займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

12 lipca 2009 17:19

niedoczytania: Latest post

Maliszewski: Poezja, czyli zmowa recenzentów

[Głos w dyskusji: Poezja, czyli zmowa recenzentów?]

To, co podaje się do wierzenia, do uznania za poetycką wielkość, wiąże się z werdyktami większych i mniejszych konkursów, z wydawnictwami i promocją, z czymś, co pozwalam sobie nazwać medialną obróbką.

Postronnym obserwatorom zaczyna się wydawać, że wydawanie tomiku poza Biurem nie ma większego sensu.
Ten oczywisty banał zaczyna ostatnio pokazywać swą stronę cokolwiek złowrogą. Otóż z uporem bierze się pod uwagę wąski i określony krąg środowisk, nazwisk i poetyk. Przykładem takiej monopolizacji może być skądinąd pożyteczna działalność wrocławskiego Biura Literackiego. Postronnym obserwatorom zaczyna się wydawać, że wydawanie tomiku poza Biurem nie ma większego sensu. To znaczy autor i grono współpracowników będą szczęśliwi, natomiast książka – przebije się i nie wybije. Podobno promocja tomiku poetyckiego w Polsce jest już ustawiona. Nie do końca w to wierzę, aczkolwiek zaczynam odczuwać niepokój, obserwując w ostatnich latach fakt „niezałapywania się” na podium wielu oryginalnych zjawisk, a przez „podium” rozumiem obszar zainteresowania krytyki, mediów i czytelników.

Akceptacja Biura nobilituje zbyt automatycznie, stając się wodą na młyn dla leniwych dziennikarzy i recenzentów łasych na gotowce podsuwane przez Biuro, ślepo przyklaskujących tak tworzonym schematom i hierarchiom.
Tomik poetycki potrzebuje nieco bystrzejszych i przemyślniejszych form promocji, niż jest to dane każdej innej książce. Być może jest tak, że Biuro Literackie wyspecjalizowało się w tworzeniu i doskonaleniu owych form, stąd efekty w postaci rozpoznawalności autorów Biura, rozgłosu popartego docenieniem i nagrodami. Kto się nie załapał na uznanie ze strony Biura, z trudem załapuje się na czyjekolwiek uznanie. To mnie niepokoi. Akceptacja Biura nobilituje zbyt automatycznie, stając się wodą na młyn dla leniwych dziennikarzy i recenzentów łasych na gotowce podsuwane przez Biuro, ślepo przyklaskujących tak tworzonym schematom i hierarchiom. Los poezji Miłosza Biedrzyckiego czy Macieja Meleckiego potwierdza te obserwacje. Wraz z zerwaniem ściślejszych więzi z Biurem zniknęli z pierwszoplanowego oglądu krytycznego, trafili do niszy. A szkoda, wcale nie są gorsi od nagłośnionych poetów Biura. Łatwość tego znikania, zarządzania mocnym byciem i takimż niebyciem, ta jedna wielka manipulacja, bardzo mnie niepokoi. A także mechaniczne tworzenie hierarchii w oparciu o rzekome oklaski, błahe nieraz dowody brane z szumu i powietrza, z medialnej otoczki, z wartości promocji, a nie wartości tekstów i tomików.

Czujny krytyk powinien zaglądać, gdzie się da, a nie tylko do gotowych, podsuniętych zestawów.
Wciąż apeluję o osobiste ryzyko krytyka i zachęcam do tego, by mieć szeroko otwarte oczy. Widzieć małe serie, małe wydawnictwa, inicjatywy oddolne z trudem radzące sobie w tak zmonopolizowanym krajobrazie. Czujny krytyk powinien zaglądać, gdzie się da, a nie tylko do gotowych, podsuniętych zestawów. Nie powinien przepuścić żadnemu tomikowi, nie sugerując się przy tym nazwiskiem autora i mianem oraz pozycją wydawnictwa na rynku. Nieodkryta polska prowincja poetycka czeka na swoich odkrywców. Wielu już próbowało te zasoby opisywać, niestety potem z wielkim trudem znajdowało chętnych na wydrukowanie recenzji czy szkicu dotyczącego nienagłośnionego nazwiska czy zjawiska. A jak coś może być nagłośnione, skoro nikt nie chce zaryzykować i zacząć nagłaśniać? Kółko się zamyka. Obserwując pierwsze wypowiedzi podsumowujące rok 2008, odniosłem wrażenie, że znajdujemy się w kółku wzajemnej adoracji. Mało kto ma odwagę wyjść poza „kredowe koło” sprawdzonych nazwisk. Nie dziwmy się potem inercji jury. Nawet ci, którym nowy tomik dajmy na to Sendeckiego nie przypadł do gustu, o czym komunikowali nieoficjalnie, na forum publicznym podkreślali jego zalety i dopisywali się do zgodnego chóru, bo przecież to koronne nazwisko „bruLionu” – siłą rozpędu klaszcze się dalej. W szkołach powinni uczyć większej asertywności, może by coś drgnęło w krytyce, z którą na co dzień obcujemy. Jeżeli coś ci się nie podoba, to nazwij rzecz po imieniu, nie bój się, nie krępuj. Wystarczyłoby, jak sądzę, nad tytułem Trap wpisać cokolwiek, na przykład Łukasz Bębenkiewicz, a otworzyłyby się śluzy szczerości i wylała się wielka fala niczym nieskrępowanej recenzenckiej błyskotliwości. Wszak Bębenkiewiczowi z Łomży można powiedzieć w oczy, co się myśli, Bębenkiewiczowi można dokopać. Za nim nic i nikt nie stoi. Nazwę rzecz po imieniu: zawiodłem się na nowej książce Marcina Sendeckiego. To jest jakie mijanie się z poezją, wysilone pokazywanie na migi czegoś, o czym już dawno wiem.

Podobnie odbieram urojoną wielkość tomiku Dariusza Basińskiego Motor kupił Duszan. Większość z opublikowanych weń kawałków słyszałem z kabaretowej sceny. Nie pamiętam już, czy to było Świnoujście czy Kraków. Spore zrobiły na mnie wrażenie, lecz odgrzane i podane na papierze już tego wrażenia nie robią. Wydaje mi się, że przy werdykcie orzekającym, że mamy do czynienia z najlepszym polskim debiutem roku, doszła do głosu szlachetna tęsknota za jakąś wielką stylistyczną zmianą, za fajerwerkiem, który uprzytomniłby, że przełom w liryce wydarzył się naprawdę. Jest to jednocześnie tęsknota za utopią absolutnej innowacyjności. Coś takiego w poezji jest już chyba niemożliwe. Jeśli chodzi o książkę Basińskiego, i absolutność, i innowacyjność są iluzoryczne, opierając się na – przepraszam za słowo – groteskowym nieporozumieniu. I swego zdania nie zmieniłbym, nawet gdyby wydano to w Biurze Literackim, gdzie też od czasu do czasu zdarzają się lapsusy. Nie bójmy się tego słowa. Czymś takim była dla mnie książka Jakuba Wojciechowskiego pt. Senne porządki. Przy niektórych jej fragmentach mogą rzeczywiście rozboleć zęby, a bólowi towarzyszy pytanie, czy zawsze infantylizm musimy dowartościowywać słowem „kinderyzm”.

Moim zdaniem, tym razem najciekawszy debiut związany jest ze środowiskiem łódzkim.
Moim zdaniem, tym razem najciekawszy debiut związany jest ze środowiskiem łódzkim. Od czasu do czasu życie duchowe poetyckich regionów wskakuje na wyższe obroty i zaczyna się tam dziać coś, co wprawia w zdumienie miejscowych, zupełnie uśpionych starych literatów. Wysypowi talentów towarzyszy organizacyjna chęć, by owe talenty wypromować. Przed laty towarzyszyłem takiej właśnie przygodzie Katowic i okolic; i nie tylko ja nazwałem ten twórczy ferment „śląskim boomem”. Nazwiska wtedy wypromowane wiele dzisiaj znaczą na poetyckim parnasie. Nie wiem, czy tak będzie z Łodzią i okolicami. W tej chwili wyrosło tam i wchodzi do literatury interesujące pokolenie. A ten intrygujący debiut to Luna i pies. Solarna soldateska Izabeli Kawczyńskiej. Jeśli otrząśniemy się z wrażenia nadmiernej barokowości jej języka i przedrzemy się na drugą stronę piętrzących się obrazów, docierając do ukrytego sedna, to czeka nas przeżycie i wzruszenie. Kawczyńska pokazuje, jak wiele jeszcze można zrobić z tropów, które wydawały się całkowicie zużyte, jak można być zaskakująco świeżym w granicach znanych metafor, a tradycję potraktować lekko, niczym trampolinę do skoku w poetycką nieobliczalność i nieskończoność. Oprócz Kawczyńskiej tworzą i wydają w Łodzi inni. Te nazwiska warto zapamiętać: Monika Mosiewicz, Przemysław Owczarek, Krzysztof Kleszcz, Michał Murowaniecki, Rafał Gawin, Robert Miniak, Piotr Gajda, Konrad Ciok, Magdalena Nowicka, Justyna Fruzińska.

Do trzech najważniejszych dla mnie debiutów roku zaliczam również Antypody Sławomira Elsnera i Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem Konrada Góry.
Do trzech najważniejszych dla mnie debiutów roku zaliczam również Antypody Sławomira Elsnera i Requiem dla Saddama Husajna i inne wiersze dla ubogich duchem Konrada Góry. Rozwojowi poetyckiemu Elsnera towarzyszę od lat i muszę przyznać, że nie przewidziałem tak gwałtownego skoku. Od razu w dojrzałość, w poezję daleką od spełniania reporterskich i utylitarnych obowiązków, w tajemnicę, którą podszyte jest tu każde pozornie proste i jednoznaczne sformułowanie. Czytałem te wiersze też jako pokaz sprawności unikania pułapek naśladownictwa narzucających się wzorców, bowiem autor w gęstej przestrzeni określanej przez skrzydła Sosnowskiego i Świetlickiego wynalazł i określił wyraziście osobną niszę. Ta osobność rzuca się w oczy jeszcze bardziej przy wierszach Konrada Góry, który przypomina lekcję Wojaczka o tym, że poezja może być bezczelna i nieprzyjemna. Nie jest łatwo skatalogować gest poetycki Góry, jeśli się nie ma w sobie życzliwości dla społeczno-obyczajowej kontestacji i dla tej chwilami dość ryzykownej stylistyki.

Z „dorosłych” tomików czytanych w mijającym roku miałem wiele czytelniczej uciechy; są to jednak zupełnie inne emocje od tych, które towarzyszą debiutom. Oczywiście, że przyczynił się do tego nowy tomik Krystyny Miłobędzkiej pt. gubione, ale nigdy nie zdecydowałbym się nazwać go poetycką książką roku. Pani Krystynie należy się nagroda za całokształt i nie należy stosować żadnych zamienników, gdyż zaciemnia to obraz dynamiki współczesnego życia poetyckiego i stwarza fałszywą perspektywę. Autentycznej doniosłości szukałem pośród takich książek, jak Lacrimosa Radosława Kobierskiego, Wszystko Bohdana Zadury, Baw się Romana Honeta, Fizyka Jacka Bieruta i Filtry Adama Wiedemanna. Każda z tych książeczek miała w mojej świadomości swoje pięć minut, okres mniejszej czy większej fascynacji. Stopniowo otrząsając się z ich niewątpliwego uroku, uzyskując coraz większy dystans, zrozumiałem, że najczęściej i uporczywie wracam pamięcią do wierszy Wioletty Grzegorzewskiej i Edwarda Pasewicza. Ale jaka jest szansa, by Orinoko Grzegorzewskiej było gdziekolwiek zauważone i docenione? Prawie żadna. Jury NIKE i NL GDYNIA cieniutkich książeczek wydawanych na prowincji (w tym przypadku Teatr Mały w Tychach) zdaje się nie zauważać. Tym większa radość dla czytelnika, bo w jego samodzielnym myśleniu o tomiku pojawia się perwersyjna idea „nienagrodzonego, a wcale niegorszego”. Specjalnością tej poetki są świeże, zaskakujące, jędrne porównania, które przykuwają uwagę czytelnika. Zapowiadają pointę albo często tą pointą się stają. Porównania i metafory tworzą gęstą sieć nakładaną na świat doznań i wzruszeń. Całość wynika z wzajemnego przenikania się tych sfer. I to jest być może głównym źródłem czytelniczego wzruszenia: wiersza Grzegorzewskiej nie potrafię przyjąć na zimno, on mnie dotyka do żywego, „wisi w powietrzu i wchodzi do gardła”, a to znaczy, że zauważam najpierw jakiś rodzaj pierwotnego, dziecięcego, kobiecego człowieczeństwa, a dopiero potem myślę nad zastosowaną kompozycją i użytym konceptem. Tutaj nie zostawia się czytelnika tylko mądrzejszym, bowiem wychodzi się z założenia, że musi ponadto zostać poruszony. Tacy poeci to prawdziwe błogosławieństwo dla poezji.

Zupełnie inne błogosławieństwo gwarantuje miłośnikom mowy wiązanej Edward Pasewicz, którego tomik Drobne! Drobne! mogę czytać bez końca. I jak zawsze po wstrząsającym kontakcie z narkotycznym liryzmem Pasewicza, z jego metafizycznym hazardem i cielesną religijnością wychodzę z pokoju zwierzeń oczyszczony, dziwnie spokojny. Odbyło się spotkanie na najwyższym szczeblu tekstowego wtajemniczenia, kiedy to tekst sięga głębiej i nie chodzi już o literaturę. Ta poezja podobno jest o niczym, lecz paradoks polega na tym, że jednocześnie o wszystkim, a więc po drodze zagarnia również mnie, pasożyta, moje małe rozterki i wielkie oczekiwania. Spełnia wszystko i pozostawia człowieka poruszonym. Nie rozumiem, jak mogą tego nie czuć jurorzy i znawcy poezji, dlaczego nie stać ich na odwagę przeżycia propozycji Pasewicza. W jaki sposób jest dla nich nieczytelna, dlaczego jest niewygodna? Odpowiedź dotknęłaby pewnie kwestii społecznego usytuowania fizycznej osoby autora, a mało by miała wspólnego z wartością i ważnością jego tekstów. I jak tu nie mówić o swoistej zmowie rozdających karty recenzentów.

Tekst pierwotnie ukazał się w Dodatku Literackim nr 4. Dziękujemy redakcji za udostępnienie nam felietonu Karola Maliszewskiego.

————————————————
Karol Maliszewski – (ur. w 1960 r.), krytyk literacki, poeta, prozaik. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego i w Kolegium Karkonoskim w Jeleniej Górze. Opublikował osiem zbiorów wierszy, ostatnie to: Rok w drodze (2000), Inwazja i inne wiersze (2004), Zdania na wypadek (2007) i trzy książki prozatorskie: Dziennik pozorny (1997), Próby życia (1998), Faramucha (2001). W roku 1999 ukazała się jego książka krytycznoliteracka pt. Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, a w 2001 druga książka tego typu, zatytułowana Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach. Ostatnio wydał: Nowa poezja polska 1989-1999. Rozważania i uwagi (2005), Rozproszone głosy. Notatki krytyka (2006), Po debiucie (2008).

Karol Maliszewski - (ur. w 1960 r.), krytyk literacki, poeta, prozaik. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego i w Kolegium Karkonoskim w Jeleniej Górze. Opublikował osiem zbiorów wierszy, ostatnie to: Rok w drodze (2000), Inwazja i inne wiersze (2004), Zdania na wypadek (2007) i trzy książki prozatorskie: Dziennik pozorny (1997), Próby życia (1998), Faramucha (2001). W roku 1999 ukazała się jego książka krytycznoliteracka pt. Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, a w 2001 druga książka tego typu, zatytułowana Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach. Ostatnio wydał: Nowa poezja polska 1989-1999. Rozważania i uwagi (2005), Rozproszone głosy. Notatki krytyka (2006), Po debiucie (2008).

Podobne artykuły