займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

31 marca 2010 1:16

niedoczytania: Latest post

Literatura grzeszczykowska

Najpierw pozwolę sobie podlinkować miejsce, w którym rezydują moi dzisiejsi goście.

Bo oto pomyślałem, że dziś wyekspediuję do Was wizytanta, a właściwie wizytantów – rodzinę Grzeszczyków. Zdumiewającą, zaiste! Seniora owej familii, Władysława A Grzeszczyka, charakteryzuje niedzisiejsza odwaga, brawura myślowa, która sprawia, że nie chowa się on za niedopowiedzeniem i za kokietowaniem, co to sprawia często wrażenie asekuracji, i nakazuje zapisywać efekty wytężonej i kreatywnej pracy umysłowej w taki sposób, jakby twórca nie do końca był przekonany o ich rzeczywistej wadze.

Żadne więc „Przemyślenia”, żadne „Aforyzmy” – zamiast tych półśrodków: „Księga mądrości”! „Epopeja myśli”! Po prostu i zwyczajnie. Ufam, że zaintryguje Was postać naszego gościa, reprezentującego, ba! stanowiącego wcielenie jakiejś totalności, niewiarygodnej wręcz uczciwości twórczej, która pojawia się razem ze znakiem równości sztuka = życie.

Przeczytacie do tego „Sennik Sybilliński”, „Opus mando”, „Moją Atlantydę”, „Same frywolności” i arcywiele innych wielotomowych pozycji zawierających przede wszystkim sentencje i złote myśli oraz fraszki w ilości niewyobrażalnej (chciałem podliczyć, ale utknąłem gdzieś na 40 tysiącach aforyzmów).

Mój ulubiony diuk de La Rochefoucauld ze swoimi 641 aforyzmami to przy nich pryszcz. Bo poznać Grzeszczyków, to poznać pisarzy, którzy (jak sami o tym wzmiankują) w XXI wieku tworzą i piszą już znacznie więcej i arcypłodniej niż w poprzednim. W ciągu paru lat, jakie upłynęły, odkąd mamy nowe milenium, aforyzmów ich autorstwa przybyło efektywnie co najmniej 10-krotnie. A całą tę twórczość możemy podziwiać dzięki rodzinnemu wydawnictwu, które Grzeszczykowie dla siebie założyli. Na swoje zresztą nieszczęście. Ponieważ oto pewnego dnia nagle oczom świata ukazała się rodzina pisarzy, w której przedsiębiorczym biznesplanowym wydaniu (organizacja, opłaty, cennik za cytowanie ich aforyzmów, drobiazgowa ochrona praw autorskich, autoreklama) ujrzano przede wszystkim ogromne zadufanie, brak samokrytycyzmu i tupet co do swojej zajebistości, słowem – pośmiewisko i żenadę. I tak rozpoczął się publiczny lincz, dziwowisko i radowisko z Grzeszczyków. Niczym z odmieńców i z kosmos-osobliwości. A to, że sobie żyją w błogiej nieświadomości, że są kiczowaci i pozbawieni talentu. A to, że to rodzina, mafia rodzinna. A to znowu, że wszyscy tam piszą, każdy – on, ona, ono, ojciec, syn, matka, córka, bracia, siostry, wujki, ciotki, dziadki, szwagrowie i kuzyni. I do tego jeszcze ta cała maść pokrewnych (bo jeszcze teście i świekry) tam wspólnie się dopinguje i nawzajem olśniewa, oderwana od świata „prawdziwej, nienaiwnej” literatury.

Bo niby ta prawdziwa współczesna literatura to nie jest miejsce zaludnione panami i paniami A Grzeszczyk, B Grzeszczyk, C, D, E, F, D, H, I, J, … Grzeszczyk.

W istocie jednak casus Grzeszczyków A, B, C, D, E, F, …, to w gruncie ten sam obłęd – obłęd vivant w szaleństwie ecriture, który już gdzieś ok. 1770 roku zapoczątkował Restif de La Bretonne i kontynuował z wielkim powodzeniem przez 20 kolejnych lat aż do Rewolucji Francuskiej, po czym żył jeszcze przez lat 15, aby umrzeć w zupełnym zapomnieniu (z którego to w wiele dziesięcioleci potem wydobył go dopiero sam Nerval, też zresztą obłąkaniec. A potem surrealiści).

Restif de La Bretonne tak został opętany szaleństwem pisania (szczęśliwym trafem przy tym obdarzony zawodem zecera), że tworzył swoje powieści od razu w drukarni, składając tekst z pominięciem rękopisu. Wszystkie swoje myśli i zdania z nich sformułowane nasz Restif natychmiast przelewał na druk, nie tracąc ani czasu ani marasu na jakąś tam korektę, na upiększanie, na szlifowanie i na namyślanie się, czy to albo inne zdanie wyraził najlepiej jak można. Z sensem czy bez, piękne czy nie, żadne zdanie u Restifa nie miało już powrotu! Nie mogło się już wycofać! Czcionka, druk i strona przypieczętowywały jego los. Zresztą po co kombinować, czas przecież leci, czas goni, a myśli jest tysiące! I tak oto Restif, jako pierwszy człowiek na świecie, przywiesił tabliczkę z tytułem „pisarz” na drzwiach drukarni i pozostawił po sobie ponad 200 tomów powieści. I pomyśleć tylko, że ten pisarz dziś, w 200 lat po swoich dokonaniach, być może trafiłby tylko do teleexpressowej galerii ludzi pozytywnie zakręconych!

Ten jednak wyjątkowy, pojedynczy przypadek Restifa de La Bretonne rozmienił się dziś na drobnicę Grzeszczyków, których rodzinna spółka literacka otworzyła nam hurtownię aforyzmów autorstwa A, B, C, D, E lub F, G, H Grzeszczyka, z czego np. A Grzeszczyk wyprodukował już ich ponad 20 tysięcy. W tej hurtowni można więc zamówić już i nabyć tyle a tyle sztuk aforyzmów, prawie że w dowolnej ilości. I zaiste, faktycznie, owszem, yes, naprawdę – można Grzeszczyków podziwiać za determinację, za to ich „nie spoczniemy!”, za to, że nie ogłosili bankructwa i kapitulacji pomimo przeciwności losu i ostracyzmu mediów, obojętności programu „Mam talent”. Pomimo pychy i dumy wydawnictw PIW, Zielona Sowa, BL, Znak, WAB, a nawet Anagram czy Olsztyński Oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. I jest w tym paradoks, bo przecież Grzeszczykowie mają w sobie to coś na sukces gwarantowany!

Tymczasem o Grzeszczykach zrobiło się ciut głośniej – najpierw na Nieszufladzie, a potem ze swoim głosem ruszyli Marek Trojanowski i Jacek Dehnel. Trojanowski napisał otwarty list do prezydenta, premiera i władz RP, donosząc im o gruppennapierdalance i jatce, jaka się odbyła na Grzeszczykach ze strony polskich literatów. A  Jacek Dehnel wypowiedział się o Grzeszczykach w ramach krytyki zabytków mentalnych, bo i rzeczywiście jak pisze – „co można powiedzieć o rodzinie, która się wspiera, która z pisania czyni rację bytu, która od lat wydaje te straszliwe książeczki wielkości dzienniczka ucznia, wywiady-rzeki syna z ojcem… mnie to ujmuje, porywa mnie ten samozachwyt”.

Samozachwyt? Czy w istocie można tu mówić o samozachwycie? Otóż nie! Bo to nie jedna osoba, nie jeden Grzeszczyk, lecz stu! Cała Rodzina! Mamy więc nie samozachwyt, ale – współzachwyt! Mamy współzachwyt współzwańczych geniuszy! A więc całą współczesną literaturę w pigułce! Bo przecież wszyscy pisarze to dziś jedna wielka rodzina! Tu brat bratem każdego, siostra siostrą każdej. Ten sam fabryczny rozpęd, ten sam taśmociąg książek i tekstu, rozdrabnianego na rzeszę autorów. Identyczny hulaj doping, ta sama agitacja hura bura i te same nepotyczne układy, wsparcia, współzachwyty, wzajemne adoracje, współfelietony, współkrytyki, bruder-recenzyjki (od bruderszaft), współkonkursy, współnagrody, współlaudacje i współwywiady rzeki. Za… So… Ma… Wi… Ho… Ciang…

Ech, mógłbym Ci wymienić te wszystkie nazwiska, ale raz – jest ich miliony, a dwa – po co? Przecież jeśli żaden z liści nie szeleści odrębnym wiatrem, to ich imiona są nam zupełnie niepotrzebne. I właśnie tak jak Grzeszczykowie, współcześni pisarze to też jedna wielka rodzina, albumowo-laurkowa, współzachwycająca się sobą, robiąca ze sobą wywiady, pisząca o sobie, wspomagająca się, współpromująca, nawzajem obwieszczająca się geniuszami! Potem czytasz, że autor to pan XX albo pani ZZ. A to tylko skróty z pełnych imion i nazwisk, z których wyeliminowano pierwszy człon, rdzeń, żeby tylko nas oszukać. Zamydlić nam oczy. I żeby nikt się nie domyślił, że tak naprawdę mamy jedną ogromną familię. Bo dziś każdy pisarz ma w nazwisku „Grzeszczyk”, ale to ukrywa. Że on nie taki. Inny. Spoza. Samodzielny. Że on niby nie z tej całej drobnicy. (Ja to nawet widzę więcej – Że oto wchodzę do biblioteki i patrzę, a tu nagle na wszystkich książkach są już tylko nazwiska pisarzy zamienione na poszczególne inicjały i dopasowane do „szlachto-zagrodowego” stylu Grzeszczyków, co dodaje nam do owych A, B, C, D, E, …, Z Grzeszczyka, wszystkich Za, So, Ma, Wi, …, Ho, … Ciang, … Grzeszczyków. Och, piękny uczciwy widok!).

Wracając do Wielkiego Restifa.

Restif de La Bretonne szalał więc i pi… Chciałem tu napisać, że on pisał, ale na czas ugryzłem się w język, bo pisać to on w sumie nie pisał – on po prostu drukował i wydawał w szalonym tempie! W masakra rozpędzonej produkcji, gdzie kolejna książka to tik. Jedną swoją powieść za drugą. Chociaż właściwie to on pisał, bo „pisanie” w dzisiejszym znaczeniu tego słowa to przecież już tylko obowiązek niewstrzymywania się od pisania (oczywiście są przerwy, bo wiadomo, że człowiek nie żyje samą rodziną i wtedy nie pisze). I zawsze jak tylko o tym pomyślę, to gdzieś z daleka, z przeciwnego bieguna, majaczy mi Pascal.

Bo ponoć Blaise Pascal – czego dowodzą jego „Prowincjałki” i jak to skrupulatnie obliczyli zagorzali czytelnicy kolejnych ich wydań (a przynajmniej ci czytelnicy z tych zagorzałych, co to byli zapewne przy tym również obłąkani) – aż 18 razy poprawił, zmienił i przerobił jeden ze swoich jego listów („Prowincjałki” napisane zostały w formie, nomen omen, też 18-stu listów). Przyjmijmy zatem dla pewnego uproszczenia, że zostało w tym liście aż 18 razy zmienione jakieś konkretne zdanie, co jest zresztą całkiem możliwe (albo uznajmy ten list za 1 długie zdanie).

Spoko. Jakie to zdanie?

Och! Tego właśnie nie wiem! Choć nie było to na pewno zdanie z listu nr 16, skoro Pascal w postscriptum przeprosił w nim czytelników, że ten list jest dłuższy niż wcześniejsze, ponieważ „nie miał czasu napisać krócej”.

No ok, jakie więc to zdanie?

Hmm, to na pewno jedno i to samo zdanie, każdorazowo inne i każdorazowo potem unieważnione. Bo zawsze napisane jednak z tym jakimś wewnętrznym sporem oporem, że jest właśnie to. Bo może po kolei raz odrzucało je serce, a drugi raz rozum, potem znowu serce, potem znowu rozum i tak dalej aż 18 razy. A może odrzucała je jakaś estetonerwica?

Ale jakie to zdanie? Jakie dokładnie?

Hmmm, to na pewno jedno i to samo zdanie, zbyt wymagające od siebie (bo aż 18 razy) piękna, precyzji, kwintesencji, może prawdy. I za każdym razem napisane jednak bez piękna, bez precyzji, bez kwintesencji, może też bez prawdy. To na pewno zdanie wywindowane do 18-ej wersji, i być może nawet wcale jeszcze nie tej ostatecznej.

Noż kurwa, no to w końcu jakie to zdanie?

Już powiedziałem, nie wiem! Nie wiem, nie wiem, nie wiem! Ale też chciałbym wiedzieć jakie! Och, jakże namiętnie pragnąłbym prześledzić ten proces jego szlifowania i obróbki! Prześledzić kolejne jego mutacje i kolejne odświeżenia! Co Pascal takiego w tym jednym zdaniu wciąż robił. Co z nim zrobił? Wyniuansował? Uzwięźlił? Uspójnił? Uprościł? Uporęcznił? Wycycuś zglancował? A może rozbudował? Zdynamizował? Jakie słowa Pascal w tym zdaniu dodał, a z jakich zrezygnował? Co wykreślił? Och, jakżebym chciał to wiedzieć! Jakże chciałbym wniknąć w ten umysł, zawsze pełen niezgody na kształt właśnie co zapisanego przez siebie zdania! Bo widzę, jak Pascal patrzy, diagnozuje je i natychmiast woła – jednak nie! nie tak! trzeba inaczej! tu jest niedociągnięcie! tu czegoś za dużo! a tu za mało precyzji! i nie, nie w tej kolejności! a tu damy przecinek i zrobimy „aby”! Och, jakże chciałbym wniknąć w ten umysł, w ten jego grymas, niemożność, aby przyjąć zdanie w kształcie, w którym już ono jest! W którym już powstało! Jakiś masochizm musi być w umyśle, który każe jednemu zdaniu aż 18 razy być tym złym. I skażonym. Jak to jest, kiedy umysł we własnej pracy namiętnie tropi niedoskonałości?! I jak się czuje, kiedy zawodzi go metoda prób i błędów? Jak to jest, kiedy  jest się opętanym pragnieniem, którego jednak nie podziela możliwość (możebność)?

„Prowincjałki” Pascala, 18 listów – które początkowo ukazywały się oddzielnie i anonimowo, a potem pod zmyślonym nazwiskiem Ludwika de Montelto – zostały wydane w 1656 u Elzevira w Amsterdamie, ale z wymienioną Kolonią jako miejscem druku. Potem były kolejne wydania. I kolejne. Trzeba by znać język francuski, trzeba by porównać ze sobą te wszystkie wydania, te wszystkie starodruki, żeby dojść, jaki to list i jakie to być może zdanie w nim Pascal przerobił aż 18 razy. I tu jestem bezradny. Zwróciłem się więc listownie o pomoc do biografa Pascala, do Jacques`a Attali. Żeby zrobił to za mnie i znalazł ten list, i to zdanie! Przy okazji napisałem mu też, żeby wiedział, że np. co do tytułu „Księga mądrości” Władysława A Grzeszczyka (10-tomowej publikacji, z której każdy tom ma zawsze ściśle i precyzyjnie 272 stron) to fakt, pretensjonalny ci on. Bo to przecież nie „Liber mortuorum” Eugeniusza „Grzeszczyka” Tkaczyszyna-Dyckiego!

Podpisany: Roman „Grzeszczyk” Knap

Roman Knap -

Podobne artykuły