займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

9 lipca 2010 2:57

niedoczytania: Latest post

Myślę przede wszystkim książką – wywiad z Radosławem Nowakowskim

Z Radosławem Nowakowskim, autorem hipertekstów „Końca świata według Emeryka” oraz „Liberlandii” rozmawiała Urszula Pawlicka

W tworzeniu hipertekstu ważny jest konceptualizm, czyli wizja zarówno struktury hipertekstu, jak i jego treści. Jak wygląda Pana proces tworzenia hipertekstów: „Końca świata według Emeryka” oraz „Liberlandii”?

Wszystkie moje książki wymyślam w całości, jako całość, o wszystkich elementach dzieła myślę od razu i naraz. Nie wiem, czy potrafiłbym inaczej – ja po prostu myślę przede wszystkim książką, a nie tekstem. To trochę tak jak z projektowaniem domu: trudno wyobrazić sobie, żeby architekt zastanawiając się nad funkcją, nie zastanawiał się nad konstrukcją budynku i materiałami. W moim przypadku dwie rzeczy są bardzo istotne: to, że potrafię zrobić sam wszystko, co potrzebne, żeby dzieło, na papierze lub na ekranie, powstało, a to znaczy, że wszystkich tych elementów mogę użyć do konstruowania opowieści, mogę je sobie wyobrazić, wiem, jak będą wyglądały, i co z nimi zrobić; oraz to, że podział na „treść” i „formę” uważam za sztuczny i raczej generujący niepotrzebny zamęt, tym bardziej, że w potocznym tego słowa rozumieniu (a może nie tylko potocznym?), przynajmniej w naszej cywilizacji, stawia się znak równości między tekstem a treścią, co jest doprawdy fascynujące, zważywszy ileż treści istnieje poza słowami. Wystarczy posłuchać muzyki, na przykład jakiegoś koncertu na skrzypce solo, albo samemu siąść do fortepianu i coś zagrać, ot choćby kilka pasaży w różnych przewrotach, i zadać sobie pytanie: o czym grałem? co tu jest „treścią”?

Nicholas Burbules – badacz retoryki sieci – powiedział: „Myślący hiperczytelnik pyta, dlaczego z pewnych punktów linki wychodzą, a z innych nie, dokąd te linki prowadzą i jakie wartości wchodzą w grę przy podobnych decyzjach. Jednakże prócz tego linki same tworzą znaczenia, są czymś więcej niż obojętnym środkiem przechodzenia od punktu A do punktu B”. Zgadza się Pan ze stwierdzeniem, że odsyłacze są narzędziem retoryki? W jaki sposób Pan realizuje proces linkowania?

Ponieważ forma jest treścią, a treść jest formą, jasno wynika z tego, że linkowanie też niesie ze sobą jakieś znaczenia. Ostatecznie to z kim ktoś się spotyka, do kogo dzwoni i wysyła listy, w jakiś sposób o nim świadczy – bo dlaczego utrzymuje kontakty właśnie z tym, a nie z tamtym? A dlaczego z innym w ogóle się nie kontaktuje? Linkowanie jest zatem kolejnym narzędziem jakie dostaje do rąk hiperpisarz – narzędziem dosyć specyficznym, albowiem dostaje je również hiperczytelnik. Przedstawienie sposobów wykorzystania tego narzędzia zajęłoby zbyt wiele miejsca, więc ograniczę się do kilku uwag dotyczących Liberlandii. Chyba idealnie byłoby, gdyby wszystko łączyło się ze wszystkim, czyli gdyby osoba wędrująca po Liberlandii miała jak najwięcej możliwości dokonywania wyboru. Ideał ma jednak to do siebie, że zrealizować się go nie da. Tak jak nie da się rozwijać Liberlandii w sposób zrównoważony – zawsze jakieś jej fragmenty będą niedoinwestowane albo wręcz zaniedbane, podczas gdy inne będą rozkwitały nadmiernie. Są też w niej takie miejsca, które nie są połączone z żadnymi innymi. Niekiedy jest to po prostu wynik przerwanych prac konstrukcyjnych, ale bywa też i tak, że jest to świadome doprowadzenie przybysza do krańca, do niewidzialnej ściany, do miejsca, z którego można się tylko cofnąć.

Z jednej strony jest Pan twórcą liberatury – literatury totalnej, która podkreśla wartość książki drukowanej – z drugiej zaś autorem hipertekstów – literatury powstałej w elektronicznej sieci. Można pogodzić te dwie, wydające się, skrajności? Czym jest zatem dla Pana liberatura, a czym hipertekst?

Nie wszystko da się wydrukować, tak jak nie wszystko da się umieścić na ekranie. Liberatura i hipertekst po prostu się uzupełniają. Emeryk był między innymi próbą opisania równoległości dziania się, równoległości istnienia odmiennych bytów. Istotę tej równoległości znacznie lepiej można uchwycić w dziele hipertekstowym niż w książce papierowej. Z kolei Liberlandia ma strukturę gwiaździstą: z miejsca, w którym do niej wchodzimy możemy udać się w różne strony, po drodze natrafiamy na następne place-gwiazdy, węzły, z których drogi rozchodzą się w różne strony. Książka papierowa o takiej strukturze nie byłaby niemożliwa, ale nawet gdyby udało się ją zrobić, byłaby niesłychanie skomplikowana w manewrowaniu. Co więcej, Liberlandia ma w tej chwili cztery strony startowe: net, com, org, eu. Do Polski te można wjechać przez Słubice, Okęcie, Dworzec Centralny lub port w Gdańsku. A przy okazji jest nieskończona, może być ciągle rozwijana, jest jednocześnie już wydana i ciągle pisana, co raczej nie jest możliwe w przypadku książki papierowej. Z drugiej strony najbardziej wyrafinowane technologie 3D nie zastąpią realnej przestrzeni „Ulicy Sienkiewicza”.

„Oto moje państwo. Państwo o ustroju hipertekstowym. W nieustannej budowie. W niekończącej się przebudowie. Książka zaczynająca się w środku i rozchodząca na wszystkie strony. Wolna książka dla wolnych czytelników. Kraj, w którym pobyt prawie nic nie kosztuje, ledwie tyle co stracony czas na czytanie. Może nawet nieco zarobicie, wszak moglibyście w tym czasie robić coś jeszcze bardziej niepotrzebnego” – skąd pomysł na ideologiczne zinterpretowanie hipertekstu?

„Liberlandia” jest Liberlandią. Opis jest tym, co opisuje. Gdyby „Liberlandię” potraktować jako przewodnik po Liberlandii, to byłby to przewodnik po przewodniku. Czyli zwodnik. To bodajże Beckett powiedział kiedyś o „Finnegans Wake” Joyce’a: „Ta książka nie jest o tym, ta książka jest tym”. Więc jeśli Liberlandia jest krainą i państwem, to jako takie musi być nacechowana ideologicznie, bo każde państwo poprzez to, że musi mieć jakiś ustrój, poddaje się ideologicznym interpretacjom.

Zgadza się Pan ze stwierdzeniem: „Liberlandię można interpretować dwojako: dosłownie jako kraina książek do której wstępuje czytelnik i poddaje się magii lektury oraz metaforycznie – książka jest krajem, w którym litery oznaczają członków społeczeństwa”.

Można i tak. Interpretacji jest wiele, a to głównie z powodu dwoistości semantycznej słowa „liber”: wolność – książka. (Skądinąd to ciekawe, czy takie właśnie dwoiste znaczenie słowa „liber” jest przypadkowe, czy nie.) Czy jest to zatem kraina wolnych książek? Kraj wolności czy kraj książek? Czy to znaczy, że wolność można osiągnąć poprzez książkę? Wolność to książka? Książka to wolność? Jak miałaby wyglądać wolna książka? I tak dalej…

W „Liberlandii” ceni się wartość wolności i godności: „Lecz gdybyś chciał, to mógłbyś być literą w książce” – następuje wyzwolenie litery spod władzy słowa, książki spod władzy biblioteki… Czy zniesienie „feudalizmu” jest źródłem anarchii czy kreacji twórczej?

Twórczość musi mieć w sobie pewną dozę anarchii, inaczej nie jest twórczością. Twórczość pozbawiona anarchii jest rzemiosłem. Można by zatem zdefiniować twórczość jako rzemiosło, które uległo anarchizacji… Czy byłaby to definicja, czy może raczej metafora? Metafory zdają się być znacznie pojemniejsze. Więc posłużmy się metaforą i spróbujmy odpowiedzieć metaforą na pytanie postawione w poprzedniej odpowiedzi. Książka tradycyjna, ta najbardziej książkowa książka, czyli mająca formę kodeksu, jest niczym kraj o ustroju feudalnym. A gdyby tak wprowadzić demokrację? Co by się wtedy stało? I co (kto) byłoby tym ludem sięgającym po władzę?

Problem człowieka poruszył Pan już w „Końcu świata według Emeryka” – tam dostrzega się kwestię dehumanizacji. Upersonifikowany pies, kamień czy samochód mówią o człowieku w sposób opisowy, metaforyczny, nazywając go po prostu „potworem”. Emeryk snuje nawet rozważania na temat „zdezintegrowanego potwora”. Skąd taki pesymistyczny zdepersonifikowany obraz?

Trochę się pogubiłem… Dehumanizacja to odstąpienie od wartości ludzkich (oczywiście najpierw należałoby określić, co to takiego te wartości, nie jest to bynajmniej takie oczywiste – niekiedy odnoszę takie wrażenie, że odstąpienie od niektórych wartości, którym hołdujemy, wyszłoby nam, i nie tylko nam, na zdrowie; tu bardzo pouczająca byłaby lektura „Słownika komunałów” będącego dodatkiem do mojej ukochanej książki „Bouvard i Pecuchet” Flauberta). Ale przez dehumanizację można by też ewentualnie rozumieć odbieranie nam, ludziom, statusu najważniejszego bytu na świecie, czyli przekonywanie, że wcale nie jesteśmy tacy wielcy i wspaniali, jak nam się wydaje. Jest taki bardzo prosty eksperyment myślowy pozwalający ustalić, kto od kogo jest ważniejszy, mianowicie trzeba spróbować sobie wyobrazić, co stałoby się ze światem, gdyby tego kogoś ze świata usunąć. Otóż, gdyby usunąć człowieka, niestety nic szczególnego by się nie stało – trochę by się komary zmartwiły. Gdyby usunąć ssaki, jakieś zaburzenie w biosferze by wystąpiło, ale zbyt wielkie by ono nie było, nie łudźmy się. Gdyby usunąć owady… no, to już bardzo poważna sprawa. A gdyby usunąć bakterie – strach pomyśleć, po prostu wszystko się wali… Kiedyś zadałem sobie pytanie: ciekawe, jak wyglądałaby historia świata napisana przez drzewo? Jakkolwiek głupie takie pytanie może się wydawać, warto je sobie co pewien czas przypominać. Wszak jednym z absolutnie fundamentalnych pytań, jest pytanie właśnie o miejsce, jakie człowiek zajmuje w świecie. Obawiam się, że zdecydowana większość odpowiedzi ma zdecydowanie ideologiczny charakter. Tych o charakterze realistycznych jest jak na lekarstwo, a to jest lekarstwo, które chyba bardzo by nam się przydało… Natomiast personifikacja to przypisanie cech osoby bytom, które osobami nie są. A jeśli już zostały takimi cechami obdarzane, to wygłaszają swoje sądy, oceniają i opiniują, bo to przecież jest właśnie cechą osoby. A że nie mają najlepszego mniemania o nas? No cóż, my też nie mamy najlepszego mniemania o komarach i o bardzo bardzo bardzo wielu innych bytach… Natomiast depersonifikacja to pozbawienie osoby cech osoby. Lecz osoby występujące w „Emeryku” dalej są osobami. Chyba, że chodzi tu o to, iż zrównałem w prawach relacje bytów całkowicie różnych. To rewolucja znacznie większa niż uznanie przez Koran, że świadectwo mężczyzny ma wartość świadectw dwóch kobiet (czyli świadectwo jednej kobiety ma wartość świadectwa połowy mężczyzny), co było posunięciem bardzo odważnym w czasach powstawania islamu, zważywszy, że kobietom raczej wtedy nie przysługiwało prawo do składania świadectw w jakichkolwiek sprawach. Ja niczego pesymistycznego w tym nie widzę, ale wiele rzeczy widzę nieco inaczej lub wręcz całkiem odmiennie.

