займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

16 lutego 2011 16:29

niedoczytania: Latest post

Przedsmak: Bernard Poulet, „Śmierć gazet i przyszłość informacji” – Czarne – 21 lutego 2011

Prezentujemy fragment książki Bernarda Pouleta „Śmierć gazet i przyszłość informacji” – przekład z języka francuskiego Oskar Hedemann, wyd. Czarne

O KSIĄŻCE: W ostatnich latach coraz częściej pojawia się w debacie publicznej problem stopniowego zaniku znaczenia prasy drukowanej. Bernard Poulet, doświadczony francuski dziennikarz i redaktor naczelny opiniotwórczych gazet, przygląda się uważnie tej tendencji. Jego obserwacje nie ograniczają się jednak do analizy rynku prasy i spekulacji na temat jej przyszłości. Poulet zastanawia się nad dalekosiężnymi skutkami zmiany obiegu informacji, mogącymi fundamentalnie wpłynąć na funkcjonowanie całej przestrzeni publicznej. Czy koniec prasy drukowanej oznacza kres obecnej koncepcji cywilizacji? Czy czeka nas nowe zdefiniowanie istoty demokracji?

Spis treści

I Być może już czas, żeby wpaść w panikę? 17
II Reklama: z trudem łapiące oddech dzienniki 37
III Machina Google 57
IV Czym jest informacja? 75
V Rozpad wspólnej sceny publicznej 105
VI Społeczeństwo w samym środku przemian 135
VII To, co darmowe może przynosić kokosy 159
VIII Ideologia internetu 177
IX Przeżyć, umrzeć i odrodzić się 205

Powrót utopii?

Internet to nie tylko technologia czy środek przekazu, lecz także ideologia. W odróżnieniu od wszystkich innych innowacji technicznych, które go poprzedzały, internetowi towarzyszy rewolucyjna wizja świata i projekt społeczny, co zresztą w ogromnym stopniu przyczyniło się do jego sukcesu. Możemy wręcz powiedzieć, że bez owej ideologicznej i idyllicznej nadbudowy nie odniósłby tak powszechnego i porażającego sukcesu.

Skojarzenie technologii z utopią nie jest rzecz jasna niczym nowym. Samochód sprzedawano jako narzędzie pozwalające uzyskać mężczyźnie (w nieco mniejszym stopniu kobiecie) wolność; Lenin obiecywał dojście do komunizmu dzięki połączeniu rad i elektryfikacji; telewizja zaś postrzegana była jako „okno na świat”. Jednakże od czasów Martina Heideggera, Hansa Jonasa i innych apostołów ekologii, przestano wierzyć, że technika może być naprawdę czymś neutralnym. Wielu nauczyło się podchodzić do niej ostrożnie, a niektórzy wręcz się jej obawiają.

Fakt, iż przodek internetu – Arpanet – powstał na zamówienie armii amerykańskiej, nie przemawiał na jego korzyść i nie pozwalał tworzyć wokół niego humanistycznej utopii. Zapewne dlatego na pierwszy plan wysuwano, najczęściej nieświadomie, wkład łagodnych naukowców-marzycieli,  twórców Webu, sieci, która miała służyć jedynie wymianie informacji między naukowcami na uniwersytetach. Białe kitle i sztruksowe spodnie naukowców wywołują znacznie lepsze skojarzenia niż mundury i kepi żołnierzy.

Po fazie militarnej sieć, która na początku lat dziewięćdziesiątych nie miała wcale zasięgu światowego, wkroczyła w fazę triumfu komercyjnego. Kilku menedżerów-wizjonerów bardzo wcześnie – być może nawet zbyt wcześnie – zrozumiało, że technologia cyfrowa otwiera przed handlem nieograniczone możliwości. Przykładem wzorcowym może tu być historia Jean-Marie Messiera i koncernu Vivendi. Na tym etapie komercyjnym główni gracze w świecie informatycznym nie przypominali wcale utopistów, ani też filantropów, ale raczej ambitnych kapitalistów, których podstawową utopią była najczęściej megalomania. Niezależnie od tego, czy chodziło o producentów komputerów, o pazernych sprzedawców programów czy supermarkety on-line, zdawało się, że wszędzie, w całym świecie nowych technologii słyszano wyłącznie szelest zarabianych dolarów. Notowania NTIC (nowych technologii informacji i komunikacji) rosły na giełdzie w zawrotnym tempie. Tak zwani „nerdzi” z Krzemowej Doliny zaczęli mówić o tym, że zmienią świat, lecz chodziło głównie o uspokojenie sumień i rozbudzenie marzeń uczestników seminariów organizowanych dla potężnych przemysłowców. W ostatecznym rozrachunku wszystko kończyło się na wyliczaniu Ebitda.

Brutalne załamanie się notowań firm zajmujących się nowymi technologiami oraz indeksu Nasdaq po 2000 r.sprawiło, że Napoleonowie finansów stali się, jeśli nie bardziej skromni, to w każdym razie znacznie bardziej dyskretni. Potrafili umiejętnie ukryć się za ideologami ich nowego świata. Najczęściej spotykanym dyskursem stał się dyskurs kalifornijskich utopistów i łagodnych marzycieli, bez wahania stających w szranki z drapieżcami, którzy chcieliby kontrolować ich nowe obszary wolności (lub jako wolne postrzegane). I właśnie ci ideolodzy, apostołowie darmowości ścierający się z ekspertami monopolizują nowy, niemal jedyny obowiązujący pogląd, zgodnie z którym internet stanowi wolnościowe eldorado. Wysuwane przez nich argumenty są nie tylko urzekające, ale też sprawiają wrażenie oczywistych.

A zatem przede wszystkim, i jest to kwestia zasadnicza, internet jest nowoczesny. Uosabia wręcz całą nowoczesność, a ludzie, którzy wykazują opory lub dają wyraz swoim obawom wobec jego nieuchronnego rozwoju, traktowani są jako zacofani albo reakcjoniści. Ponieważ nowoczesność stoi po stronie postępu, a więc siłą rzeczy po stronie dobra, negowana jest wszelka zasadność technologicznego sceptycyzmu, który umiejscawiany jest po stronie konserwatyzmu, a więc po stronie zła. W takim samym stopniu dotyczy to wszystkich wartości towarzyszących nowym technologiom.

Nie mówi się już o niczym innym, jak o freeware’ach (wolny w tym miejscu oznacza darmowy), o open source, open office (wszystko jest „otwarte”, a więc umożliwia swobodny dostęp), o dziennikarstwie obywatelskim, inteligencji tłumów, zbiorowej twórczości, o kwestionowaniu opinii ekspertów i kontestowaniu tego wszystkiego, co jest top-down (co biegnie od szczytu do podstawy, a więc tego, co jest autorytarne i przeciwstawia się temu, co pochodzi z dołu, od wspólnoty i co jest antyautorytarne), o wolnych i otwartych wspólnotach i wreszcie o technologii, która jest motorem demokratycznego rozwoju.

Francis Pisani i Dominique Piotet, wnikliwi obserwatorzy przemian zachodzących w świecie cyfrowym, a jednocześnie piewcy nowej ideologii, nadali swojej książce podtytuł Alchemia wielości, zapożyczając go świadomie od włoskiego myśliciela rewolucjonisty Antonia Negriego, niegdyś kojarzonego z Czerwonymi Brygadami, a dzisiaj jednego z głównych ideologów alterglobalizmu i rewolty „wielości” przeciwko tym formom władzy, które filozof ten określił mianem Imperium. Jest jednakże coś niepokojącego w połączeniu najbardziej utopijnych, wolnościowych, egalitarnych i ultrademokratycznych marzeń z przedsięwzięciami, które nade wszystko są niesamowitymi machinami do robienia pieniędzy. Można odnieść wrażenie, że chodzi o pogodzenie wolności w najbardziej ekstremalnej postaci, postmodernistycznego, technologicznego flower power, z najbardziej oszałamiającym i błyskawicznym wzbogaceniem się. Warto więc przyjrzeć się temu nieco bliżej, tym bardziej że nie pozostaje to bez wpływu na przyszłość informacji. Spróbujemy zatem przeanalizować „wartości”, które niesie ze sobą internet.

Demokratyczny triumf?

„Nigdy nie uświadamiałem sobie, że demokracja oznacza aż tyle możliwości, ma w sobie tak wielki potencjał rewolucyjny. Media, informacje, wiedza, treść, widownia, autor – wszystko miało zostać zdemokratyzowane przez Web 2.0. Internet miał zdemokratyzować Wielkie Media, Wielki Biznes, Wielki Rząd. Miał nawet zdemokratyzować Wielkich Ekspertów”. W takich słowach autor polemista Andrew Keen podsumowuje z przerażeniem swoje dwudniowe doświadczenia z września 2004 r., wyniesione z pobytu w miejscu będącym rodzajem zacisznego campingu dla milionerów i „technofilów”, w posiadłości Tima O’Reilly’ego, bajecznie bogatego guru Webu 2.0 i nowych technologii w Krzemowej Dolinie.

Wtedy Keen sam był młodym przedsiębiorcą zajmującym się high-tech i z tego tytułu zaproszono go, podobnie jak „około dwustu innych utopistów”, na bardzo elitarne spotkanie FOO (Friends of O’Reilly): „Przyjaciele multimilionera Tima O’Reilly’ego są nie tylko wyjątkowo bogaci i niekonwencjonalni, ale także głęboko wierzą w ekonomiczne i kulturowe korzyści płynące z technologii. To niezwykli ekscentrycy, choć są również orędownikami mesjanistycznej wiary w ekonomiczne i kulturowe dobrodziejstwa, jakie niesie ze sobą technologia”. Na wpół Woodstock, na wpół seminarium w Business School na Uniwersytecie Stanforda, obóz FOO jest miejscem, w którym kontrkultura lat sześćdziesiątych spotyka się z liberalnym rynkiem lat osiemdziesiątych i technofilią lat dziewięćdziesiątych. Jest to, jak z humorem stwierdza Keen, spotkanie „establishmentu antyestablishmentu”. Rzecz jasna, nie był on specjalnie szczęśliwy podczas tego spotkania skautów – technomilionerów, którym przyszło spać pod namiotem. Wrócił jednak stamtąd z przeświadczeniem, że odkrył prawdziwy i wewnętrznie sprzeczny charakter demokratyzacji, której domagają się guru technologii. Wyjaśnia, że jako wielbiciel muzyki wyobrażał sobie, iż internet umożliwi, między innymi, znacznie szerszy zakres rozpowszechniania wysokiej jakości utworów muzycznych. Po powrocie z obozu FOO stwierdził: „Nowy Internet to muzyka tworzona przez samych użytkowników, a nie utwory Boba Dylana lub Koncerty brandenburskie. Publiczność i autor stali się jednym ciałem i zmieniają kulturę w kakofonię”.

Keen dotknął tu zasadniczej kwestii: internet jawi się jako rozległa przestrzeń wolności i demokracji, w której, zdaniem jej apostołów, odnosi się wrażenie, że wszystko może być sobie równe, że specjalista i amator mogą wzajemnie się zastępować, że jest to świat, w którym normą jest egalitaryzm, a każdy staje się twórcą, wynalazcą i producentem. Pisani i Piotet ujmują to w taki sposób: „Naszym zdaniem od 2004 r. za sprawą Webu pojawiła się <<nowa dynamika w relacjach>>, w ramach której rozmywają się dawne stosunki i zależności, a hierarchia znika na rzecz funkcjonowania w sieci, gdzie najistotniejsza stała się liczba nawiązywanych połączeń”.

W kwestii mediów dodają, że przeciwwagę dla „tradycyjnych gazet (…), tego dobrze już dotartego mechanizmu instytucjonalnego, w którym reakcje czytelników najczęściej ograniczają się do niewielkiej rubryki przeznaczonej na listy do redakcji”, stanowią teraz „miliony ogarniętych pasją blogerów, bez żadnego biznesplanu, którzy przyglądają się, analizują i wymieniają się informacjami w czasie rzeczywistym, nieskrępowani jakąkolwiek zorganizowaną kontrolą lub jakimkolwiek innym mechanizmem”. Mówiąc o „autentycznym uczestnictwie”, cytują Alberta-László Barabásiego, sztandarową postać zupełnie nowej gałęzi nauki zajmującej się sieciami, autora książki Linked (Podłączeni), którego zdaniem „społeczeństwo istnieje, ponieważ ludzie wybrali interakcję”. Piotet i Pisani dodają: „Technologia nie jest wystarczającym wytłumaczeniem obecnego sukcesu Webu. Odpowiada on istniejącej już wcześniej dynamice społecznej, która dzięki niemu dzisiaj może zostać lepiej wyartykułowana. Pomaga nam w skuteczniejszym rozwiązywaniu charakteryzujących ją problemów” .

Oczywiście według tych autorów „nowa dynamika w relacjach” jest zapowiedzią wyższej formy demokracji, spełnienia szczytnych marzeń o „komunistycznym kapitalizmie”, w którym nie tylko każdy będzie mógł korzystać z dóbr według potrzeb, ale też głos każdego obywatela będzie słyszany tak samo wyraźnie jak głosy wszystkich innych. Każdy człowiek, który stał się internautą, może korzystać z prawa do zabrania głosu. Niegdysiejsi mistrzowie, eksperci, zawodowi dziennikarze, uczeni, autorzy, a zwłaszcza politycy zostali zrównani z całą resztą, funkcjonując w świecie, w którym wszyscy internauci są sobie równi. Sieć sprawia, że wszelkie hierarchie stają się przestarzałe. Pisani i Piotet piszą o nastaniu ery ” indywidualizmu sieciowego”.

Nie ma w nim miejsca ani dla Boga, ani dla Mistrza, ani też dla eksperta. Kultura przestaje już być zdobyczą, wytworem historii, lecz podlega ciągłemu procesowi formułowania jej na nowo przez podmioty mogące wymyślać na nowo siebie i wszystko wokoło w całkowicie nieskrępowany sposób.

Internet, jak słusznie zauważa Benjamin Loveluck, „stanowi niezwykłą obietnicę równości”, a „przede wszystkim utopię wolnego słowa, słowa bez cenzury, a zatem ideał demokracji partycypacyjnej opartej na ustawicznej dyskusji (…), realizację utopii politycznej w całym znaczeniu tego pojęcia, tj. demokracji w najczystszej możliwej postaci”, która w szczególności prowadzi do zniesienia wszelkich instancji pośredniczących.

Jedynym spoiwem, które może sprawdzić się w tym horyzontalnym świecie, jest coś, co nazywa się „wspólnotą”. Określenie to odwołuje się do długiej amerykańskiej tradycji. W Stanach Zjednoczonych wspólnota stanowi podstawę demokracji, którą początkowo rozumiano jako ogół wspólnot zazdrośnie strzegących swoich swobód. Jednakże to skojarzenie, często przywoływane wtedy, gdy mowa o tym, co spotykamy w internecie, może być mylące. Sieciowe wspólnoty działające w internecie rozumieć należy nieomal odwrotnie: są one wspólnotami nigdzie niezakorzenionych podmiotów. Są to wspólnoty tworzone ad hoc, budowane wokół określonych zainteresowań, jakiegoś hobby, wspólnych przekonań. O ile więc dawne wspólnoty scalały, a czasami wręcz przytłaczały, pozwalając jednostkom istnieć jedynie poprzez ogół, o tyle wspólnoty sieciowe  charakteryzują się „płynnością” – można z nich wyjść za pomocą jednego kliknięcia – i do niczego nie zobowiązują. Nie angażują one bowiem nigdy nikogo ani w całości, ani też na długo. Ten, kto surfuje, nikomu niczego nie jest winien ani nie zawdzięcza. Najczęściej są to struktury zrzeszające ludzi zupełnie nieznających się nawzajem, gdyż każdy może schować się za anonimowym pseudonimem. Nie ma właściwie niczego mniej wspólnotowego od takich właśnie wspólnot.

Tymczasem żywiołowy rozwój tych wspólnot na stronach nazywanych „społecznościowymi” można przeliczyć na konkretne pieniądze. To one bowiem stanowią o wartości ekonomicznej przedsiębiorstw, które nazywają się Facebook, YouTube, Copains d’avant, Flickr czy MySpace: ich wartość handlowa oraz możliwość sprzedawania i odsprzedawania na rynku jest wprost proporcjonalna do wielkości wspólnot, które istnieją tam „bezpłatnie”. Inaczej mówiąc, obecność i darmowa praca internautów przyczyniają się do waloryzacji marki. Tak samo rzecz się ma ze stronami zamieszczającymi rankingi, na których internauci rejestrują swoje preferencje (lista najlepszych książek, najlepszych utworów, najciekawszych artykułów itd.), a także z tymi, na których użytkownicy prezentują swoje opinie (na przykład strona TripAdvisor, gdzie gromadzone są opinie użytkowników na temat hoteli na świecie, cieszy się wielkim powodzeniem). Użytkownicy wnoszą dodatkową wartość zgodnie z następującą zasadą: „Wy dostarczacie treść, a oni zatrzymują dla siebie dochód”. Zaiste, przedziwne przymierze wolnościowej darmowości na usługach tworzenia wartości.

Redakcja Niedoczytania.pl - Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły