займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

29 sierpnia 2010 20:57

niedoczytania: Latest post

Magical Mystery Tour – z Andrzejem Sosnowskim rozmawia Maciej Topolski

Grzegorz Jankowicz pisze, że u Sosnowskiego ręka jest zaśrubowana, unieruchomiona, można ją wyciągnąć w stronę rzeczywistości lub rozmówcy, ale nie po to, by cokolwiek lub kogokolwiek schwytać. Widzę w słowach Jankowicza duże ryzyko. Albowiem w komentarzu do wiersza „dr caligari resetuje świat” czytam, że chciał Pan zachować w tym tekście „coś z jałowej intensywności [współczesności], spektakularnej bylejakości, infantylnej frenetyczności”. A więc to czasy, w jakich żyjemy, sprawiają, że ta ręka nie musi po nic sięgać albo – sięga i spotyka nic?

Chyba nie do końca rozumiem tę metaforykę. Wyobrażam sobie ten problem jednak w ten sposób, że jeśli ktoś ma zamiar coś uchwycić, to musi chodzić o coś rzeczywistego, czyli tak naprawdę musi chodzić o legendarną rzeczywistość. Tu oczywiście pojawia się dobrze znane pytanie, na ile realnie rzeczywista jest tak zwana rzeczywistość – a, jak wiadomo, niezbyt łatwo na takie pytanie odpowiedzieć. Mam wrażenie, że w moich wierszach jest całkiem sporo ogólnie dostępnej „rzeczywistości”, a mówię teraz w cudzysłowie, żeby uniknąć odpowiedzi na pytanie o tę jej rzeczywistą realność bądź nierealność. Interesuje mnie szukanie i odnajdywanie takich częstotliwości, na których można złapać coś najbardziej rzeczywistego we współczesnym języku.

W rozmowie z Michałem Pawłem Markowskim na pytanie, „czym są wiersze?”, odpowiada Pan, że jest to próba nawiązania gry z tym, co pojawia się jako „wyzwanie, które pochodzi ze strony języka”. Dlaczego ta schadzka języka ze światem nie może się udać?

Moje wiersze muszą wychodzić od języka, bo chyba każdy mój lepszy czy gorszy odbiór świata odbywa się najpierw w języku. Mówię tutaj o czymś, co nazwałbym „nasłuchiwaniem” świata w jego postaci językowej, czyli w takiej postaci, w jakiej on się w ogóle mi objawia, czyli przede wszystkim jako mniejsza czy większa zamieć lub mżawka sygnałów, które mają charakter mniej albo bardziej czytelnych bądź nieczytelnych komunikatów – są to właśnie komunikaty, ponieważ każde przetworzenie takich światowych sygnałów odbywa się w języku. No i naprawdę chodzi o słowa. Znana jest taka ładna historia: malarz Degas i poeta Mallarmé. Edgar Degas bardzo chciał pisać wiersze i pisał, ale wiersze nie były dobre, więc się skarżył Mallarmému, że ma przecież tyle świetnych pomysłów, tyle idei, ale nic z tego w wierszach nie wychodzi. Na co Mallarmé odparł: Ależ drogi Degas, wierszy nie robi się z pomysłów czy z idei, tylko ze słów.


[Andrzej Sosnowski czyta wiersz „Sortes” z tomu „poems”]

Ma Pan świadomość kształtowania współczesnej polszczyzny, to jest świadomość wpływu na piszących poezję i piszących o poezji?

Ależ skąd, te słowa są zdecydowanie na wyrost. Nie, nie mam takiej świadomości – jeżeli czasem zdarza mi się usłyszeć jakieś echo lub pogłos ewentualnie ze mną związany, to najczęściej mówię sobie, że tak nie może być, że po prostu źle słyszę. Odżegnuję się od takiej świadomości.

A co w związku z istnieniem „frazy Sosnowskiego”?

Ona nie istnieje. Widzi Pan, nałogowo próbuję przed sobą uciekać. Ukazała się całkiem niedawno taka książka pod tytułem „Pozytywki i marienbadki” i w niej są różne prehistorie, które podobno prehistorycznie miały na kogoś jakiś wpływ, ale ja się tym w ogóle nie zajmuję. Staram się uciekać od samego siebie i pisać też w taki sposób, żeby nikt mnie nigdy nie złapał, więc nawet jeżeli coś takiego, jak „fraza Sosnowskiego” kiedykolwiek istniało, to nie jest to już moja fraza, ponieważ jest to fraza kogoś z zamierzchłej przeszłości.


[Andrzej Sosnowski czyta wiersz „zabawy wiosenne” z tomu „poems”]

Powiedział Pan o „zamieci komunikatów”. Jednym ze źródeł tej zamieci jest Internet. W „poems” zaczerpnął Pan dużo z przestrzeni internetowej. Nie jest to jednak poezja dla internautów, nie jest to poezja cybernetyczna.

Nie, ta poezja w „poems” nie powstawała pod Internet, ona go tylko uwzględnia jako przestrzeń pewnego nasłuchu, przy czym ten nasłuch lub odsłuch jest bardzo poczciwy, gdyż jest on przede wszystkim muzyczny. W „poems” wprowadzona została przestrzeń popularna, przestrzeń pop, odrobinę w taki sposób, w jaki ona w Internecie funkcjonuje. To nie jest cybernetyczne, nie jest hipertekstualne. Na samym końcu tej książki jest dłuższy przypis pt. „Wybrane łącza” zawierający piętnaście „linków”, na które trzeba „najechać” tak zwaną myszą i „kliknąć”, i wtedy otworzy się coś, co być może pomoże komuś lepiej odebrać jakiś strzęp majaczący w globalnej sieci i przelatujący przez książkę jak meteor. Podobno myszy niektórych czytelników działają na 36 i 37 stronie mojej papierowej książki. Na jednej z tych stron otwiera się w papierze takie małe okienko.

W jak dużym stopniu dodanie piętnastu linków do youtube’a w tym odautorskim „posłowiu” może pomóc czytelnikowi zrozumieć „poems”?

Spotkałem się z jedną nader istotną skargą, jeśli chodzi o te „linki”. Pewna znakomita pani napisała, że taki zabieg odbiera piszącym krytykom ich zawodową przyjemność odkrywania rzeczy, ponieważ krytyk, czytając książkę, rozpoznaje niektóre historie i już zaczyna się ze swoich odkryć cieszyć, a potem okazuje się, że w końcu wszystko zostało wyjawione i odnotowane, więc nie ma już mowy o żadnym odkrywaniu. Nie ma tajemnicy, w związku z tym w grę już nie wchodzi jakaś intrygująca, atrakcyjna „hermetyczność”.

Ale „Wybrane łącza” odnoszą się także do dwóch bardzo słynnych tekstów zawierających szczątkowe autokomentarze, mianowicie do „Ziemi jałowej” T. S. Eliota i do „Dziadów” Adama Mickiewicza. Odwołuję się też do jednej książki, która nie istnieje, „Kult cargo. Kredyt i czas” Harrisa, jednak znów nawiązując do Eliota, który osławionej książki panny Weston nie czytał, więc ona też tak jakby nie istniała. Ten obrzęd czy obrządek, rytuał przypisu i autokomentarza, ciągnę po prostu jeszcze dalej, aż po rok 2010.


[Andrzej Sosnowski czyta wiersz „Sortes” z tomu „poems”]

Zabawa polega więc tutaj na jednoczesnym odsłanianiu (poprzez linki) treści dzieła i ich zasłanianiu poprzez odwołania (jak u Eliota) do nieistniejącej książki.

Podoba mi się tytuł książki Harrisa, gdyż „Kredyt i czas” jest znacznie bardziej rzeczywisty, dorzeczny i aktualny niż „Bycie i czas” Heideggera. Nie ma żadnego bycia, ewentualnie są tylko kredyt i czas. I tyle, jeśli chodzi o 2010 rok, gdyż w 2010 roku tylko popkulturowe odnośniki mogą wchodzić w grę. Eliotowe „linki” są najczęściej w stylu „Porównaj u Szekspira”.

W najnowszej Pana książce można znaleźć o wiele więcej nawiązań do Mickiewicza, np.: do ballady „To lubię” albo kiedy „gustaw digimorfuje w konrada”. Jaką funkcję pełnią romantyczne odwołania w „poems”?

Poezja Mickiewicza jest najmocniejszym wydarzeniem w polszczyźnie i jest też w jakiś sposób niemal naturalnym, choć niebotycznie, odległym żywiołem i odniesieniem dla tej książeczki, która jest pełna najrozmaitszych widmowości. Zresztą, chyba niemal wszystkie wersy pisałem w jedenastkach i trzynastkach, a więc w formatach podstawowych tak dla Mickiewicza, jak i całej poetyckiej polszczyzny. A skoro mamy do czynienia z wywoływaniem duchów, z widmowością i ze zjawami świata, który się właściwie w tej książce już wirtualnie skończył, to odniesienia do Mickiewicza (jak i Eliota) nie są pewnie tak do końca nie na miejscu.

Zachodzi tutaj zestawienie dwóch światów: technicznego (internetowego) oraz świata uczuć (romantycznego).

Chętnie powiedziałbym, że kiedy „klikamy myszą” i wywołujemy coś z przestrzeni Internetu, to urządzamy sobie coś w rodzaju małych dziadów. Co to będzie, co to będzie? A kysz, a kysz!

Coś w rodzaju „misterium”?

Misterium Anno Domini 2010. Nikt przecież nie protestuje przeciw określeniu „wirtualna rzeczywistość”. Widma, majaki i halucynacje: widmowy spektakl, który jednocześnie jest jak najbardziej rzeczywisty.

Można więc powiedzieć, że „poems” jest pewnym misterium popkultury?

Misterium, tyle że w cudzysłowie. „Magical Mystery Tour”.


[Andrzej Sosnowski czyta wiersz „dr caligari resetuje świat” z tomu „poems”]

Motto do „poems” pochodzi z utworu Tricky’ego, gdzie pojawia się wers: „you promised me poems”. Linki, które się pojawiają na końcu, odsyłają nas do piosenek Johnny’ego Casha, Davida Bowie, Johna Lenona, a nawet do Las Ketchup. Czytając Pana nowy zbiór wierszy, ma się wrażenie, że jest to jedna wielka piosenka.

Piosenka w jakiś tam sposób „rządzi”, mam na myśli tę obecną już w polszczyźnie kalkę z angielskiego użycia słowa „rules”, np. „Tottenham rules OK”. „poems” oczywiście nie są napisane jak piosenka, ale – jak powiedziałem wcześniej – uwzględniają pewnego rodzaju błahą „piosenkowość” świata. W tej książce jest bardzo niewiele przerzutni, wersy są raczej konstruowane tak, aby istnieć mogły samodzielnie i mieć własny wygłos i wydźwięk, żeby mogły w pojedynkę stać na własnych nogach. Jeśli chodzi o rytm, to jest on czymś absolutnie podstawowym. Poza tym próbuję chwilami naśladować infantylność dzisiejszej rzeczywistości.

W jednym z wywiadów mówił Pan o człowieku, który pisze i porównał go do dziewczynki z zapałkami, dziewczynki, która próbuje ogrzać się „zapałczanym badziewiem”. W jaki sposób rozumieć tę historyjkę? Czy w tak negatywny sposób widzi Pan każdego, kto zajmuje się literaturą?

To jest takie alegoryczne odczytanie baśni o dziewczynce z zapałkami, o tyle uprawnione, o ile baśnie zawsze chyba mają jakąś wykładnię alegoryczną, a jeśli jest możliwość alegorii, to jest to możliwość praktycznie nieograniczona. Obraz wydał mi się całkiem przekonywający. Jest mała dziewczynka, która ma zapałki na sprzedaż, ale w Sylwestra nikt nie chce od niej tych zapałek kupić, bo wszyscy zaprzątnięci są zabawą – ponieważ jest Sylwester, a więc huczne święto, i wszyscy mają ognia, ciepła i światła pod dostatkiem. W baśni pędzą przez śnieg karety, świecą się w pałacach światła. Dziewczyna musi sprzedać komuś zapałki, żeby kupić coś do jedzenia i przeżyć, więc chodzi po ulicach, ale niczego sprzedać nie może, bo nikt nie chce się zatrzymać, gdyż wszyscy pędzą na bal. I to jest właśnie ten światowy spektakl, w którym tkwimy. A dziewczynka w końcu zaczyna krzesać swoje zapałki po to, żeby się trochę ogrzać. I człowiek może pisać wiersze po to, żeby się ogrzać w takim świecie, jakim on jest. Ale jak to się kończy, wiadomo: dziewczynka nie tylko zamarza, ale jest również częściowo spalona, sczerniała od tych zapałek.

Ostatnio od Marty Podgórnik dowiedziałem się, że przygotowuje Pan wybór wierszy Norwida z komentarzami. To prawda?

Ponoć istnieje taki pomysł, ale ja nic bliższego o nim nie wiem. Zostałem niejako wytypowany, jeśli chodzi o Norwida, ale nie ze względu na jakieś wielkie moje sympatie, tak po prostu wypadło. Zdaje się, że wydawca doszedł do wniosku, że Mickiewicza powinien zrobić Marcin Świetlicki. Słowackiego miałby robić Marcin Sendecki. Ja natomiast zostałem na szarym końcu z Norwidem.


[Andrzej Sosnowski czyta cykl „poems” z tomu „poems”]

A czy nie wydaje się Panu, że ta Norwidowska wizja zrozumienia przez wnuków dobrze pasuje do Pana poezji?

Ja wierzę w noc sylwestrową z baśni Andersena, kiedy zapałki się kończą i nie ma żadnych wnuków. Ostatecznie dziewczynka z zapałkami nie miała przecież żadnego potomstwa. Ja bym wzruszył ramionami i trochę się nie zgodził, dlatego że przez jakiś czas wzdragałem się przed czytaniem jakichkolwiek rzeczy, które ktoś łaskawie o mnie napisał, a potem mi to przeszło i zacząłem je czytać. I jest mi bardzo miło, kiedy czytam niektóre rzeczy o moich wierszach. Owszem, sam czasem widziałbym w nich coś trochę innego, czasem trochę więcej, a czasem mniej niż to, co zostało przez kogoś odczytane. Ale nie czuję żadnego dyskomfortu, który mógłby być choć cieniem, najbledszym cieniem dyskomfortu kogoś takiego – z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Norwid.

Czyli nie przejmuje się Pan faktem, że krytykom jest „niewygodnie” z Pana wierszami?

Jeżeli rzeczywiście tak jest, to wszystko jest w absolutnym porządku. Są ludzie, którzy piszą z pewnym entuzjazmem i z dużym zrozumieniem. Prozaik, którego bardzo cenię, Leopold Buczkowski, mówił, że zależy mu na tym, żeby mieć jedenastu czytelników. To jest oczywiście zagadka, gdyż Buczkowski nigdzie nie wyjaśnia, dlaczego akurat jedenastu. Można to sobie wyobrazić jako formułę 10+1 albo jako drużynę piłkarską w wyjściowym składzie. Chyba chwilami mogę się cieszyć, że mam naprawdę więcej niż jedenastu czytelników. Wydaje mi się, że jest to bardzo przyjemne.

Maciej Topolski - (1989) - prozaik, krytyk literacki. Publikował w "Odrze", "Lampie", "Korespondencji z Ojcem", "Ricie Baum" i in. Współpracuje z Fundacją im. Tymoteusza Karpowicza i Biurem Literackim. Jeden z założycieli inicjatywy "Dworzec Wschodni".

Podobne artykuły