„Prawie osiemdziesiąt lat po spisaniu pewnego tajemniczego zaklęcia, które sprawiło, że p-papier został w końcu wyparty przez e-papier, we wsi u stóp Łysogór zaczął się kolejny gorący, czerwcowy dzień. To, że ten dzień się skończy, jest pewne. Nie jest natomiast pewne, czy po nim będzie następny dzień. I o tym traktuje niniejsza hasarapasańska opowieść” – tak rozpoczyna się hipertekst „Koniec świata według Emeryka”. Apokaliptyczna wręcz, hasarapasańska opowieść jest zapowiedzią sukcesu czy zagłady świata?

Nie wiem. Wiem za to, że to nie ja wymyśliłem ową apokalipsę – ktoś kiedyś wymyślił legendę, że ta tajemnicza figura klęczącego człowieka, która nie wiadomo dokładnie skąd się tam wzięła, przesuwa się o jedno ziarenko piasku na rok, a jak wlezie na szczyt Łyśca, to wtedy będzie koniec świata. Ja natomiast wymyśliłem happening, który miał polegać na tym, żeby pomóc Emerykowi w jego mozolnej wędrówce i przy okazji sprawdzić, czy legenda jest czczą fantazją, czy też może precyzyjną prognozą. W związku z tym, że raczej nie ma co liczyć na to, że kiedykolwiek zaistnieją szanse na realizację tego happeningu, postanowiłem taką realizację sobie wyobrazić. I tyle. A swoją drogą to dobrze, że realizacja jest niemożliwa. Zawsze istnieje jakieś minimalne prawdopodobieństwo, że to Emeryk ma rację. Nie można też wykluczyć, że zagłada świata okaże się jego największym sukcesem… Rozważając na poziomie mniej kwantowym, uważam, że chociaż bardzo powoli, mozolniej od Emeryka i na dodatek okropnymi zakosami, to jednak posuwamy się do przodu oddalając od wszelkiego rodzaju apokalips i zagład.

„Emeryk” jest negatywnym obrazem chaotycznego świata, rządzonego przez ludzi, w dodatku w momencie dojścia do władzy e-papieru. „Liberlandia” z kolei jest próbą wprowadzenia ładu do świata ludzkiego, poprzez podporządkowanie człowieka książce drukowanej – to ona sankcjonuje rzeczywistości. Czy „Liberlandia” jest, w pewnym sensie, polemiczną kontynuacją rozważań na temat przyszłości cywilizacji?

Dla mnie nie jest. „Emeryk” i „Liberlandia” są częściami projektu, który realizuję od trzydziestu kilku lat, i który nosi tytuł „Nieopisanie świata”. Podkreślam: świata. Człowiek jest częścią świata, tak jak litera jest częścią książki, a książka częścią biblioteki. Nie jest ani w opozycji do świata, ani z innego świata. Jest z tego świata. Problemy człowieka wynikają z problemów świata i na odwrót. Problemy świata są problemami człowieka i na odwrót. „Emeryk” i „Liberlandia” (nie)opisują odmienne aspekty świata. I nie chodzi tu o przyszłość cywilizacji ludzkiej. Zresztą bardziej od tego, co będzie, interesuje mnie to, co jest, tym bardziej, że to, co będzie, zależy od tego, co jest; trudno snuć jakiekolwiek sensowne dywagacje na temat tego co i jak będzie, nie wiedząc co i jak jest… Oj, coś mi się wydaje, że nie jest to odpowiedź na zadane pytanie, ale jeśli do tego mnie ono sprowokowało, to niech już tak zostanie.

Oba hiperteksty można potraktować jako manifest lingwistyczny – głosi Pan utworzenie nowego języka: alfabetu literowo-nutowego oraz alfabetu osiowo symetrycznego. W każdym projekcie to litery są kwestią nadrzędną – wiją się, mówią, krzyczą, łączą, osaczają. „Emeryk” i „Liberlandia” są realizacją nie tylko hipertekstu, lecz również (e)liberatury, literatury wizualnej, literatury totalnej. Jaką rolę odgrywa język w kształtowaniu przywołanych gatunków współczesnej literatury?

Kluczową. Tu należy przypomnieć słynną hipotezę Sapira i Whorfa, która głosi, że to nie język jest taki jaki jest świat, lecz świat jest taki jak język. To znaczy, opis deformuje to, co opisuje. Whorf tłumaczył to zjawisko, używając następującej metafory: na górce siedzi malarz i maluje pejzaż. Na tę samą górkę wchodzi inny malarz, który też chce namalować ten sam pejzaż. Jakież jednak jest jego zdumienie, kiedy spostrzega, że malarz już tam siedzący ma kubełek z czerwoną farbą, podczas gdy on przyniósł farbę niebieską – jaką jednak miał przynieść, skoro zna tylko taką? Hipoteza ta jest w pewnym sensie lingwistycznym odpowiednikiem zasady nieoznaczoności w fizyce kwantowej, która głosi, że obserwacja wpływa na obserwowane zjawisko, czyli je zniekształca – nie da się zatem określić dokładnie położenia elektronu, można je określić tylko w przybliżeniu, ponieważ sam pomiar zmienia to położenie… W przypadku języka ten pat wydaje się jednak do przezwyciężenia. Język jest bowiem rodzajem ekranu postawionego między nami a rzeczywistością. Żeby dostać się do tej rzeczywistości trzeba przebić się przez ekran języka. Oczywiście język należy tu pojmować dużo szerzej niż tylko ten mówiony i pisany, raczej chyba powinniśmy użyć tu słowa kultura. Całkiem świadomie też rozgraniczyłem język mówiony od języka pisanego. Nie czas i miejsce, żeby dokładnie wyjaśniać dlaczego są to różne języki, dlaczego pismo wcale nie jest tylko graficznym obrazem mowy. Wystarczy wspomnieć, że język mówiony-słuchany jest sekwencyjny, podczas gdy język pisany-czytany nie… Nadanie nazwy jakiemuś zjawisku czy jakiejś rzeczy umieszcza ją w kontekście tego języka, doczepia jej jakąś interpretację, zasłania nam jej istotę. Trudno się zatem dziwić, że tak rozkładamy język na czynniki pierwsze, że próbujemy zedrzeć tę zasłonę. Łatwiej będzie też zrozumieć, dlaczego w liberaturze pojawia się tyle dosłowności, dlaczego tak często liberatura jest tym, a nie o tym.

W jednym z wywiadów powiedział Pan: „Rzemiosło jest bardzo ważne, ale wyobraźnia jest ważniejsza”. Czy to właśnie wyobraźnia jest czynnikiem sprawczym eksperymentalnych utworów literackich?

Tak. Zdecydowanie tak.

Hiperteksty można by podzielić na dwie grupy: na te, które powstają w środowisku netowym oraz na te, które są elektroniczną reprodukcją utworu drukowanego. Jaka jest droga rozwoju literatury sieciowej: reprint czy hipermedialność?

Nie, hipertekstów nie można tak podzielić. Elektroniczna reprodukcja utworu drukowanego to tylko elektroniczna reprodukcja utworu drukowanego, to literatura w sieci, a nie literatura sieciowa. Papier i ekran to zupełnie inne przestrzenie wymagające zupełnie innego myślenia. To, co powstało dla papieru i na papierze, niech zostanie na papierze, a to, co zostało stworzone dla ekranu i na ekranie, niech zostanie na ekranie.

Urszula Pawlicka - (ur. 1987 r.) Studentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie na kierunkach dziennikarstwo i komunikacja społeczna oraz filologia polska. Publikowała w "Portrecie", "artPapierze", "Pograniczach" i "Perspektywach Kulturoznawczych". Fascynuje się związkiem pomiędzy literaturą, a mediami elektronicznymi (szczególnie wpływem nowych mediów). Interesuje się również zagadnieniem hiperrealności i popliteratury.

Podobne artykuły