займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

23 sierpnia 2010 1:37

niedoczytania: Latest post
grafa Łukasza Libiszewskiego

Proza-line (1) – „Codziennie kupuję bułki w tesco”, czyli to musi coś znaczyć w tekstach Rafała Wołowczyka

Mamy przyjemność zaprezentować Wam pierwszy odcinek nowego cyklu tekstów, w którym Rafał Klan będzie przedstawiał sylwetki twórcze młodych prozaików publikujących w serwisie liternet.pl. Rozszerzony tytuł oznacza „prozę online”. Wierzymy, że po kilkunastu artykułach będziemy mogli narysować linię łączącą i demarkacyjną młodej prozy.
Redakcja niedoczytania.pl

Zygmunt Bauman w „Ponowoczesności jako źródle cierpień” przypomina o tym, że wszystkie religie odpowiadają na fundamentalne pytanie o cel świata i przeznaczenie człowieka. Jest w tym oczywiście założenie, że bez względu na to, czy jesteśmy nowocześni, czy już ponowocześni, czy bliska jest nam myśl sekularna, czy postsekularna, w człowieka na zawsze został wpisany niepokój, na który próbuje się od wieków odpowiedzieć zgodnie z panującą intelektualną modą. Jakakolwiek odpowiedź nie pada i tak zawsze pozostaje odpowiedzią cząstkową, której projekt jak umowa między handlowcami kiedyś wygasa i trzeba ją uzupełnić o nowe dane.

Problem oczywiście pojawia się wtedy, kiedy człowiek nie znajduje czasu, żeby w ogóle takie fundamentalne pytanie sobie zadać. Nie pojawiają się okoliczności, nie płonie krzak, z którego dochodzi tajemniczy głos. Trzeba kupić bułki w Lidlu lub pierogi w Tesco, kilka butelek szkockiego portera. W międzyczasie zdobyć papiery o niekaralności, przejść odpowiednie szkolenia, zdobyć licencję taksówkarza, i dopiero pod koniec dnia łyk z butelki szkockiego portera, potem kąpiel, wreszcie sen. Nie ma fundamentalnych pytań, nie ma też cierpienia z powodu braku odpowiedzi, w końcu nie ma religii.

W prozie Rafała Wołowczyka pojawia się jednak trzecia droga, która jednocześnie odwołuje się do relacji wszystkie religie świata z ich odpowiedziami a człowiek poszukujący odpowiedzi i jednocześnie wyklucza i religie świata, i człowieka cierpiącego. Z tekstów Wołowczyka wyłania się konstrukcja świata, która mniej lub bardziej świadomie, posługując się wszystkimi napięciami, jakie powstają na linii przeznaczenie, które chce zostać odkryte – a człowiek, który z przeznaczeniem się mija, wpisuje te relacje właśnie w moment, który rzekomo nie służy do zadawania pytań, a więc w czas, który pozornie został zawłaszczony przez napięty plan dnia.

Jeżeli prawdą jest, że w człowieka wpisany jest niepokój, ale w obecnym świecie napięty plan dnia transcendentny niepokój bierze w nawias, to w sposób niekontrolowany świat i sam człowiek stwarzają sobie przestrzeń, która mniej lub bardziej przejrzyście staje się nowym doświadczeniem transcendencji, odzwierciedleniem jej napięć. Innymi słowy ten czas, który jest brakiem czasu, sam, powoli, kształtuje się i przypomina o relacji transcendencja – człowiek. To tak jak z tym powiedzeniem: zamkniesz mu drzwi przed nosem, wejdzie oknem.

W krótkich tekstach prozatorskich, jakie Wołowczyk zamieszcza w sieci, doświadczenie, o którym mowa, jest permanentne:

codziennie kupuję bułki w tesco i płacę w kasie samoobsługowej
(moderna)

W lusterku zauważyłem czerwoną kropkę na dolnej wardze. Tak jest codziennie
(mind your hand)

Niecodzienne doświadczenie wpisuje się w niecodzienną logikę:

Bilety po pięć funa stały
(gaga)

Chciał sprzedać telefon.(…) że dałem mu w końcu pięć funtów
(old & classic)

I w końcu zwroty, przywołujące pojęcia abstrakcyjne, chwilowo schowane za stanem bezsenności:

między czwartą a piątą nad ranem przeżyłem koniec. Katatoniczny, apokaliptyczny Koniec.
(sunny haab)

stwierdzam – męka jest zwieńczeniem.
(sunny haab)

Codzienność nie jest tylko faktem, zbiorem nieskomplikowanych czynności powtarzanych od niechcenia, po których następują kolejne nieskomplikowane czynności, których zwieńczeniem jest sen. Codzienność jest wyczekiwaniem, rejestrowaniem niecodziennych, wyjątkowych, rzadkich spotkań z czymś lub kimś. Jakby rytuał Wołowczyka sięgania po klawiaturę zależny był nie od codzienności pozbawionej fundamentalnych pytań, ale od tych luk, które w codzienności powstają i dla których warto jednak o powszechności pisać.

Konstrukcja świata u Wołowczyka, sama w sobie, jest stwarzaniem takiej możliwości, która tę lukę, jakiś niepokojący brak uchwyci i jeżeli już to zrobi, to związuje się z bohaterem na zawsze lub na jakiś czas.

W opowiadaniu „moderna” samoobsługowa kasa ulega upodmiotowieniu, a jej automatyzm (Please scan your clubcard – każdego ranka przemawia do mnie) czyni wyłom w codzienności, wyjątek, dla którego bohater jest gotowy do poświęceń:

codziennie z samego rana czuję, że ktoś o mnie się troszczy. I to mnie tak mile nastraja i przeto lubię chodzić po bułki i wcześniej przez to wstaję.

Można oczywiście ująć to w retorykę świata zdehumanizowanego, w którym bohater za odrobinę dobrego samopoczucia spotyka się z automatem. Ale – czemu jestem bliższy – jest to raczej stwarzanie się świata na nowo (wyjątkowa rola troskliwej maszyny). Jednocześnie ta troska nie jest przez bohatera negocjowana, po prostu jest, jakby zawsze była, trzeba ją tylko odkryć, odnaleźć w zwykłej codzienności pozbawionej fundamentalnych pytań. Wtedy – podobnie jak na początku – na pytanie, z czego złożony jest świat, pada odpowiedź – z wody, tak tutaj, na pytanie dokąd człowiek zmierza, znajdujemy odpowiedź (tymczasową): do kasy samoobsługowej.

W tym świecie, który sam się na nowo stwarza i próbuje też na nowo stworzyć nowy język dla fundamentalnych pytań, mowa tego świata jest jeszcze ukryta, co jest szczególnie widoczne w opowiadaniu „gaga”. Mamy tam wydarzenie, koncert Lady Gaga, w którym uczestniczy bohater i jego kompan, Wojtek. Za sprawą filmowania królowej obaj zostają usunięci przez ochronę. Wtedy to bohater „gagi” wypowiada istotną dla tekstów Wołowczyka kwestię:

się okazało, że on tam ma ten moment jak Gaga się wyjebała i myśmy od razu już teraz wiedzieli, że to musi coś znaczyć i że skoro nie wolno było tam kręcić, a Wojtek to ma na telefonie to to nie bagatela

To to musi coś znaczyć jest spotkaniem się twarzą w twarz z ukrytą logiką świata ponowoczesnego. Można oczywiście powiedzieć, że to są odpryski, jakieś flaki, ucho, którym karmią się robaki, odrąbana ręka, że to wszystko to już popłuczyny po śmierci Boga i że nie ma nad czym się zastanawiać. Jednak logika tekstów Rafała Wołowczyka sugeruje coś innego. Codzienność pęka w szwach, wewnątrz niej dojrzewa coś lub ktoś, a towarzysze tego kogoś lub czegoś już stoją na rogatkach i rozdają ulotki. Raz jest to zaproszenie na spotkanie z kasą samoobsługową, innym razem próba (to jeszcze jest próba) dostrzeżenia w pozornie nic nieznaczących wydarzeniach głębszych znaczeń. Bohaterowie ani czytelnik nie znajdują odpowiedzi. To musi coś znaczyć jest tylko preludium, w którym ani bohaterowie, ani czytelnik nie zostali wyposażeni w narzędzia do odczytania przekazu. Ale ten język się zbliża. Narzędzia, ktoś lub coś, pakuje do osobnej walizki. Być może wydarzy się to między czwartą a piątą nad ranem. Trudno powiedzieć. Ale kiedy się wydarzy, będziemy o tym wiedzieć.

——-

gaga

Autor: Rafał Wołowczyk [Proza, Dodano: 25 czerwca 2010, 22:45:14]

Był to jeden z tych nielicznych wieczorów kiedy wyszedłem z domu pozdrawiać małomiasteczkową społeczność. Wszyscy mówili tylko o jednym. Za kilka dni do miasteczka miała przyjechać Lady Gaga. Nie mogłem w to uwierzyć. Wpisałem w Google – Gaga i po przecinku – Kirkcaldy. Już pierwsza pozycja miała wyprowadzić mnie z błędu. Gaga rzeczywiście miała zagrać tu koncert. Bilety po pięć funa stały i to do kupienia tylko na bramce. Za taki casus oddałbym całą wypłatę. To zbyt piękne – myślę, ależ będą balety. Ustawiłem się z Wojtkiem dwie godziny wcześniej. Siedly my na ławce z widokiem na morze. Spalily my co miely my do spalenia i poszly my do klubu zobaczyć Kleopatrę naszych czasów. Ku naszemu zaskoczeniu przed klubem nie było masakrycznej – jak mawiają na Śląsku – kolejki, a tylko taka sobie, normalna, jak to w piątek. Oddaliśmy okrycia wierzchnie do szatni i ruszyliśmy pod scenę. Przeciśniecie się przez tłumek zajęło nam chyba z 15 minut. Wreszcie ujrzeliśmy ją w całej krasie. Stała tam jak żywa, taka malowana, królowa prawdziwa karnawałów, muzyki rozrywkowej i teledysków wszelakich. Królowa pudelka. Kolorowe lasery rozświetlały jej twarz. Biegała po scenie, a lasery za nią. Ruszała się jak łania w rui i miało się wrażenie, że zaraz jej gors odpali razem z giczą pod kierunkiem Siergieja Korolewa. Salut – miało się ochotę wykrzyczeć. I to to, co tam miała rzeczywiście wystrzeliło pod koniec jednego z tych bardziej znanych utworów muzycznych artystki i to prosto na publiczność, w tym na nas, na głowy nasze i ręce. I wtedy to żeśmy się trochę przestraszyli, no bo żeśmy pod samą sceną stali i to wcale nie wyglądało jak sztuczne ognie tylko jak znacznie bardziej realistycznego coś, przynajmniej ja tak pomyślałem, ale jakoś tak w środku wiedziałem, że mogę się czuć bezpiecznie, no bo przecież nie jestem na byle z dupy koncercie punkowym tylko to w końcu sama królowa i to raczej o jej bezpieczeństwo przy tych pociskach należałoby się martwić. I przez te sztuczne ognie poczuliśmy się tak jakoś odurzeni choć nic żeśmy prócz tego palenia nie brali i w sumie to nic żeśmy też nie pili. I szła ta muza tak w najlepsze jak trzeba w sumie i mogłoby to trwać tak bez końca kiedy Gaga ni stąd ni zowąd jak nie wypierdoliła się na scenie chyba przez to całe obciążenie, przez ten szkieletom, ten szkielet druciany na sobie co miała musiał jej ciążyć no i się wyjebała jak długa jakby taka przemęczona była biedna czy już po prostu rady nie dała, tego żeśmy nie wiedzieli ale jakoś się nam tak nagle ciężej na sercach zrobiło i żal jej, bo ona taka drobna, drobniejsza jeszcze niż na zdjęciach i w telewizji. Pomyślałem wtedy, że mogliby jej teraz te szrapnele z giczy odpalić, to może by ją dźwigło trochę, ale ona sama się pozbierała, czego żeśmy nawet do końca nie zdążyli zauważyć. I tego następnego kawałka to już żeśmy nie znali i ciężko nam było choćby nucić a nawet się bujać do rytmu nie bardzo i wtedy Wojtek, nie wiem, co mu odbiło, zaczął ją telefonem nagrywać, kamerować znaczy się, choć to oczywiste było, że nie można, bo nikt tego nie robił, ale on sobie chyba co innego pomyślał i nakręcił nawet z minutę chyba, teraz nie wiem, bo jeszcze tego nie widziałem, ale to sama Gaga była na żywo, na jego telefonie, i on ją tam teraz miał i miałby więcej, gdyby nas za to kamerowanie ochrona brutalnie nie wyjebała. I nie pomogły tu tłumaczenia żadne, że kurtki mamy jeszcze tam, że bilety kupione, ale jak im Wojtek ten filmik pokazał, bo oni niewiele chyba tak tyłem widzieli, to się okazało, że on tam ma ten moment jak Gaga się wyjebała i myśmy od razu już teraz wiedzieli, że to musi coś znaczyć i że skoro nie wolno było tam kręcić, a Wojtek to ma na telefonie to to nie bagatela i w huju mieliśmy od tego momentu tych ochroniarzy i zadzwonił tym samym po taryfę i żeśmy od razu pojechali do niego zrzucić te wideo i o kurtkach nawet zapomnieli. Zrzucily my i co się okazuje grubo ten film na kompie wygląda, o wiele grubiej niż w realu wygląda i tak go w kółko oglądamy aż nam się odechciewa dość szybko w sumie bo na tym filmie to głosu nie ma tylko szumy jakieś i trzaski więc ja mówię do Wojciecha – Wojciech podłóż.

fragmenty wyjętej prozy

Kliknij na obrazek, by powiększyć

——-
Byłeś do tej pory naczelnym artzina „Szmira”, koordynowałeś działania Klubu Krytyki Politycznej w Lublinie, przedstawiano Ciebie jako poetę, współredagowałeś blog bashart poświęcony wernisażom. Blog bashart w marcu tego roku poinformował o emigracji zarobkowej autorów bloga. Emigracja, rozumiem, chwilowa, blog bashart to sugeruje :) – emigracja, a co dalej? Co ma w planach Rafał Wołowczyk?

Jak to byłeś? Co to do cholery niby ma znaczyć? W najgorszych koszmarach śni mi się, jak jakiś długowłosy absolwent polonistyki wygryza mnie ze szmirowatej. Bóg mi świadkiem; prędzej sczeznę. Ciągle przecież dopieszczam kolejny numer, robię zdjęcia, uczę się rysunku, kolażu. Powolności nade wszystko. Mieszkam teraz w miejscu, gdzie z jednej strony jest morze, z drugiej góry. Hasam po łąkach i zwiedzam okoliczne wioski. Klimat stworzony do pisania. Pracując dwa dni w tygodniu, mogę sobie pozwolić na wynajęcie dziewczyny od wstawiania przecinków, (akurat ma wolne) samemu zastanawiając się, czy użyć „także?, czy „tudzież?. Jeśli mam ochotę na ludzi, wsiadam w samochód i w kilkanaście minut jestem w Edynburgu. Ludzie natomiast stanowią ten wymiar rzeczywistości, od którego coraz częściej uciekam. Ludzie to mątwa. Fe. Tak samo jest z kulturą, z całym jej zróżnicowaniem, którego nie sposób tutaj ogarnąć. Szczerze mówiąc, nawet nie mam na to ochoty, wolę swoją wioskę, skrzeczące mewy i lektury, na które nigdy nie starczało mi cierpliwości. Oczywiście, że tęsknię za przyjaciółmi, tym, co robiłem w Lublinie. Na szczęście nie żyjemy w romantyzmie, a samotność dla takiego typa jak ja to najlepsza szkoła. Przykładem jest sfabrykowany.

W tej chwili nawet nie planuję powrotu. Jeśli wrócę, to z takim hukiem i z takimi pieniędzmi, aby już nigdy nie musieć pracować. Fakt, że po drodze mogę czytać, że mogę pisać więcej niż kiedykolwiek, sprawia, że właściwie już teraz możecie mnie nazwać wygranym.

Teksty, które zamieściłeś na stronie liternetu, pojawiły się wcześniej na Twoim blogu. Obie formuły, liternetu.pl i ogólnie bloga, mają na celu komunikację. Liternet obiecuje kontakt autora z czytelnikiem. Blog to jednak komunikacyjnie pojemniejsza forma, jak kiedyś powiedział Ash, to kontakt z przestrzenią internetu. Przeniosłeś z bloga kilka tekstów i przypisałeś je prozie (chociaż dostępna jest forma dziennika). Jakie znaczenie ma dla Ciebie zmiana formy blogowej na literacką?

Nie wiem kim był Ash, ale mam wrażenie, że ty bardzo obraziłeś moją matkę. No ale do rzeczy. Być może masz rację i niektóre z tekstów na sfabrykowanym mogą przypominać wpisy z dziennika. Staram się jednak, aby każdy z osobna stanowił integralny twór. Forma dziennika jest dla mnie swoistym warsztatem, ćwiczeniem pamięci, często czystym eksperymentem, z którym nie zawsze warto się obnosić. Nie uważam, aby trywialna codzienność – stanowiąca, nie tyle punkt wyjścia, co w moim przypadku iloczyn wrażeń – w jakikolwiek sposób determinował formę tekstu. Wrzucając część „wpisów” do liternetu, nie zmieniam formy „publikacji”, jest to ciągle ten sam gąbczasty worek. W moim przypadku to, co blogowe, jest literackie. Sfabrykowany to tyle, co cyfrowa polisa na wypadek utraty danych. Myślę, że większość poważnie traktujących pisanie, jeśli w ogóle można tu mówić o powadze, postępuje podobnie.

Być może dlatego, że naturalnym środowiskiem dla Twoich tekstów był blog, w większości z nich pojawia się dość skrupulatny opis zwykłych czynności. Jednak – mam wrażenie – nad opisaną codziennością wisi niczym miecz coś, co tę codzienność dezaktualizuje, wytrąca jej argumenty. Jakby codzienność sama w sobie posiadała defekt: pojawienie się kasy samoobsługowej, Szkota sprzedającego Nokię czy film zarejestrowany przez komórkę, na której Lady Gaga się wyjebała. To coś musi znaczyć, mówi narrator, chociaż czytelnik nie dowiaduje się co. Czy to tylko niechęć do kodu praca – dom – sen? Nadciągająca rewolucja, której język jest jeszcze nieczytelny, czy coś zupełnie innego? :)

Naturalnym środowiskiem moich tekstów jest dom, jest łóżko i jest linka. Blog to tylko medium. Dążę do tego, aby główny argument tych tekstów stanowiła szczerość oraz zorientowanie na autentyzm, stąd często „dość skrupulatny opis codziennych czynności”, a wrażenie, że „nad opisaną codziennością coś wisi”, jest, cóż, jedynym powodem, dla którego warto czytać – tak jak do pisania niezbędna jest pewność. Czyż nie?

Rzeczywistość, w której się obracam, jest w każdym calu odkodowana, na wskroś czytelna. Natomiast daleko jej do odczarowania. Tylko to dostrzec. Dostrzec i zakodować w atrakcyjny dla czytelnika sposób. To żmudna robota, daleka od rewolucji. Być może język mojego kodu jest jeszcze nieczytelny, mając na względzie pisanie, na obecnym etapie. Należałoby się z tego cieszyć.

Zobacz profil Rafała Wołowczyka w serwisie liternet.pl.

Rafał Klan -

Podobne artykuły