowiem dziennikarze i humaniści, teolodzy i filozofowie, przyrodoznawcy i poeci, a nade wszystko ci najbardziej uświadomieni: literaturoznawcy. Nieomalże normą wśród badaczy literatury (historyków, teoretyków i krytyków) stało się scalanie prac rozproszonych – uczonych dysertacji, wykładów i referatów, a także okolicznościowych mów, swobodnych komentarzy, recenzji oraz interpretacji – poprzez opatrywanie ich wspólnym nagłówkiem lub podtytułem „eseje”. Co więcej, na praktyczny użytek konkretnych książek formułowano niekiedy jednorazowe kategorie normatywne (wystarczy tu wspomnieć Prawdy niemiłe. Eseje Włodzimierza Boleckiego, ale przykładów można znaleźć znacznie więcej).

Zjawisko narastało. Szpalty czasopism zapełniały się utworami, na kanwie których można by z powodzeniem uczyć studentów (i to od poziomu językowego począwszy, poprzez kompozycję, a na postawie autora-narratora skończywszy), jak właśnie esejów pisać nie należy. Hasło „esej” zaczynało budzić popłoch i trwogę. Stawało się synonimem nie elegancji stylu i kunsztu literackiego, lecz intelektualnego partactwa. W swobodzie formalnej i wyzbyciu się reguł coraz częściej dopatrywano się usprawiedliwienia dla braku uzdolnień i nieporadności niektórych twórców.

Eseje nie trafiły może pod strzechy, ale z pewnością pod dachy szkół podstawowego i średniego szczebla nauczania (i jeśli w świecie anglosaskich college’ów podręcznikowe wypisy i antologie stawały się poglądową lekcją stylistyki, szkołą czytania i pisania, polegającą na podpatrywaniu mistrzów i terminowaniu u najlepszych, to u nas, niby to nobilitując piszących uczniów, wyparły tradycyjne wypracowania, streszczenia i rozprawki).

Wreszcie rosnącym w siłę elementem na mapie powszechnego rozproszenia stało się pojawienie tzw. eseju internetowego, organicznie związanego z nowym „demokratycznym” medium – Internetem, umożliwiającym rozwinięcie życia quasi-literackiego na nieznaną dotychczas skalę.

Kliknij, by powiększyć
Redakcja Niedoczytania.pl -

Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły