займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

31 października 2008 10:24

niedoczytania: Latest post

Pora prozy Toruń. Trzech autorów – jeden nieczytelnik!

Trzech autorów i jeden czytelnik, który nie zna ich tekstów. Czy przekonają go do swojej literatury? Zobaczcie czy można napisać ciekawą relację ze spotkania bazując na samym spotkaniu.

Okiem laika

Pora Prozy. Toruń. Książnica Kopernikańska. 3 autorów. Znanych lub mniej znanych. Trzy dni. Tylko trzy dni. Godzina 18. Po obiedzie i Teleexpressie. Jeden laik. Nie czytał nic Magdaleny Tulli. Ani prozy Jacka Dehnela, ani Wojciecha Kuczoka. Poszedł, bo chciał kogoś kupić. Który z nich się najlepiej sprzeda.

Magdalena Tulli

Niestety nie stawiłem się o porze o której powinienem się stawić i część spotkania poświęcona odczytaniu fragmentu prozy ominęła mnie. Autorka, jak zauważyłem, ma dość ciekawą barwę głosu, więc może i czytać ładnie i ciekawie. Niestety nic na ten temat nie potrafię napisać, bo mnie nie było. Spójrzmy na ogół – w sali może 15 osób, na pewno nie więcej. Rozmowę z gościem prowadzi Wojciech Giedrys – spokojny, wolno mówiący i sprawiający wrażenie jakby mało się ekscytował przybyłą pisarką – w przeciwieństwie do kilku pań powyżej 40 siedzących w przednich rzędach. Pytania standardowe: coś o „Trybach”, nowszej książce Magdaleny Tulli. Że trudne, że takie piękne, ale że takie trudne i niesamowite, bo nie ma dialogów (wiele książek nie przeczytałem, ale nie wydaje mi się, żeby to było coś innowacyjnego), że autorka nie wychodzi do tak szerokiego grona czytelników jak w poprzednich książkach. Na co autorka – zapewne ucieszona dostrzeżeniem „nieprzeciętności” książki – odpowiada o literaturze środka. Oczywiście jej proza literaturą środka nie jest. Ona, jak później się okazuje, pisze tylko dobre zdania. Jednak czytam sobie informacje o tej autorce (można je było znaleźć na stronie Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu, w której to goszczono festiwal Pora Prozy) i tak sobie myślę: Skoro babka tyle wydała, na tyle języków ją przetłumaczono i sama jeszcze tłumaczy innych (i jeszcze nad tym wszystkim górują jej dobre zdania), to czemu – jak z dalszej rozmowy wynikło – musi brać się też za „komercyjne” pisanie fantastyki (pod pseudonimem), by spłacić rachunki? Bogu dzięki, że pisze to z przyjemnością.
Z zasady nie czytam nic spod kobiecej reki poza poezją, kozaczkiem.pl i SMS’ami swojej dziewczyny typu: „kup jajka, jajka tobie się przydadzą, nie pozwól, żeby inni odczuli w twojej obecności deficyt jajek”. Z zasady też nie lubię ludzi nie skromnych.

Magdalena Tulli. Kupić – nie kupię.

Jacek Dehnel

Tego jegomościa znam. Oczywiście za sprawą poezji i oszałamiającej kariery w telewizji, nie jest to może Tomasz Lis literatury online czy onTV, ale postać, jakby nie patrzeć, „znana”. Tym razem się nie spóźniłem, byłem nawet przed czasem i – zajmując sobie miejsce, rozpoznawszy zaproszonego autora – wymieniłem z nim dwa słowa, w których było zawarte wszystko to, co można było powiedzieć na daną chwilę: „dzień dobry”. Spotkanie ponownie prowadzi Wojciech Gierdys. Ponownie mówiąc spokojnie i wyraźnie, i tak dalej. Wojtek git. Wiadomo, że Dehnel jest bardziej popularny niż Tulli (choć i ta ma niemałe sukcesy – Kościeliscy i nominacja do Nike), dlatego też na spotkaniu z Dehnelem publika powiększyła się prawie 4 razy, a większość mieściła się w przedziale wieku 20-25 (czyżby niespełnieni młodzi buntowniczy poeci nieszuflady, do których i ja należę?). Dehnel czyta fragment swojej najnowszej książki. Zbioru opowiadań wzorowanych na twórczości Balzaca (z tego, co pamiętam, był też taki piłkarz jak Balzac albo siatkarz? Nie ważne). W każdym bądź razie Dehnel czytać potrafi, może robi to trochę za szybko, ale za to angażuje swoje ciało w każde odczytywane słowo, dodając kocie ruchy lub efekty specjalne w formie pukania o stolik jako pukanie do drzwi czy odpukiwanie. Jacuś – jak zapewne mówi do niego jego chłopak (a czego ja nie pochwalam, bo nie pochwalam chłopaków innych chłopaków, co nie znaczy, że mam na myśli chłopaków rzekomo swoich) – w każdym bądź razie czyta dwadzieścia minut i fajnie się go słucha. Proza jak proza. Więcej bym z tego zrozumiał, gdybym sam to czytał, bo jestem wzrokowcem, ale przyjemnie i zabawnie jest oglądać autora tak bawiącego się czytaniem własnych zdań. Rozmowa też „cyc malina”; Dehnel w sumie sam rozmawiał. Sam sobie zadawał pytania i, oczywiście, na nie odpowiadał. Naprawdę dobrze się go słuchało i nie było to takie sztywne jak w przypadku pani Magdaleny – możliwe, że tak się wyrabiają ludzie dopiero w telewizji. Jacuś opowiadał o swoim pisaniu. I trochę o poezji na nieszufladzie; że pomocną dłonią i stróżem literatury bardzo chętnie tam jest – za co mu czapki z głów, panowie, czapki z głów, bo zapewne nie tylko ja to szczerze doceniam. Ba! nawet niesmaczne pytanie o jego homoseksualizm, że to może przeszkadzać jego czytelnikom Jacuś przeobraża w żarty i wszyscy się śmieją, i jest wesoło, i fajniej niż było. Możliwe, że dwadzieścia minut czytania na początku wyostrzyło tylko apetyt publiki na zadawanie coraz to bardziej osobistych pytań, ale pan Jacek Dehnel (skończmy z żartami) potrafi zgrabnie i z humorem opowiadać o sobie. Trochę o nowej, jeszcze niewydanej książce „Fotoplastikon”, potem, że Masłowska sucks. I Tokarczuk – ok, ale „Bieguni” gorsze od tego, co napisała wcześniej. Co tu dużo pisać. Spotkanie trwało nieco więcej niż dwie godziny i to był przyjemnie spędzony czas.

No to co? Fajnie było na spotkaniu to i książka też może fajna. Ide do księgarni i co widzę? Panie Jacku! No ja pierdylę! 50 zł za „Balzakalia”? Mieszkania w górę, gaz i prąd w górę, Wojciechowska w góry. Tak dalej być nie może! Czas z tym skończyć! Tak drogo? Nie dziękuje. Mam prawo jeszcze bezwstydnie odmówić przy kasie, albowiem jestem student, więc odmawiam i idę.

Wojciech Kuczok

Kuczok się spóźnia. Ja znowu się pospieszyłem, żeby najlepsze miejsce sobie zająć, a jak się okazało, moje miejsca zostały zlikwidowane. Jednak za pozwoleniem niezwykle urodziwej pani organizatorki, a także dzięki mojemu niesamowitemu wdziękowi – o czym zresztą nie warto wspominać – udało mi się zająć ulubione przeze mnie miejsce. Jestem. Jestem. Jestem. Kuczoka nie ma. Po 15 minutach pojawia się zadyszany, a winę zrzuca na służby drogowe; że otwarcie autostrady dopiero o 19, a oni myśleli, że już czynna i tak dalej… Jak gdyby pan Kuczok nie znał polskich dróg (a chyba nawet taka książka była?). Nie ważne. Siada. Nie stoi, wyjmuje laptopa, mikrofon nie działa. Kuczok może i bez mikrofonu działać, więc działa. Coś tam mówi. W dni, kiedy organizowane jest to spotkanie, do kin wchodzi najnowszy film z udziałem Kuczoka po stronie niewidocznej. Senność. Publika może w połowie mniejsza niż u Dehnela. Choć może i nie… Oko moje mylą ludzie szersi niż oparcia krzeseł. Może z 30 osób, może nieco mniej. Początkowy chaos Kuczoka ustępuje, siad. Rozmówczynią jest tym razem Karina Obara. O ile Giedrysa znam z poezji i gazet, o tyle o pani Kamili Obarze nie wiem nic, poza tym, że ma podobne nazwisko do Obamy. Rozmawiają o tym, że Kuczok lubi hałas, potem się okazuje, że lubił, a już teraz nie lubi. Pada standardowe pytanko: „Co pan myśli o Tokarczuk?”. Odpowiada, że Tokarczuk ok, ale że „Bieguni” to tak… no tak… no tak do końca sam nie potrafi powiedzieć, co tak do końca nie jest tak. Ale coś nie tak jest. Po zainstalowaniu laptopa Kuczok czyta. Premiera tekstu. Materiał na nową książkę, jak się potem okazuje, na coś większego. Trylogia! Następny Sienkiewicz! A może niekoniecznie, bo 8 rozdziałów. Kuczok czyta spokojnie, wyraźnie, ale nie z takim zaangażowaniem i werwą jak Dehnel. Stwarza pozory skromnego, możliwe, że taki jest. Potem rozmówki, też dość zgrabnie prowadzone, ale już takie standard: pytanko – odpowiedź, pytanko – odpowiedź. Z tego, co wychwytuję, rozumiem, że Kuczok pisze książki na zamówienie, do tego a tego terminu książka ma być i ma mieć tyle stron. Zupełnie nie rozumiem takiego pisania. Że „Senność” to 2,5 miesiąca pisania, że film był pierwszy, tzn. scenariusz i tak dalej. Jak tu być w literaturze romantykiem? Na koniec rozmowy plany na przyszłość: że z całą rodzina pan Wojciech wyrusza aż do Berlina na rok, by tam pisać skoro świt książki na zamówienie. W sumie koniec był nijaki, pani Obama skończyła i to znaczyło, że ma być koniec. Z Obamą się nie dyskutuje.

Mam wpis Kuczoka. Książkę miałem jednak już na długo przed spotkaniem i jej nie przeczytałem. Książka ma być prezentem, a z dedykacją autora to już na pewno będzie fajnym podarunkiem. Pan Wojciech mnie jednak do kupna książki „Senność” nie przekonał. Po tych trzech spotkaniach nasuwa się mi wniosek, że nie służą one promocji, lecz są zwykłymi pogadankami, czasem nawet o „dupie Maryny”. No i może słusznie. Pozostańmy przy przyjemnościach.

Gdyby jednak było tak, że autor spotyka się z czytelnikami, żeby przekonać ich do kupna swojej powieści, ten mój pozornie kapitalny tekst (żart) skończył by się tak :

Okiem laika

Pora Prozy. Toruń. Książnica Kopernikańska. 3 autorów. Znanych lub mniej znanych. Trzy dni. Tylko trzy dni. Godzina 18. Po obiedzie i Teleexpressie. Jeden laik. Nie czytał nic Magdaleny Tulli. Ani prozy Jacka Dehnela, ani Wojciecha Kuczoka. Poszedł, bo chciał kogoś kupić i sprawdzić, który z nich się najlepiej sprzeda.

Nie kupił nic.

Błażej Koniecpolski -

Podobne artykuły