займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

13 lutego 2010 11:40

niedoczytania: Latest post

Przedsmak: Chuck Palahniuk – „Niewidzialne potwory” – Niebieska studnia – 10 marca 2010

Prezentujemy fragment książki Chucka Palahniuka „Niewidzialne potwory” (wyd. Niebieska studnia).

Przeskok do ostatnich świąt Bożego Narodzenia przed moim wypadkiem, kiedy przyjeżdżam do domu, żeby otwierać z rodzicami prezenty. Rodzice ubierają co roku to samo sztuczne drzewko, wściekle zielone i wydające zapach rozgrzanego plastyku, który przyprawia o grypowy ból głowy, kiedy lampki są włączone za długo. Choinka jest samą magią i blaskiem, obwieszona naszymi czerwonymi i złotymi bombkami, i tymi pasmami srebrnego plastyku, naładowanego statyczną elektrycznością, które ludzie nazywają soplami lodu. Na czubku drzewka jest ten sam wymiętoszony anioł z gumową twarzą lalki. Kominek jest ozdobiony tymi samymi anielskimi włosami z włókna szklanego, które drażnią skórę i od jednego dotknięcia wywołują swędzącą wysypkę. Na stereo leci ten sam Perry Como ze swoim świątecznym albumem. Dzieje się to w czasie, kiedy jeszcze miałam twarz i śpiewanie kolęd nie było dla mnie tak wielkim wyzwaniem.

Mój brat Shane nadal nie żyje, mam więc nadzieję, że nie stanę się źródłem szczególnej uwagi, takie zwykłe spokojne święta. W tym czasie mój chłopak Manus dostawał kota, bo bał się, że straci pracę w policji, i potrzebowałam kilku dni spokoju. Umówiliśmy się wszyscy, mama, tata i ja, że w tym roku nie będziemy kupować żadnych dużych prezentów. Może jakieś małe upominki, powiedzieli rodzice, coś do skarpety.

Perry Como śpiewa „Coraz bardziej pachnie świętami”.

Czerwone filcowe skarpety, które mama uszyła dla nas, dla Shane’a i dla mnie, wiszą na kominku z naszymi imionami wypisanymi z góry do dołu białymi, ozdobnymi filcowymi literami. Każda skarpeta brzuchata włożonymi do środka prezentami. Jest poranek Bożego Narodzenia i wszyscy siedzimy wokół choinki, ojciec trzyma scyzoryk, gotów rozcinać zasupłane wstążki. Mama trzyma papierową torbę na zakupy.

– Zanim zrobi się bałagan – mówi – papiery z prezentów idą tutaj, a nie po całym mieszkaniu.

Mama i tata siedzą na fotelach z podnóżkami. Ja siedzę na podłodze przed kominkiem wśród skarpet. Ta scena rozgrywa się zawsze w taki sam sposób. Oni siedzą z kawą, pochyleni nade mną wyczekują moich reakcji. Ja siedzę po turecku na podłodze. Wszyscy jesteśmy jeszcze w piżamach i szlafrokach.

Perry Como śpiewa: „Będę w domu na święta”.

Pierwszą rzeczą z mojej skarpety jest mały pluszowy niedźwiadek koala – z tych, które przytrzymują ołówek sprężynującymi łapkami. Rodzice uważają, że to jest coś w sam raz dla mnie. Mama podaje mi kubek z gorącą czekoladą, z pływającymi miniaturowymi piankami.

– Dziękuję – mówię i wyjmuję pudełko, które leżało pod małym koalą.

Moi rodzice nieruchomieją pochyleni nad kubkami z kawą i wpatrują się we mnie.

Perry Como śpiewa: „Chodźcie, wszyscy wierni”.

W małym pudełeczku są prezerwatywy.
– Nie wiemy, ilu miewasz partnerów w ciągu roku, ale chcemy, żebyś grała bezpiecznie – mówi mój ojciec, siedząc obok rozświetlonej, magicznej choinki.
Chowam prezerwatywy do kieszeni szlafroka i spoglądam w dół na topiące się miniaturowe pianki.
– Dziękuję – mówię.
– Te są lateksowe – mówi moja mama. – Wystarczy posmarować kremem wodnym. Jeżeli w ogóle w twoim wieku potrzebujesz kremu. Żadnego żelu na bazie nafty, tłuszczu spożywczego ani żadnego innego balsamu. Nie kupiliśmy ci tych robionych z jagnięcych jelit – mówi – bo mają pory, które mogą przepuszczać wirusa HIV.
Dalej w mojej skarpecie jest jeszcze jedno małe pudełeczko. To też prezerwatywy. Na opakowaniu kolor jest oznaczony jako cielisty. Zbyteczna informacja. Obok etykieta dodaje: bezwonne i bez smaku.
Mogłabym dużo opowiedzieć na temat braku smaku.
– Badania – mówi mój ojciec – telefoniczna ankieta w dzielnicach miast o dużym zagrożeniu zakażeniem HIV wykazały, że trzydzieści pięć procent osób krępuje się kupować prezerwatywy.
Lepiej dostawać je od Świętego Mikołaja?
– Rozumiem – mówię.
– Nie chodzi tylko o AIDS – mówi moja mama. – Jest jeszcze rzeżączka. Jest syfilis. Jest wirus ludzkiego brodawczaka. Brodawki organów płciowych. Wiesz, że prezerwatywę należy nakładać natychmiast po erekcji? – pyta.
– Wydałam fortunę na banany poza sezonem – mówi – na wypadek, gdybyś chciała poćwiczyć.
To jest pułapka. Jeżeli powiem: „Ależ tak, zawsze nakładam gumki na świeże suche erekcje”, usłyszę od ojca kazanie na temat łajdaczenia się. A jeżeli powiem: „Nie”, spędzimy święta Bożego Narodzenia na ćwiczeniu obrony mnie przed bananem.
– Jest cała masa innych rzeczy niż AIDS – mówi mój ojciec. – Jest wirus herpes simplex II z objawami, które obejmują bolesne, pękające pęcherzyki na częściach rodnych. – Spogląda na mamę.
– Bóle mięśniowe – mówi mama.
– Tak – potwierdza tata. – Ma się bóle mięśniowe i gorączkę. Wyciek z pochwy. Bolesne oddawanie moczu. – Spogląda na mamę.
Perry Como śpiewa: „Święty Mikołaj przybywa do miasta”.
Pod następnym opakowaniem prezerwatyw jest jeszcze jedno opakowanie prezerwatyw. Rany, trzy opakowania powinny mi wystarczyć do menopauzy.
Przeskok na to, jak bardzo chcę, żeby mój brat był tu żywy. Żebym go mogła zabić za to, że mi zrujnował święta. Perry Como śpiewa: „W górze, na dachu”.
– Jest zapalenie wątroby typu B – mówi moja mama. – I co jeszcze? – zwraca się do taty.
– Chlamydia – odpowiada mój ojciec. – I lymphogranuloma.
– Tak – potwierdza moja mama – i ropne zapalenie szyjki macicy, i niegenokokowe zapalenie cewki moczowej.
Tata spogląda na mamę.
– Ale to jest zwykle wywołane alergią na lateksowe prezerwatywy i środki spermobójcze – mówi.
Mama pociąga łyk kawy. Patrzy na swoje dłonie obejmujące kubek, potem na mnie, jak siedzę na podłodze.
– Twój ojciec stara się powiedzieć – mówi – że zdajemy sobie teraz sprawę z błędów, jakie popełniliśmy w stosunku do twojego brata. Dlatego troszczymy się o twoje bezpieczeństwo – mówi.
W mojej skarpecie jest jeszcze czwarte opakowanie prezerwatyw. Perry Como śpiewa: „Zdarzyło się to w jasną noc”. Tekst na opakowaniu głosi: „mocne i bezpieczne nawet przy przedłużonym stosunku analnym…”
– Jest ziarniniak – mówi mój ojciec do mojej matki – i bakteryjne zapalenie pochwy. – Otwiera dłoń i kolejno zagina palce, potem przelicza je jeszcze raz. – I jest molluscum contagiosum – dodaje jeszcze.
Niektóre prezerwatywy są białe. Inne są w różnych kolorach. Niektóre są żebrowane, chyba, żeby się je czuło jak ząbkowany nóż do chleba. Niektóre są w rozmiarze XL. Niektóre świecą w ciemnościach. Jest to w pewien pokręcony sposób pochlebne. Najwidoczniej moi rodzice uważają, że mam szalone powodzenie.
Perry Como śpiewa: „O przyjdź, o przyjdź, Emmanuelu”.
– Nie chcemy cię straszyć – mówi moja mama – ale jesteś młoda. Nie możemy oczekiwać, że będziesz wieczorami siedzieć w domu.
– A jeżeli kiedyś nie będziesz mogła zasnąć – mówi mój ojciec – to mogą być owsiki.
– Po prostu nie chcemy, żebyś skończyła jak twój brat – mówi moja mama. – To wszystko.
Mój brat nie żyje, ale mimo to ma skarpetę pełną prezentów i można się założyć, że nie są to prezerwatywy. Wprawdzie nie żyje, ale można się założyć, że teraz pęka ze śmiechu.
– Z owsikami – mówi mój ojciec – jest tak, że samice wędrują kiszką stolcową na zewnątrz odbytu, żeby w nocy złożyć jajka. Jeżeli podejrzewasz obecność robaków, najlepiej przycisnąć przezroczystą taśmę klejącą do odbytu i obejrzeć ją przez szkło powiększające. Robaki powinny mieć około ćwierć cala długości.
– Bob, zamknij się – mówi moja mama.
Tata pochyla się nade mną.
– Dziesięć procent mężczyzn w tym kraju może ci przekazać te robaki – mówi. – Pamiętaj o tym.

Prawie wszystko w mojej skarpecie to prezerwatywy, w pudełeczkach, ukryte w monetach ze złotej folii, w długich paskach po sto sztuk, oddzielone perforacją. Jedyne inne prezenty to gwizdek na wypadek gwałtu i kieszonkowy pojemnik z gazem łzawiącym. Wygląda na to, że jestem przygotowana na najgorsze, ale boję się spytać, czy jest może coś jeszcze. Mógłby to być wibrator, żebym nie wychodziła z domu i zachowywała celibat. Mogłyby być nakładki dentystyczne na okazję cunnilingusa. Folia spożywcza. Gumowe rękawiczki.

Perry Como śpiewa: „Świąteczne szaleństwo”.

Patrzę na skarpetę Shane’a, wciąż wzdętą prezentami.
– Kupiliście coś dla Shane’a? – pytam.
Jeżeli to prezerwatywy, to są trochę spóźnione.
Mama i tata wymieniają spojrzenia.
– Ty jej to powiedz – mówi tata do mamy.
– Tam jest coś, co ty kupiłaś bratu – mówi mama. – Zajrzyj do środka.
Przeskok na mnie, diabelnie zaskoczoną.
Pokaż mi zrozumienie. Pokaż mi powody. Pokaż mi odpowiedzi.
Błysk.
Zdejmuję skarpetę Shane’a z kominka i znajduję wewnątrz bibułkę.
– Szukaj dalej – mówi mój tata.
W bibułce jest zaklejona koperta.
– Otwórz – mówi moja mama.
W kopercie jest drukowany list, zaczynający się od słów: „Dziękujemy”.
– To jest nasz prezent dla obojga naszych dzieci – mówi mój tata.
Nie mogę uwierzyć w to, co czytam.
– Zamiast kupować ci duży prezent – mówi moja mama – dokonaliśmy w waszym imieniu wpłaty na Światowy Fundusz Badań nad AIDS.
W skarpecie jest jeszcze drugi list.
– To – mówi mój tata – jest prezent od Shane’a dla ciebie.
Tego już za dużo.
Perry Como śpiewa: „Widziałem, jak mamusia całuje się ze Świętym Mikołajem”.
– Ten mój chytry nieżywy brat – mówię – jaki on jest troskliwy. Niepotrzebnie – mówię. – Naprawdę, naprawdę niepotrzebnie robi sobie tyle zachodu. Może powinien dać sobie spokój z tym całym udawaniem i pogodzić się z tym, że umarł. Albo się odrodzić – mówię. – To całe udawanie, że nadal żyje, nie może być zdrowe.

W środku się gotuję. Bardzo chciałam dostać w tym roku nową torebkę od Prady. To nie była moja wina, że jakaś puszka sprayu do włosów wybuchła Shane’owi w twarz. Bum i wszedł, zataczając się, do domu, z czołem już zmieniającym się w sinoczarne. Przez całą długą drogę do szpitala z jednym okiem zapuchniętym i twarzą wokół niego coraz to większą, z każdą żyłą pękniętą i krwawiącą pod skórą, Shane nie odezwał się ani słowem.

To nie była moja wina, że ludzie ze służb socjalnych w szpitalu po jednym spojrzeniu na twarz Shane’a naskoczyli na mojego ojca. Podejrzenie o znęcanie się nad dzieckiem. Kryminalny brak nadzoru. Rodzinna interwencja. To wszystko nie było moją winą. Oświadczenia na policji. Pracownik socjalny obszedł naszych sąsiadów, kolegów ze szkoły, nauczycieli, aż wszyscy znajomi traktowali mnie jako małe dzielne biedactwo.
Siedząc tutaj w świąteczny poranek wśród tych wszystkich prezentów, potrzebuję penisa na pocieszenie, nikt nie zna choćby połowy prawdy.

Nawet po zakończeniu dochodzenia policyjnego, które niczego nie udowodniło, nawet wtedy, nasza rodzina była zniszczona. I nadal wszyscy myślą, że to ja wyrzuciłam lakier do włosów. A ponieważ ja to zaczęłam, to wszystko było moją winą. Wybuch. Policja. Ucieczka Shane’a. Jego śmierć.

A to nie była moja wina.

– Naprawdę – mówię – gdyby Shane rzeczywiście chciał dać mi prezent, powstałby z martwych i kupił mi coś z garderoby. Wtedy by to były dla mnie wesołe święta. Wtedy naprawdę mogłabym powiedzieć „dziękuję”.
Milczenie.
Wyciągam drugą kopertę.
– W imieniu twojego brata – mówi mój tata – opłaciliśmy ci członkostwo w erpeelge.
– Erpe co? – pytam.
– Rodzice i Przyjaciele Lesbijek i Gejów – wyjaśnia moja mama.
Perry Como śpiewa: „Nie ma to jak święta w domu”.
Milczenie.
Moja matka podnosi się z fotela.
– Pójdę po te banany – mówi. – Tak na wszelki wypadek, twój ojciec i ja nie możemy się doczekać, aż przymierzysz któryś ze swoich prezentów.

ohmygod

Kliknij na obrazek, by powiększyć

Redakcja Niedoczytania.pl - Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły