займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

28 listopada 2010 19:31

niedoczytania: Latest post

Przedsmak: Ewa Andrzejewska, „Obok inny czas. O Mieście i Jakubie” – Nisza – 4 grudnia 2010

Prezentujemy fragment tekstu i dwa kolaże z książki Ewy Andrzejewskiej, „Obok inny czas. O Mieście i Jakubie” – wyd. Nisza.

O KSIĄŻCE:

Z faktów ukrytych za jakąś fotografią, zagrzebanych w zapomnianych archiwach, wydobywanych z rwanych, przypadkowych rozmów i cierpliwych opowieści Autorka rekonstruuje życie w mieście, z którego wymazano obecność dużej społeczności. Jej opowieść, mieszcząca się w wąskim przesmyku między reportażowym opisem a fikcją literacką, skoncentrowana jest na losach kilku zaledwie osób – tych, które zostawiły po sobie ślad w równie wąskich szczelinach między obecną, wyrazistą, a tamtą, zatartą, topografią. Ślady są nikłe, więc i ludzkie losy pozostają niedopowiedziane. [Anda Rottenberg]

Książka jest nostalgiczna, ale mimo wszystko przynosi nadzieję. Wynika z niej jasno, że wszystkich wymordować się nie da. Zawsze zostanie choćby jeden starszy pan, który pamięta.
Ewa Andrzejewska podpowiada: gdziekolwiek jesteśmy, rozglądajmy się uważnie. I słuchajmy starych ludzi. Tego, co powiedzą, nikt inny nam nie opowie. [Antoni Kroh]

Tego miasta już nie ma. Ludzie, którzy w nim żyli, zniknęli bez śladu. Nie ma nawet ich wnuków i prawnuków. Na siatce ulic nadpisało się inne miasto, które tamtego miasta nie zna. Chodzi po nim Jakub M. z parasolem i wskazując jego końcem nieistniejące domy, wyłuskuje z miasta, które jest, tamto, którego nie ma, razem z jego mieszkańcami, z jego historiami. I widzimy, że stoją oba, przenikając się nawzajem. [Magdalena Tulli]

Zamieszkała w nowym domu, między dwiema przedwojennymi kamienicami. Nie czuła się dobrze, miała niespokojne sny (…). Myślała, że stała tutaj trzecia kamienica, że coś złego się działo i odwiedzają ich dawni mieszkańcy. Obejrzała stare mapy i plany miejskie – nie, domu nie było. Był ogród (…). Spytała starych ludzi (…). Pod drzewem był stół. Mieszkańcy siadali przy nim w letnie wieczory, pili herbatę albo grali w karty. W czterdziestym pierwszym roku poszli do getta. (…)
Zostało małe puste podwórko. Ewa A. posadziła na nim drzewo orzechowe. Urodziła dziecko. Przestała słyszeć kroki i pukanie do drzwi. [Hanna Krall, Różowe pawie pióra]

Miasto się odbudowało. Na miejscu naszej dzielnicy postawiono bloki. Miały po dwa pietra i spadziste dachy. Robiono tak, żeby przypominały starówkę, ale nie udało się. Wyglądały jak bloki.

Zrobiliśmy gminę i pierwszym prezesem został Górski. Nazywał się tak w ukryciu. Miał wąsy.
Nie był długo. Wyjechał.

Drugim prezesem został Mendel. To już było wtedy, jak zaczęli wracać Żydzi z Rosji. Oni byli z tych bogatszych, mieli pieniądze. Było po nich widać, że z Rosji wrócili.
Mendel nie był z nami długo. Wyjechał.

Potem nagle pojawił się S. Wszyscy myśleli, że nie wróci. Żona z dziećmi zginęła mu w obozie, a on przyszedł z Czech. Siedział w obozie, gdzie komendantem był taki gestapowiec, co nie zabił żadnego Żyda. Nie miał gdzie wracać, to przyjechał do Miasta, bo stąd była jego żona. Nikogo z rodziny tu nie znalazł.

– Niech pani nic nie mówi – denerwuje się Jakub M. – Na jutro do Krakowa muszę wziąć płaszcz deszczowy, bo w szabat nie mogę parasola nosić. Jak ja bym w synagodze wyglądał, gdy tylu poważnych Żydów będzie. A tylko dlatego jadę do Krakowa, żeby się modlić cały szabat, bo takich śpiewów i modlitw to ja mam tylko raz na cały rok. U nas w Szwecji rabin zamawia kantora tylko na Jom Kipur i Pesach, ale mało płaci i kantor nie śpiewa tak jak w Krakowie. Muszę jechać na szabat, bo ja odpocząć muszę od tego kłopotu z budową, z tym bankiem, z cegłami, co mi majster mówi, że jego cegły, a kupione za moje pieniądze, co funty na złotówki ja wymieniłem w banku, a bank jeszcze swoje wziął od tego, więc jak ja mogę pamiętać, jak miała na imię pierwsza żona tego, co wrócił z Czech? No jak ja mogę to pamiętać, jak?

Więc kiedy ten S. wrócił do Miasta, to był bardzo samotny. Zamieszkał w pustym domu po teściu. Jakoś potem spotkał Pesię. Z tej samotności ożenił się z nią. Przyjechał rabin z Krakowa, ustawili baldachim na podwórku przy bóżniczce. Wesele było w mieszkaniu na piętrze. Mieli potem córkę.
Wyjechał po Gomułce do Izraela. On nie chciał, ale żona go ponaglała. Bała się czegoś. Sprzedali ten dom po pierwszym teściu. Potem otworzyła mu się rana na nodze, którą miał z obozu, i umarł na raka. Wyjechał do Izraela i tam umarł.

– Po nim prezesem zostałem ja – mówi Jakub M.

To było wtedy, jak umarł Chaim Ryng. „Ryng” to znaczy ślubna obrączka. Mieliśmy pierwszy normalny pogrzeb. I wtedy przez Fogla z Krakowa, który umiał przepisywać Torę, a nie każdy umie to robić, no i jeszcze przez innych, zaczęli do mnie pisać pobożni Żydzi. Tak sobie podawali moje nazwisko od jednego do drugiego.
Przyjechał wtedy rabin Jakub Halberstam, wnuk tamtego. Jako pierwszy przyjechał z Ameryki. To był początek lat sześćdziesiątych.
Bali się przyjeżdżać.
Halberstam miał tu przykrości. Był dwa tygodnie. Jeździłem z nim po cmentarzach: Łańcut, Sieniawa, Leżańsk, no mówię Leżańsk, tak my mówimy. Jak wracaliśmy wieczorem, to jemu jeszcze się chciało iść do ohelu na cmentarz. Cmentarz wtedy nie był całkiem ogrodzony. On miał szabatnik na głowie. No i jego obrzucili kamieniami. No kto? Nie wiem, chuligani, nikt inny.

Na szabat mógł jeszcze założyć kołpik albo sztramel. Mówiło się: szabatnik, kołpik albo sztramel. Każde nakrycie głowy wyglądało inaczej.

Halberstam zawsze do mnie mówił caduk albo cadukl. To dlatego, że byłem jeszcze młody. Caduk bierze się ze słowa „sprawiedliwy”.
On mnie uznał za sprawiedliwego.
A co ja takiego robiłem? – pyta Jakub M. – Zbierałem macewy, jak ktoś mi mówił, gdzie są. Przywoziłem macę z Krakowa. Zajmowałem się pogrzebami. Chodziłem na ekshumacje. Jeździłem do Krakowa po paczki i tutaj je dzieliliśmy.

Potem przyjechała żona rabina Satmer. Pochodziła z Częstochowy, ale wyszła za rabina Satmer. Oni mają w Nowym Jorku wielką dzielnicę chasydzką. Ciągle mnie namawiali, żebym tam z nimi pojechał.
Ale ja nie chciałem, bo musiałbym się do nich, do tych chasydów, dostosować.

Przyjeżdżało ich coraz więcej.
Raz w pięć taksówek pojechali na objazd po cmentarzach. Łańcut, Sieniawa, Leżajsk. W Sieniawie nie było ohelu, tylko macewa rabina w trawie. Nie miała nawet daszku.
Jechała rabinka z Częstochowy,
rabin Fawel z Chrzanowa,
i rabin z Bobowej.
Jechali przez Łańcut, przez Leżajsk, przez Sieniawę do Rymanowa.
W Leżajsku już był kłopot. Ktoś zatkał zamek w bramie cmentarnej i nie można było jej otworzyć.
– Poszedłem do warsztatu – mówi Jakub M. – Przyszli, pocięli kraty, rozkręcili zamek i zaraz go przeczyścili. Zażądali opłaty w dolarach, ale im nie dałem. Powiedziałem, że jestem Polakiem i dolarów nie mam, a czemu oni nie chcą polskich pieniędzy? Pół miasteczka się zleciało. Nie chcieli nas wypuścić z tego cmentarza. Dopiero jak pokazałem polski dowód, to wzięli polskie pieniądze.
Spóźnili my się przez to do Sieniawy.
– Ta Sieniewa to w dzień straszna dziura, a co dopiero w nocy – macha rękami Jakub M.
Weszli na cmentarz.
Kobiety zaczęły palić świece na grobie. Rozjaśniło całą Sieniawę.
Płacz i modlitwy do Pana Boga na cały głos.
– A kobiety umieją to robić – mówi Jakub M.
Na to zleciała się pod cmentarz władza z jakimś przewodniczącym i milicją. Było około dziewiątej wieczorem.
– Oni byli podpici i zaczęła się dyskusja. Jeden z nich mówił, że był w Kanadzie i zna żydowskie życie. Zaczął nawet coś śpiewać i deklamować. To ja mu powiedziałem: „Pan jesteś pijany. Będzie z tego skandal”.
Jeden z milicji wsiadł do swojego samochodu, a oni wszyscy z tego cmentarza wsiedli za nim w taksówki i podjechali pod posterunek. Ktoś wyszedł z lampą naftową przed budynek i Jakuba jako jedynego zabrali do środka.
Przed posterunkiem czekało dwadzieścia osób.
Milicja mówiła tak: „Przekroczyliście przepisy”.
Jakub M. mówił tak: „Jakie przepisy? O co pan do mnie ma pretensje? Jestem obywatel polski, jak mam coś przekroczone, to proszę pokazać przepis i mnie ukarać”.
A milicja na to: „Przekroczyliście przepisy”.
To Jakub M.: „Jestem obywatel polski”.

W końcu któryś z nich zadzwonił do Leżajska i po tej rozmowie sprowadzili Jakuba po drewnianych schodach w dół. Znów ktoś z nich trzymał lampę naftową i oświetlał drogę. Strasznie się chwiał z tą lampą. A wszystko było drewniane w tym domu.
Jakub wyszedł przed dom i odetchnął.

Zaraz potem goście wyjechali.

Jakub dostawał listy i telegramy. W różnych sprawach.
Pisała żona rabina Satmer: Mąż dostał wylewu, proszę głośno wołać do Boga.
Mąż wyzdrowiał. Jakub jej odpisał: Nie jestem Mojżesz ani Abraham, ale Bóg mnie wysłuchał, sama Pani widzi.
Jej mąż dożył 90 lat.
Ona przyjeżdżała, jak on jeszcze chorował. Przywoziła ze sobą żony rabinów z Ameryki, z Węgier, z Rumuni. Jednego razu pojechali do Leżajska prosić o zdrowie dla jej męża. Na grób tamtejszego cadyka.
Jak zwykle zapalali świece.
Ona zapała jedną po drugiej.
Jakub modlił się cicho.
One krzyczały i modliły się na głos.
– Pytałem – mówi Jakub M. – czemu one tak krzyczą, a ona mówiła, że musi tak robić, bo dzięki mężowi stanęła na nogi.
Po kilku godzinach wrócili do Miasta. Jakub chciał odprowadzić rabinkę do hotelu, ale ona powiedziała, że muszą od razu jechać z powrotem do Leżajska, bo czuje, że za mało prosiła.
– I co ja mogłem zrobić? – pyta Jakub M. – Zamówiłem taksówkę i pojechaliśmy od razu.
Zapalili świece.
Jedną po drugiej.
Jakub modlił się cicho.
Ona płakała i krzyczała na głos.
Wrócili nad ranem.

Kilka dni później przyjechał rabin z Łodzi. To był pobożny Żyd, nosił brodę, pejsy i kapotę.
Powiedział do Jakuba M: Jedziemy do Leżajska.
Jakub wezwał znajomą taksówkę z Krakowa.
Taksówka przywiozła w bagażniku tablicę z marmuru. Adwokat ze Szczecina poprosił Jakuba M., żeby zamówił tablicę nagrobną dla jego rodziny, która pochodziła z Miasta. Pan Fogiel z Krakowa, ten od przepisywania Tory, napisał drukiem hebrajskim ich nazwiska i Jakub M. obstalował tablicę.
Pojechali z tą tablicą.
W Leżajsku się pomodlili i zaraz wracali.
Jeszcze wstąpili do Łańcuta.
Nagle na drodze zatrzymał ich wojskowy samochód. Wylegitymowano ich.
Wszyscy mieli ze sobą dowody polskie, i Jakub, i rabin z Łodzi.
Zapytano: Co macie w bagażniku?
Kierowca taksówki otworzył bagażnik i zobaczyli tablicę.
„Aha, ukradliście” – powiedzieli.
„Panie oficerze, proszę powiedzieć, gdzie ja to ukradłem, jak to jest rabin, a ja jestem obywatel polski i zajmuję się cmentarzami”.
W końcu kazali zamknąć bagażnik i jechać. Po jakichś pięciu kilometrach zobaczyli zgiętego człowieka z kołnierzem płaszcza nasuniętym na twarz. Stał na środku drogi. Kierowca był przekonany, że to pijak i chciał go wyminąć. Był to milicjant. Zaraz się wyprostował i nas zatrzymał.
„Chcieliście uciekać przed władzą, co?”
„Myślałem, że pijak stoi, a potem się zatrzymałem” – tłumaczył się kierowca.
Tamten nie słuchał: „Będziecie się tłumaczyć na milicji. Wsiadajcie i za mną”.
Pojechali na posterunek. W pokoju siedział sierżant. Nie było nikogo wyższego rangą. Jak tamten do niego mówił, to podparł ręką czoło. Bardzo się zamyślił.
– Stałem ja – mówi Jakub M. – stał rabin z brodą, z pejsami i w kapocie. No i kierowca z Krakowa.
Jeszcze kilku milicjantów się zeszło.
„Ja do tych panów nie mam nic” – powiedział jeden.
„Nie widzę nic takiego” – powiedział drugi.
„Ale jak uważasz, czy kierowca zrobił przekroczenie?” – zapytał ten pierwszy.
„No to proszę nas ukarać – wtrącił Jakub M. – jak zrobiliśmy coś nie tak”.
„Ale ja nie mam nic” – powiedział trzeci, co jeszcze się nie odzywał.
„Siadajcie i jedźcie” – odezwał się ten, co myślał.
Dojechali do Jasła. Jakub otworzył bagażnik i wyjął marmurową tablicę. Oni pojechali do Krakowa. A Jakub wziął nową taksówkę i wrócił do Miasta.

W tym czasie Jakub ożenił się z Polką. Modliła się bardziej niż on. Mieli dwoje dzieci. Teraz są już dorosłe, mają swoje rodziny.
Nie rozumieją, po co Jakub tak jeździ i jeździ do Miasta.

Obok inny czas

Redakcja Niedoczytania.pl - Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły