займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

4 grudnia 2010 16:41

niedoczytania: Latest post

Przedsmak: Hubert Klimko-Dobrzaniecki, „Bornholm. Bornholm” – Znak – 3 lutego 2011

Prezentujemy fragment tekstu z książki Huberta Klimko-Dobrzanieckiego „Bornholm. Bornholm” – wyd. Znak

O KSIĄŻCE: Niemcy, początek drugiej wojny światowej. Horst Bartlik prowadzi spokojne, pozbawione namiętności życie, do momentu gdy dwa wydarzenia zmieniają jego losy: odkrycie, że nie kocha już swojej żony, i wcielenie do armii. W wojskowej bazie na Bornholmie odzyskuje pewność siebie. Wojna staje się jego wybawieniem, szansą na drugie życie.

Bornholm, czterdzieści lat później. Młody mężczyzna opowiada swoje życie pogrążonej w śpiączce matce, którą kocha i nienawidzi jednocześnie. W końcu może przestać uciekać od jej zaborczej miłości. Po raz pierwszy rozmawia z nią brutalnie szczerze.

Dwie narracje, dwie historie splecione niewidzialną nicią przypadku lub przeznaczenia. Bohaterowie najnowszej powieści Dobrzanieckiego znajdują się w stanie ciągłego napięcia. Walczą. Z instynktami, pragnieniami, emocjami. Walczą o zachowanie godności, o prawo do decydowania o swoim życiu. Obu bohaterów łączy to samo, powtarzane wciąż na nowo i różnymi głosami pragnienie. I coś jeszcze.

1
Widzę cię, jak stoisz w ogródku przy krzaku malin. Jest ciepło i nie ma wiatru. Obok twojej lewej stopy leży wiklinowy koszyczek. Leniwym ruchem ręki przepędzasz osę. Powraca kilka razy, aż wreszcie rezygnuje i kieruje się w stronę rzędów czarnej porzeczki. Delikatnie zrywasz najbardziej dojrzałe owoce. Te purpurowe, duże i piękne, aż błyszczą. Nie spieszysz się, zresztą nigdy nie lubiłaś pośpiechu. Siedzę na parapecie i patrzę. Uwielbiam cię obserwować. Oglądasz dłonie. Najpierw wierzch, potem spód i znowu się zachwycasz, że wygrałaś z krzakiem, że i tym razem nie zostawił ani jednego kolca, ani jednego zadraśnięcia. Kładziesz się na plecach i patrzysz w niebo. Prawą ręką wyrywasz źdźbło i wkładasz do ust. Czekasz. Wiesz, że przyjdę. Wcześniej czy później zejdę z parapetu, zamknę okno, wejdę do kuchni, potem do sieni, otworzę drzwi i będę na ganku. Tam posiedzę chwilę na schodach i pójdę w twoją stronę. Po prawej minę starą topolę obrośniętą bluszczem, a po lewej orzech, który co dwa lata umiera i co dwa lata wraca do życia. Przejdę obok kilku wiśni i śliw i będę już przy tobie, czując zapach malin i zapach murku, na którym rozgościło się dzikie grono. Za chwilę się podniesiesz. Usiądziesz i skrzyżujesz nogi. A potem sięgniesz ręką do koszyka i wyjmiesz malinę. Tylko jedną. Powiesz: „Zamknij oczy i otwórz buzię”. Poczuję niesamowitą słodycz. Kilkanaście razy będziemy odgrywać tę samą scenę. Ty będziesz mi wkładać do ust po jednej malinie, a ja za każdym razem będę otwierał buzię i zamykał oczy. Potem powyrywam najdłuższe źdźbła trawy i powiążę je z sobą. A potem każdą wyjętą malinę przekłuję źdźbłem, aż powstaną korale. Zawieszę ci naszyjnik, a ty powiesz: „Piękny i pięknie pachnie”. Przyjdzie wieczór i położę się do łóżka, ale tej nocy nie będę mógł zasnąć, bo z twojego pokoju będą dobiegać jęki. Podejdę do drzwi i przyłożę do nich ucho. Zerknę przez dziurkę od klucza. Blade światło oświetli twoją nagą postać. Leżysz na kołdrach i poduszkach uformowanych w ludzką postać. Trzymając się oburącz metalowych główek z przodu łóżka, jeździsz ciałem po tych kołdrach i poduszkach w górę i w dół. Oddychasz głęboko, coraz głębiej. Aż w pewnym momencie tracisz oddech i na chwilę zapada cisza, która na sam koniec przeradza się w pisk. Wyglądasz przez chwilę, jakbyś spadła na te kołdry z wysokiego budynku. Przez moment nie żyjesz, nie oddychasz, nie wydajesz z siebie żadnego dźwięku. Boję się, że umarłaś, ale po chwili odwracasz się na plecy i bierzesz głęboki wdech. Widzę, jak prawą dłonią zaczynasz powoli gładzić lewą. Potem dłoń wędruje niżej, niżej, aż zatapia się. Znowu zaczniesz jęczeć i palce lądują w twojej buzi i znowu tam na dole. Tak wiele razy będziesz je topić pomiędzy nogami i w buzi, aż ponownie dopadnie cię bezdech, aż ponownie umrzesz i ponownie ożyjesz. Na sam koniec wstaniesz i włożysz koszulę nocną. Kiedy zobaczę, że zbliżasz się do drzwi, szybciutko i cichutko ucieknę do swojego łóżka. A kiedy otworzysz drzwi od pokoju, zacisnę mocno oczy, aby cię upewnić, że twardo śpię. Ty przemkniesz przez mój pokój do kuchni i umyjesz dłonie. Napijesz się mleka i popatrzysz przez okno na sad. Otworzysz je na oścież i zawiesisz wzrok na cieniu orzecha. Nagły i silny podmuch da życie skrzypiącym okiennicom. Odwrócisz się i z zafrasowaniem w oczach spojrzysz w stronę mojego łóżka, ale ja będę dalej udawał, a ty będziesz przekonana, że smacznie śpię. Następny silny podmuch zmusi cię do zamknięcia okna. Jeszcze przez chwilę będziesz stała w kuchni, bo przez szybę zobaczysz błysk, a liście orzecha nagle zaczną się dotykać. Potem będą następne błyski i usłyszysz grzmoty. Ja się wtedy obrócę na bok. A ty dalej będziesz stała i patrzyła, jak krople na szybie łączą się z sobą i stróżkami ciekną w dół. Szyba stanie się całkowicie nieprzejrzysta, ale ty naciągniesz na dłoń rękaw koszuli nocnej i chuchniesz. Dotkniesz szyby i wykonasz okrężny ruch. Za chwilę znowu zaparuje. Zrezygnujesz i udasz się do mojego pokoju. Usiądziesz w nogach i będziesz na mnie patrzeć. Choć mam zamknięte oczy, dobrze wiem, co robisz i gdzie patrzysz. Jeszcze raz upewnisz się, że twardo śpię, bo przewrócisz mnie z boku na plecy. Ja będę dalej wspaniale udawał i nawet do głowy ci nie przyjdzie, że byłem pod drzwiami, że patrzyłem przez dziurkę od klucza. Wrócisz do swojego pokoju, wejdziesz do łóżka i zgasisz lampkę.

I
Horst Bartlik siedział w swoim gabinecie w wiklinowym fotelu. Patrzył na ścianę obwieszoną gablotami pełnymi motyli. Jego wzrok zatrzymał się na małej gablotce, w której przytwierdzone do podłoża prezentowały się rusałka admirał i paź królowej. To było tak dawno temu… Zamyślił się. Po pewnym czasie wstał, podszedł do ściany i  zaczął się uważnie przyglądać motylom. Z ogrodu dochodziły głosy bawiących się dzieci. Jeszcze was na świecie nie było, kiedy złapałem je dla waszej matki, pomyślał. Wetknąłem jej we włosy. Zawstydziła się. Poszedłem do łazienki i przyniosłem lusterko. Wyglądasz jak karaibska księżniczka, powiedziałem. No, sama zobacz. Nieśmiało spojrzała w lusterko, a potem poczerwieniała. Bartlik, patrząc na te dwa okazy, po raz kolejny zadawał sobie w myślach pytanie: czy oni się kiedykolwiek kochali? Gdy już odnalazł twierdzącą odpowiedź na to pytanie, zadawał sobie następne. Jeśli tak, to kiedy? Jeśli się kochaliśmy i to było wtedy, to kto kogo bardziej kochał? Ja ją czy ona mnie? Tego dnia Horst wystraszył się, bo pierwszy raz w życiu zdał sobie sprawę, że myśli w czasie przeszłym o tych sprawach. Dlaczego oboje powtarzali przed księdzem dziesięć lat temu, że ślubują sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie rozstaną się aż do śmierci? Czy Bóg przewidział, że jeden, dwa lub wszystkie elementy tej umowy przestaną kiedyś obowiązywać? I co wtedy? A dzieci? Mają się męczyć? Z ogrodu znowu dobiegły rozbawione głosy.

– Obiad, obiad!

Śmiechy ucichły, usłyszał trzaśnięcie drzwi. Zdjął ze ściany gablotę z rusałką admirałem i paziem królowej. Położył ją na biurku, wyjął scyzoryk. Kiedy go otwierał, skaleczył się i kropelka krwi spadła na szybkę. To już całkowity koniec, pomyślał. Tylko jak długo może trwać koniec… Znowu się zamyślił. Wsadził krwawiący palec do ust i zaczął go ssać. Gdy poczuł smak krwi, podszedł do okna i splunął przed siebie. W tym momencie usłyszał pukanie do drzwi.

– Proszę.

– Zupa stygnie. Dzieci są bardzo głodne. Zejdź do nas.

Nie odwracając się do żony, patrząc na ogród, powiedział oschle, żeby zaczynali bez niego.

– Nie jestem głodny. Posiedzę jeszcze trochę w gabinecie.

– Źle się czujesz? – zapytała strapiona.

– To przejdzie. Mam nadzieję, że wkrótce przejdzie. Nie martw się, to nic. Jedzcie sami, na zdrowie.

Kiedy zamknęła za sobą drzwi, Horst przymknął okno i podszedł do biurka. Obejrzał skaleczony palec. Już nie krwawił, a na przecięciu zdążyła powstać biała ryska. Z wielką dokładnością, wręcz namaszczeniem zaczął za pomocą scyzoryka odklejać szarą taśmę łączącą szklaną górę z drewnianymi bokami. Wydaje się, że rusałka i paź mają już siebie dość, więc trzeba im będzie zrobić osobne mieszkania, powiedział do siebie. Wstał i podszedł do szafy. Otworzył ją i wyjął dwie małe gablotki. Rusałkę admirała umieścił w jednej, a pazia królowej w drugiej, przyszpilił odwłoki i zakrył szkłem. Dokładnie obkleił boki taśmą. Wbił w ścianę gwóźdź i zawiesił admirała na starym miejscu, a rusałkę na nowym. Jeszcze przez chwilę patrzył na ich rozwód.

– No i co się dzisiaj z tobą stało? – zapytała żona, poprawiając pod głową poduszkę.

– Nic, po prostu nie miałem apetytu i te motyle…

– Dzieci były bardzo zaskoczone, zawsze jadamy razem.

– Wiem.

– A co z tymi motylami?

– Z motylami wszystko w porządku, skaleczyłem się przy otwieraniu gabloty.

– Poniszczyły się czy co?

– Poniszczyły – powtórzył po niej jak echo.

– Po co otwierałeś gablotę?

Horst usiadł na łóżku i sięgnął po szklankę wody stojącą na szafce nocnej. Wypił ją duszkiem. Położył się i też poprawił poduszkę. Patrzył w sufit.

– Nie poniszczyły się, postanowiłem je rozdzielić.

– Rozdzielić?

– No tak, rozdzielić. Pazia wsadziłem do osobnej gabloty, a rusałkę do osobnej.

– I z tego powodu straciłeś apetyt? To trzeba było tego nie robić.

– Ty ciągle o tym obiedzie, daj już spokój.

– Horst, co jest?

– Nic – odpowiedział ściszonym głosem.

– W szkole jakieś problemy?

– Jakie problemy, przecież są wakacje.

– No właśnie, ale może już myślisz o wrześniu.

– Do września jeszcze dwa miesiące. Jak przyjdzie wrzesień, to wtedy będę się martwił szkołą.

– Jesteś dobrym nauczycielem, nie martw się.

– Boże, a ty dalej swoje. Powiedziałem, że nie martwię się szkołą, zresztą nie wiadomo, jaki ten wrzesień będzie, wszyscy mówią o wojnie. Daj już spokój, nie wypytuj, to nie ma sensu. Po prostu rozdzieliłem te motyle, przyszedł już najwyższy czas, żeby coś z nimi zrobić. Nie pasowały do siebie w jednej gablocie. Rusałka taka dostojna i smutna, a paź królowej kolorowy i postrzelony.

Horst zbliżył się do żony i położył dłoń na jej piersi. Chciał patrzeć jej prosto w oczy, ale ona odwróciła głowę w stronę okna.

– Zgaś światło – powiedziała po cichu.

– Czy zawsze musimy to robić przy zgaszonym świetle?

– Tak czuję się lepiej.

– Wstydzisz się mnie?

– Nie ciebie, siebie się wstydzę. To już nie to samo, to nie to samo ciało co dziesięć lat temu. Wstydzę się swoich obwisłych piersi i miękkiego brzucha, a noc wszystko wygładza. Noc jest dobra, prawda? – zapytała go tak, jakby z góry wiedziała, że odpowie twierdząco.

– Tak, noc wygładza, masz rację – odpowiedział pod nosem, a potem zgasił lampkę nocną i podniósł jej koszulę.

– Nie, nie chcę.

Horst zamarł, odsunął się od niej i położył na plecach na swojej połowie łóżka. Ciężko oddychał.

– Jak chcesz, to zrobię ci ręką – zaproponowała nieśmiało.

– Ręką, ręką. Zawsze kończy się na ręce! – prawie wykrzyknął. – Co się z tobą stało? Co się z tobą dzieje? Wstydzisz się, a potem, jak już światło zgaszone, to nie chcesz i proponujesz mi ręką. Ręką to ja sobie mogę sam. A zresztą, to nie ma sensu, już od dłuższego czasu nie ma sensu, po co te całe wygłupy. Robię z siebie tylko durnia.

– Przepraszam, przepraszam, Horst – powiedziała cicho.

– Dwa motyle, dwa motyle w osobnych gablotach, to my – zaczął nucić pod nosem do melodii szlagieru Marleny Dietrich.

2
Zawsze bałaś się o moje zdrowie. Matki pewnie tak mają, że to, co nosiły w sobie przez dziewięć miesięcy, chcą dalej chronić. Chcą chronić, nawet gdy ta ochrona nie jest potrzebna. Mnie się wydaje, że chorowałem w miarę, to znaczy nie za często. Tobie się pewnie wydawało, że choruję zbyt rzadko, i może z tego powodu próbowałaś mnie zabić. Bo ja wtedy uważałem, że mnie mordujesz tymi wszystkimi niepotrzebnymi, nadprogramowymi lekarstwami. Przecież doktor ich nie przepisywał, prawda? Raz kazał mi się dobrze wypocić, nie wychodzić z łóżka i dużo pić. A ty wytrzasnęłaś bańki… Poparzyłaś mnie wtedy strasznie. Nigdy nie przeprosiłaś, choć musiałaś wiedzieć, że zrobiłaś mi krzywdę. Ale byłaś zbyt dumna, żeby przeprosić. Ty nigdy nikogo nie przeprosiłaś, to słowo nie istniało. Dlaczego niektórzy nie potrafią przepraszać, dlaczego wymazują to słowo z głowy? Pamiętasz, jak chodziłem z ogromnymi bąblami na plecach? Jasne, że pamiętasz. Grałaś współczującą pielęgniarkę. Mówiłaś mi, żebym się nie opierał za bardzo na krześle, bo mi pęcherze popękają i będzie mnie jeszcze bardziej boleć. Jak mi już popękały, to wtedy dopiero się cieszyłaś, bo trzeba mi było te dziury na plecach opatrzyć. A pękające strupy to był już szczyt. Na koniec kremik i twoja radość. Mówiłaś: „O, jak się pięknie zagoiło, prawie nic nie widać”. Prowadzisz mnie za rękę do dużego lustra w przedpokoju, każesz odwrócić się plecami i tak stać. Biegniesz do łazienki po swoje okrągłe zwierciadło w zielonej ramce i wciskasz mi je do ręki. Mówisz: „Patrz!”, nakierowując je tak, żeby objęło odbicie moich pleców, a jednocześnie żebym mógł z łatwością skierować wzrok w stronę mniejszego lusterka. Patrzę i aż płakać mi się chce, bo moje plecy przypominają szorstki koc w brązowe grochy.

A te tabletki i witaminy – to już było apogeum. Wchodzisz do mojego pokoiku. W jednej dłoni trzymasz kubek z mlekiem, druga jest zaciśnięta. A potem siadasz w nogach mojego łóżka i ją otwierasz. Widzę, jak poprzylepiały się do siebie kolorowe groszki, ale to nie są cukierki. Żaden z groszków nie jest słodki. Wręcz przeciwnie. Są gorzkie. Wiem, bo kiedyś je rozgryzłem i poszedłem zwymiotować. Siedzisz z tą szklanką mleka i z tą kolorową trucizną, patrzysz w moje wystraszone oczy i pytasz: „Po jednej czy wszystkie naraz?”. Wtedy odpowiedziałem, że połknę wszystkie. Otwieram buzię, a ty wpychasz mi tabletki i każesz połykać. I ja to robię, choć czuję, że większość z nich staje mi w gardle i za chwilę przestanę oddychać. Ale ty, widząc, że moje oczy zaczynają łzawić, przezornie podajesz mi kubek z mlekiem. Nie duszę się. Wszystko spływa do żołądka, a potem całujesz mnie na dobranoc i wychodzisz, a ja po chwili czuję straszliwe pieczenie, które wcześniej czy później mi pewnie przejdzie. Tak, kiedy przestanie piec, zasnę. Obudzę się bardzo zdrowy, bo przecież znowu wpakowałaś we mnie tyle proszków uzdrawiających. Jeszcze przez wiele lat będziesz eksperymentować z moim zdrowiem. To wszystko w dobrej wierze, ja wiem. Ty wszystko robiłaś dla mnie w dobrej wierze. Wiesz co? Powiem ci coś, bo teraz mogę. Ani tobie, ani mnie to teraz nie zaszkodzi. Ja już nie mogłem tych tabletek, czułem, że mi kiedyś w nocy brzuch rozsadzi albo mi tak napęcznieje, że zamienię się w ogromny balon i uniosę razem z łóżkiem i poszybuję najpierw nad naszym sadem, potem nad domami sąsiadów, aż znajdę się nad plażą. Potem wiatr skieruje mnie na zachód. Opuszczę naszą wyspę. Ty obudzisz się rano i wpadniesz w trwogę, bo w pokoiku nie będzie ani mnie, ani łóżka, i w panice zaczniesz biegać po sadzie. W pewnym momencie zahaczysz o kreci kopiec i upadniesz. Z kopca wyjdzie kret, który swoją wielką łapą przypominającą łopatę wskaże ci drogę. Pójdziesz tam i zobaczysz przed sobą krzaki czerwonych porzeczek. Te porzeczki będą miały gigantyczne owoce, wielkości śliwek. Zdziwisz się, ale zerwiesz taką jedną zmutowaną porzeczkę i wsadzisz sobie do ust. Zbierze ci się na wymioty, bo owoc będzie smakował jak fabryka lekarstw, a wiesz dlaczego? Pewnie się teraz domyślasz albo już wiesz. Jest mi to obojętne, więc i tak ci powiem. Kiedyś popełniłaś błąd. Wiesz, mamo, kiedy już któryś raz z rzędu z dłonią pełną lekarstw przyniosłaś mi ten kubek mleka i zobaczyłaś, że je pięknie łykam, uwierzyłaś, że nie wylądują pod językiem, że nie ukryję ich, że jestem dobrym chłopcem i dobrym synem. Nabrałaś do mnie zaufania i pewnego dnia zaczęłaś kubek z mlekiem i tabletki zostawiać na mojej szafce nocnej. A potem tylko przychodziłaś po pusty kubek i pytałaś, czy tabletki połknięte. Kłamałem i kiwałem głową. Ty z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku względem jedynego dziecka odnosiłaś pusty kubek i gasiłaś światło. Ja te tabletki wyrzucałem za łóżko. Wiedziałem, że sprzątasz nasz dom w soboty, więc w piątek po południu, kiedy szłaś na zakupy, wybierałem te wszystkie medykamenty zza łóżka – była to całkiem niezła kolekcja – szedłem do ogrodu i zakopywałem je pod krzakami porzeczek. Powiem ci, mamo, że robiłem to z prawdziwą satysfakcją, bo wiedziałem, że mnie trujesz, choć pewnie robiłaś to z miłości. Z tym balonem to prawie się spełniło, prawda? Aż sam się dziwię, jak dziecięce sny i rojenia potrafią się urealnić, obawy też, bo pamiętasz, co się zaczęło dziać z krzakami. Sama nie mogłaś się nadziwić, jak marnieją i zaczynają usychać. Widzę cię w ogrodzie. Znowu siedzę na parapecie. A ty stoisz przy nich i dokładnie oglądasz. Dotykasz liści. Odwracasz je jak monety. Nie rozumiesz, skąd się ta choroba wzięła, przecież wokół wszystko rośnie, zieleni się, owocuje. A te biedne krzaki umierają. A potem wołasz mnie i pokazujesz, mówiąc: „Widzisz, synku, to samo stałoby się z tobą, gdybyś był uparty i nie brał lekarstw, przyjrzyj się dobrze tym krzewom”. Głaszczesz mnie po głowie i przytulasz. „Te krzewy umierają, bo dopadła je jakaś straszna choroba. Gdybyś regularnie nie łykał tabletek, które ci daję, też mógłbyś skończyć jak te porzeczki. Uschnąć byś mógł, umrzeć. Nie wiem, co bym wtedy zrobiła. Jesteś dla mnie wszystkim”. Myślę, że rozumiałem wtedy, co czujesz, i że na swój sposób miałaś rację. Ty zawsze chciałaś wszystko wiedzieć. Nie dawałaś spokoju ani sobie, ani innym, nie potrafiłaś zostawić spraw ot tak, żeby same się sobą zajęły. Podchodziłaś do tych umierających krzewów, dotykałaś ich każdego dnia, aż przyprowadziłaś pana Larsa, ogrodnika, a we mnie serce zamarło, ponieważ był to piątek, dzień, w którym zakopywałem uzbierane lekarstwa. Bałem się wtedy okrutnie, spociłem się ze strachu, bo myślałem, że za chwilę przyniesiesz mu z komórki łopatę, że zaczniecie kopać i wykopiecie te kolorowe proszki, i wszystko się wyda. Obserwowałem każdy ruch ogrodnika. On, tak samo jak ty, oglądał liście i kiwał głową, rozkładał w niemocy ręce, a potem nimi wymachiwał, aż wreszcie stuknął się w czoło. Potem znikliście na godzinę lub dłużej i wróciliście ze spryskiwaczem. Pan Lars pokazywał ci i tłumaczył, jak go używać. Pomyślałem wtedy, że powinienem zmienić miejsce zakopywania tabletek, choć w tamtą sobotę bardzo się bałem. Zanim wstałaś, wyciągnąłem zza łóżka tabletki i wsadziłem je do skarbonki. Prosiłem Boga, żebyś nie chciała jej tego dnia otworzyć, by wrzucić mi kilka koron, i udało się. Postanowiłem, że od tej chwili będę zakopywał tabletki pod płotem, tam, gdzie jest goła ziemia, gdzie nic nie rośnie. Boże, mamo, jakbym chciał to wszystko zliczyć, to wyszłoby na to, że w ciągu całego mojego dzieciństwa próbowałaś wpakować we mnie kilka ładnych kartonów lekarstw. Ale wiesz co, do dnia dzisiejszego nie jestem na sto procent pewny, czy rzeczywiście te porzeczki uschły z mojej winy. Przecież przestałem zakopywać pod nimi lekarstwa, ty je regularnie spryskiwałaś, a one i tak umarły.

Bornholm. Bornholm

Redakcja Niedoczytania.pl - Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły