займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

22 grudnia 2010 2:50

niedoczytania: Latest post
grafa: Łukasz Libiszewski

Łącze z Piotrem Pazińskim – relacja z e-spotkania

Niedoczytania.pl wspólnie z serwisem liternet.pl udanie rozpoczął cykl e-spotkań z autorami „Łącze. Wirtualny ośrodek kulturalno-edukacyjny organizujący spotkania z pisarzami oraz osobami przejawiającymi inne popędy twórcze”. Pierwszym zaproszonym gościem Łącza był Piotr Paziński. Oto relacja ze spotkania:

1) Proszę wymienić 3 książki, które uznaje Pan za najważniejsze w swoim życiu – które w jakiś sposób Pana ukształtowały. [Anula Wawrzyniak]

Oj, lista jest długa. Nie wiem, czy umiem podać 3 najważniejsze. Jako nastolatek wymieniłbym pewnie powieści Verne’a, zwłaszcza „Tajemniczą wyspę” i „20000 mil podmorskiej żeglugi” – to z okresu, kiedy swobodnie i bez wyrzutów sumienia wracałem do starych lektur. Potem bywało różnie. Nie wiem, czy przywiązywałem się do jakichś tytułów. Raczej czytałem – i wciąż staram się czytać – jak żarłok-erudyta, który nie ogląda się za siebie i rzadko kiedy wraca do ulubionych książek z dzieciństwa czy sprzed pół roku, bo tu już leżą następne, a czasu jest coraz mniej, żeby wszystkie wchłonąć. Tak, chyba obsesja odwrotnej proporcjonalności: coraz więcej książek/coraz mniej czasu na ich przeczytanie, sprawia, że przestałem mieć ulubione książki, bo to znaczyłoby, że na nich się zatrzymuję. Od dawna, być może niestety, nie czytam książek dwa-trzy razy, nawet jak je bardzo lubię. Z wyjątkiem tych, które są mi potrzebne do roboty, ale to jest wtedy inne czytanie. Ale lubię raz na jakiś czas wskakiwać wprost do czyjegoś pisarskiego świata, np. spędzić parę tygodni w towarzystwie Szekspira, Kafki, Lema…

2) Czy ma Pan jakieś fetysze związane z pisaniem: np. robi Pan to tylko rano albo wieczorem? W ulubionej piżamie? Czy na przykład może się Pan skupić tylko przy kawie? [Ewelina Stachyra]

Piszę i pracuję wieczorem i w nocy. Wynika to z trybu życia. Nie potrafię nic zrobić rano. Jestem nieprzytomny. Do najsensowniejszej roboty siadam wieczorem i działam do jakieś 4 nad ranem, może później. Piję kawę albo mocną herbatę i jem żelki.

3) Czy przed wydaniem „Pensjonatu” publikował Pan gdzieś wcześniej (chodzi o literaturę piękną, nie prace naukowe). [Ewelina Stachyra]

Nie, tylko w Lampie poszły bodaj dwa kawałki, z których jeden wszedł do „Pensjonatu”, a drugi czeka na swój czas książkowy.

4) Czemu zdecydował się Pan wydać „Pensjonat” i jak to się stało, że powieść została opublikowana w niewielkim wydawnictwie Nisza? [Bartek Kościński]

Wydać „Pensjonat” chciałem, bo go napisałem i wydawało mi się, że warto go pokazać publiczności. Nie chciałem, żeby zgnił w szufladzie. A Nisza jest wydawnictwem zaprzyjaźnionym, a w dodatku bardzo kameralnym, bo jednoosobowym. A ja strasznie bym się bał oddać książkę do wielkiego wydawnictwa, które może i zapłaciłoby mi masę forsy, ale gdzie nie byłbym zupełnie ważny, byłbym produktem, w dodatku mógłbym utracić kontrolę nad ostatecznym kształtem książki, podlegać naciskom redaktorów, wydawców. Wydałem póki co 3 własne książki i kilka wyprodukowałem i zawsze miałem nad nimi 100% kontroli. Nie poszedłbym do wydawnictwa, które by mi tego nie było w stanie zagwarantować, a duże wydawnictwa tego nie gwarantują.

5) Głównego bohatera określasz zwrotem: „ostatni z łańcucha pokoleń, uczepiony na samym końcu” – „Pensjonat” jest oddaniem hołdu generacji wojennej i tym samym: próbą jej unieśmiertelnienia czy próbą odcięcia się od przeszłości, za którą młode pokolenie nie tęskni? [Ula Pawlicka]

I to, i to. Nie tyle, że nie tęskni, ale ma świadomość, że bez odcięcia się trudno żyć samodzielnie. Tamto wojenne pokolenie mocno przeładowało nas swoimi wspomnieniami, traumami, świrami. Ciążymy ku niemu, ale z drugiej strony chcielibyśmy się wyzwolić, zacząć działać na własny rachunek. Pensjonat nie jest powrotem do bezpiecznego świata sztetlu, jak napisała pewna niemądra recenzentka w Lampie. Bywa kulą u nogi, czymś, co ciągnie w dół, a z drugiej strony – jest przecież punktem wyjścia.

6) Abram i Leon (są to znaczące imiona, a tak jak Pan napisał: każde imię coś znaczy i mówią, że zapisane jest w nim życie człowieka) to przedstawiciele dwóch tradycji – religijnej i laickiej. Która z tych postaci jest Panu bliższa? [Kamila Niemczura]

W każdym odkrywam coś dla siebie, myślę, że oni się uzupełniają. Historycznie rzecz biorąc, Leon poniósł klęskę – rewolucja nie udała się, a on został z niczym. To był zły pomysł. Ale i Abram jest człowiekiem o tyle przegranym, że nie ma już świata, do którego on się odwołuje. Więc obydwaj należą do przeszłości, są na siebie skazani. Rozumiem ich wybory, tęsknoty, tak mi się wydaje, chociaż wiem, że oni wiedzą więcej ode mnie, są doświadczeni życiowo.

Kliknij, by powiększyć

7) Czy uwierają lub uwierały Pana porównania „Pensjonatu” do książek Schulza, szczególnie do „Sanatorium pod klepsydrą” i Manna „Czarodziejska Góra” czy Prousta? I tu nie chodzi tylko o świat przedstawiony (swoistą mityzację rzeczywistości, powtarzające się motywy literackie), ale również o sposób narracji. [Kamila Niemczura]

Trochę uwierały, zwłaszcza że się narzucały, a ja lubię te książki i na pewno nimi nasiąkłem. Akurat nie mam nic przeciwko mityzacji – przeciwnie, uważam, że pisarz jest mitotwórcą, nawet wtedy, gdy mity rozbija, gdy się od mitu dystansuje, prezentując się jako twórca literatury krytycznej, zaangażowanej itp. Zaangażowanie literatury w politykę to też przecież mit, chociaż innego rodzaju. Ale mity Schulzowskie, Mannowskie? Nic nie poradzę, bo chodzi o pewną wspólnotę doświadczeń, zanurzenie w podobnej literaturze. Gdybym, dajmy na to, spędził dzieciństwo na wsi, być może ktoś porównywałby „Pensjonat” do „Chłopów” Reymonta, ktoś inny doszukiwał się śladów jakieś literatury romantycznej, ludowej, pastoralnej? Miałem doświadczenie obskurnego pensjonatu pełnego starych ludzi. Tego nie zmienię. A że jest ono jakoś bliskie tematom i mitom, którymi operował modernizm? Jest, nie przeszkadza mi to, sprawia, że łatwiej mi się czyta literaturę modernizmu, bo to moja tematyka. Ale porównania już trochę mnie zmęczyły.

8) W „Pensjonacie” powraca echo Holokaustu – dokładnie echo – nie relacje, lecz wspomnienia. Książka została określona jako głos trzeciego pokolenia po eksterminacji Żydów. Kolejne generacje zostaną skazane wyłącznie na dokumenty. Czy opieranie się tylko na materiałach pisanych nie będzie zagrożeniem wypaczenia historii? [Ula Pawlicka]

Może być, dlatego niesłychanie ważne są głosy ostatnich żywych świadków, których za kilka-kilkanaście lat już nie będzie. Niektórzy zbyt późno zdecydowali się mówić, nabrali sił do tego, innymi zbyt późno zainteresowali się historycy, dziennikarze. Kiedy oni odejdą, pozostaną dokumenty. Jest ich na szczęście, jeśli idzie o Holokaust, dużo, co nie przeszkadza, że wciąż zdarzają się negacjoniści, kwestionujący albo liczbę ofiar, albo w ogóle samo wydarzenie. Natomiast „Pensjonat” nie jest dokumentem, tylko książką literacką. Być może jest świadectwem pokolenia, może tylko zapisem przemyśleń autora – nie wiem. Może zajmą się nim kiedyś literaturoznawcy piszący o literaturze po Holokauście. Ale nie można go traktować jako dokumentu.

9) Czy szykuje się Pan do wydania następnej książki? Czytałem, że pisze Pan coś o podziemnej Warszawie, sieci przedwojennych piwnic, istniejących wciąż na terenach dawnego Getta. [Bartek Kościński]

Szykuję się do pisania. Ostatni rok był rokiem rozjazdów, doraźnych pisanin, tłumaczenia literatury itp. Mam nadzieję zacząć poważną robotę w 2011 i będzie tam również wątek piwnic. Proszę mnie trzymać za słowo.

10) Czy lubi Pan czytać młodą polską prozę? Jeżeli tak, to proszę wymienić swoich ulubionych pisarzy. [Bartek Kościński]

Mam słabe rozeznanie i zwyczajnie brakuje mi czasu. Czytam autorów ze stajni Lampy, bo dostaję od PDW egzemplarze i bywa, że jestem przepytywany, co sądzę. „Toksymia” była fajna, książki Żulczyka, Strachota, Szostak. Wielu przeczytać nie zdążyłem, innych nie czytam, bo boję się, że mnie jakoś zainspirują – lęk przed wpływem. Dorota M. to już sprawy przedpotopowe, no ale miejmy nadzieję, że napisze coś niebawem. Generalnie z polskimi książkami współczesnym mam ten problem, że kiedy je przeglądam w księgarni, nie widzę pracy nad językiem, one wszystkie są podobne, są też mało skondensowane, rzadkie, widać, że pisane prędko. Dlatego podziwiam Dukaja – facet pracuje nad językiem, tworzy własny świat i ma jeszcze coś do powiedzenia. Chciałbym mieć czas na to, żeby posiedzieć w jego świecie i pooglądać go od środka.

11) Czy osoba chcąca zostać pisarzem musi być próżna? [Dobrosław Janka]

Nie, chyba to nie jest warunek konieczny, choć wielu pisarzy to osoby niezwykle próżne.

12) Czy uczestniczył Pan w różnego typu konkursach literackich i jakie Pan ma o nich zdanie? [Mary Lou]

Nie uczestniczę i nie mam zdania. No chyba że za konkurs uznamy Paszport Polityki i 20 w Nike, ale to nie moja zasługa. Świadomie na konkursy literackie itp. nic nie wysyłam. Chyba nie umiałbym też napisać czegoś na zamówienie, do antologii itd.

13) Co by Pan doradził początkującemu prozaikowi? Wysyłać na konkursy, jeśli tak, to jakie konkursy Pan poleca szczególnie? I czy publikować w sieci, a jeśli tak, to jakie portale są Panu bliskie? Czy wreszcie wysyłać do redaktorów wydawnictw i które Pan uważa za godne polecenia? [Mary Lou]

Do wydawnictw. Wpierw do czasopism, np. do Lampy. Najpierw kilka kawałków w czasopismach, a potem do wydawnictwa. Sam w sieci nie publikuję, więc nie wiem.

14) Jakiej książki nigdy by Pan nie napisał? Wprawdzie nigdy nie mówi się nigdy, ale pogdybajmy odrobinę… [Anula Wawrzyniak]

Chyba wielkiej, rozlanej na kilka tomów opowieści epickiej, dziejów rodziny na tle panoramy epoki. Albo czegoś w rodzaju „Szkoły uczuć” Flauberta. Jestem zbyt leniwy, mało zdyscyplinowany i nie wiem, czy bym umiał.

Kliknij, by powiększyć

15) Czy czytuje Pan współczesnych polskich poetów? Czy może Pan coś o tym opowiedzieć? [Mary Lou]

Bardzo słabo znam współczesną poezję polską. Czytuję wiersze Piotrów – Matywieckiego i Sommera, jako poetów i znajomych. Czasami wpada mi w ręce jakiś tomik, ale rozeznania nie mam.

16) Czy autor, pracując nad książką, powinien czytać inne książki, czy raczej całkiem zrezygnować z czytania czegokolwiek na czas własnego tworzenia, by „nie przesiąknąć”? Pana zdaniem. [Aga Smarzewska]

Ja piszę zbyt długo, żeby nic nie czytać w trakcie pisania. Ale instynktownie unikam książek pokrewnych, podobnych, takich, co do których mogę mieć poczucie, że zaciążą za bardzo na mojej pisaninie. Kiedy pisałem Pensjonat, nie zaglądałem do Schulza i Manna, ale coś tam czytałem innego, wiele rzeczy, najlepiej z dziedzin i obszarów mocno oddalonych od mojego pisania.

17) Która rola jest dla Pana ważniejsza: redaktora, pisarza, badacza literatury? [Bartłomiej Kwasek]

Staram się je łączyć i robić tak, żeby nawzajem się napędzały, ale nie mam pojęcia, czy mi się to udaje. Wrodzone lenistwo jest tu największą przeszkodą.

18) Czy uczestniczył Pan kiedykolwiek w życiu jakiegoś portalu społecznościowego, literackiego itp. I czy publikowanie w sieci uważa Pan za coś ciekawego, czy wręcz przeciwnie? [Mary Lou]

Mam konto na Fb i działam tam, publikując bieżące plotki i ogłaszając, co też wkurwiło mnie w polityce. Literatury w sieci nie publikuję. Kiedyś pisałem szkice i recenzje do portalu Polskiego Radia, który był fajny i miło się z nim współpracowało, ale potem przyszedł PiS i postanowił portal rozwalić jako siedlisko zwolenników moderny, nowych prądów w sztuce i generalnie ludzi oderwanych od jedynie słusznej wersji kultury patriotyczno-konserwatywnej. Szkoda tego miejsca. PiS poszedł stamtąd w cholerę, ale redakcja, rozpędzona na cztery wiatry, już się nie zebrała. Nasze teksty też zniknęły, a więc nie jest prawdą, że w necie wszystko przetrwa.

19) Jaki jest sens życia? [Dobrosław Janka]

Nie wiem. Podejrzewam, że samo życie jest celem samym w sobie, jego sensem. Nie warto go poświęcać dla jakiejś idei, no i nie wolno odbierać innym. Należy rozpoznać w sobie własne umiejętności, talenty i dobre strony i je eksploatować. Ich marnotrawstwo jest grzechem, tak sądzę.

20) Katarzyna Bazarnik stwierdziła: „Od Joyce’a do liberatury” – przekornie powiedziałabym, że od liberatury do Joyce’a – gdyby nie działania liberatów jego twórczość mogłaby nie odrodzić się w takim stopniu. Dzięki literaturze eksperymentalnej ożywiają pisarze, prowokujący formą wypowiedzi: Raymond Queneau, Georges Perec, Julio Cortazar, Milord Pavicia czy John Cage. Czemu zawdzięczać można zwrot ku literaturze konkretnej – to przejaw wyczerpywania się tradycyjnej czy tęsknota za przełamywaniem konwencji? [Ula Pawlicka]

Chyba obydwa powody są prawdziwe. Tradycyjna literatura bywa zmęczona, chociaż wciąż jest jej wiele – bo również eksperymentowanie się przejadło, wiele eksperymentów literackich ostatnich dekad to rzeczy nienowoczesne, wtórne, jałowe. Dziś ciężko jest przełamać konwencje i w pewnej mierze mają racje ci, którzy zwracają uwagę na to, że taki „Don Kichot” czy „Tristram Shandy” były książkami dalece odważniejszymi niż większość eksperymentów dzisiejszych. Tak samo jak poeci przeklęci mieli trudniej i byli odważniejsi od dzisiejszych buntowników. A Joyce? Jeśli idzie o Polskę, to ja niestety nie mam poczucia, że wraca moda na niego – bo mało kto Joyce’a czyta. Dla tradycjonalistów to okropny modernista, dla wielu ludzi snobujących się na nowinki – ramota. Polska krytyka literacka zresztą nie przerobiła Joyce’a. 40 tysięcy sprzedanych egzemplarzy i cisza przez następne 25 lat – pisał gorzko Słomczyński. Coś w tym jest. Mało jest tego Joyce’a. Może kiedyś wróci?

Kliknij, by powiększyć

21) Czy uważa Pan, że Joyce wyszedł poza koncepcje estetyczne Waltera Patera? [Rafał Kwiatkowski]

Wbrew pozorom Joyce nigdy nie stworzył koherentnego systemu poglądów estetycznych, działał często na czuja, podłapywał mody epoki. Nie wiadomo, czy czytał Patera – są pewne ślady w „Ulissesie”, ale to za mało, by stwierdzić, że Joyce dobrze go znał i z nim polemizował. Zwolennikami romantyzmu Patera byli niektórzy adwersarze Joyce’a z kręgu dublińskich hermetystów i wielbicieli renesansu gaelickiego, którego Joyce nie znosił (co nie przeszkadzało mu korzystać z niektórych jego prądów). Joyce nie lubił romantyzmu, choć nie znaczy to, że uważał się koniecznie za klasycystę. Owszem, on cytuje obficie Platona i Arystotelesa, ma z nimi swoje stare porachunki (co widać w „Scylli i Charybdzie”, chociaż tam osią sporu jest nie tyle konflikt romantyzm-klasycyzm, co spór dwóch różnych postaci klasycyzmu, teorii sztuki: naśladowcza vs. kreacjonistyczna), ale najchętniej sięga do średniowiecza i w nim czuje się zadomowiony. Nawet Dante jest dla niego ważny jako autor jeszcze średniowieczny, a nie protoplasta włoskiego renesansu. Co nie przeszkadza mu czytać symbolistów, interesować się ezoteryką, wplatać rozmaite lektury do swoich książek. Inna rzecz: Joyce, obojętne co by mówił, był intuicyjnym wrogiem wszelakich estetyzmów i parnasizmów. Stąd brał się jego realizm, jego potrzeba oparcia się w rzeczach, stworzenia wypolerowanego zwierciadła literatury, w którym będzie się przeglądała ta paskudna Irlandia. Był więc jak najdalszy od Ruskina, nie lubił literatury angielskiej tego czasu, np. gotycyzmów. To Flaubert z Ibsenem byli ważni. Ale nie zapominajmy: czytał wiele, ale chaotycznie, wchłaniał, adaptował, a potem zaprzeczał.

22) Jakby miał Pan w dwóch, trzech zdaniach powiedzieć, czym jest – oczywiście, subiektywnie, dla Pana – „Finnegans Wake”, dlaczego jest arcydziełem (albo nie jest) i jaki pożytek można odnieść z jego lektury (etyczny, estetyczny, poznawczy)? [Marat Dakunin]

„Finnegans Wake” zawsze było dla mnie późną, niekoniecznie potrzebną książką autora mojej ulubionej powieści, której poświęciłem kilka lat życia. Gdyby Joyce nic już po „Ulissesie” nie napisał i całe dwudziestolecie zajmował się piciem, bywaniem na salonach, doglądaniem kolejnych przekładów „Ulissesa”: zabawianiem gości i kontrolowaniem, co piszą jego fani i interpretatorzy – z mojego punktu widzenia nic by się nie stało. Lubię kilka kawałków z „Finnegans Wake”, ale nigdy nie poruszyło we mnie tego, co „Ulisses”, nigdy nie wlazłem w „Finnegans Wake” jak w materię „Ulissesa”, nie uczyłem się całych kawałków na pamięć, nie studiowałem „Finnegans Wake” jako księgi. A „Ulissesa” tak – i nie żałuję. „Ulisses” był przez kilka lat moją Biblią i Talmudem, a ja – jednym z setek rabinów, którzy pisali własne komentarze, opierając się na pismach chachamim, mędrców, i mając nadzieję, że dołożyli własną cegiełkę, dali swoją interpretację do kilku wersetów. To była przygoda, może zresztą się nie skończyła. Z „Ulissesem” łaziłem po Dublinie, nie znając tego miasta, a mając w głowie jego plan – z powieści napisanej 80 lat wcześniej. Z „Finnegans Wake” nie przeżyłem takiej przygody. Stoi na półce i prawdę mówiąc nieczęsto po nie sięgam.

23) Dlaczego według Pana trwa w naszym kraju zbiorowe milczenie (może nie) na temat „Finnegans Wake”, czy dzieło to można poddać procesowi tłumaczenia? [Rafał Kwiatkowski]

Przekład „Finnegans Wake”, o ile wiem, jest gotowy. Przetłumaczył to Krzysztof Bartnicki, który już wcześniej tłumaczył poezje Joyce’a. Koniec roboty ogłosił jakiś rok temu, ale o wydaniu ani widu, ani słychu, oczywiście z braku funduszy. Ale tekstu nie znam, więc nic nie umiem powiedzieć. Dla mnie zresztą „Finnegans Wake”, nigdy nie było tak ważne jak „Ulisses”. Uważam, że gdyby Joyce poprzestał na „Ulissesie”, a potem rzucił tylko, dajmy na to, „Anne Livię” i parę poematów z „Finnegans Wake” i całości nie skończył, świat by się nie zawalił.

24) Interesują Pana teksty otwarte, które zmierzają ku rozmaitym interpretacjom, jeśli tak, to jakie, a w związku z tym, czy należy wracać do Vico? [Rafał Kwiatkowski]

Do Vico warto wracać jako do oryginalnego i interesującego filozofa dziejów, no i klasyka filozofii w ogóle. Ale nie przeceniałbym jego wpływu na „Finnegans Wake” i w ogóle literaturę otwartą – cokolwiek zresztą miałoby to znaczyć. Dzieła otwarte? Tak naprawdę, w jakimś sensie, otwarta jest każda wielka literatura, bo poddaje się ogromnej liczbie interpretacji, podatna jest na komentarze i komentarze do nich. Jeżeli czytam coś i czuję, że książka wypuszcza linki prowadzące mnie do innych, że otwiera się przede mną jakiś obszar, niejeden, ale wiele, że wpadłem i ugrzęznę, że jest to jakaś odrębna, stworzona przez pisarza kraina, z której prowadzą szlaki do wielu innych – wiem, że mam do czynienia z dziełem otwartym, mniejsza już o definicje Eco. I tak można czytać większość modernizmu, a więc epoki, w której chcąc nie chcąc wciąż utykam. „Zamek” Kafki – po Joysie jedna z najważniejszych moich książek, które jakoś niesamowicie na mnie oddziałały. Właśnie „Zamek”, a nie „Proces” i nie opowiadania, których nie lubię. Z poezji symboliści, Leśmian, a ostatnio Celan. Galicjanerzy, bo oni jakoś niezwykle się ze sobą linkują, ale może dlatego, że to jedna kraina, jeden zbiór mitów, podań, podobna kondycja.

25) Pytanie o język. Beckett, który był sekretarzem Joyce’a, po jakimś czasie zaczął pisał przeciwko niemu. Nawarstwienia znaczeń zamienił na milczenie, która postawa jest Panu bliższa? [Bartłomiej Kwasek]

Kiedyś Joyce, teraz zaczynam doceniać lapidarność, skrót. U Joyce’a jest tego sporo, ale rzeczywiście, czasem czujemy nadmiar słów, jesteśmy przywaleni językiem. Woły słońca są, tak naprawdę, za długie. To samo Eumajos, chociaż to akurat musi być długie i nużące, bo tam dochodzi efekt zmęczenia. No, ma „Ulisses” i dłużyzny. Zaczynam rozumieć lepiej tych pisarzy, którzy piszą krócej, mniej, bardziej działają ciszą. Beckett – owszem. Kafka. Celan – tam strasznie dużo dzieje się pomiędzy wersami, w tym, czego nie ma, co nie zostało powiedziane, co już nie istnieje. Przed Joyce’m zachwycałem się Proustem. Potem, pisząc o Joysie, musiałem zajrzeć do „Czasu odnalezionego”, żeby zlokalizować jakiś potrzebny mi cytat. Jakie to jest rozwlekłe! Ile tam zdań! Za dużo tego, za długo! Taki sam mam problem z Mannem. „Czarodziejska góra” jest piękna, bardzo ją lubię. Ale tam są całe rozdziały, które można by wyżąć jak gąbkę. A ile jest wody u Dostojewskiego?! Ale do niego akurat nie mam ochoty wracać.

26) Kto, jeśli nie Joyce? [Anula Wawrzyniak]

Obecnie przeniosłem się i zadomowiłem w Galicji, przede wszystkim żydowskiej, ale nie tylko. Zamierzam tu spędzić czas jakiś i skrobnąć coś o kilku pisarzach, którzy – wydaje mi się – mają wiele ze sobą wspólnego: Szmuelu Josefie Agnonie, Stryjkowskim, Schulzu, Józefie Rotcie itd. Agnon to mój numer jeden ostatnio, zacząłem go tłumaczyć z hebrajskiego, póki co małe opowiadanka, chociaż odłogiem leżą trzy wielkie powieści, rangą pisarską równe europejskim modernistom. Agnon to zresztą ojciec-założyciel współczesnej literatury hebrajskiej, a to inny mój obszar, o którym też zamierzam kiedyś coś napisać.

27) Czy polska kultura jest dobrze dotowana i dlaczego nie? [Piotr Balkus]

Jest dotowana bardzo słabo, ponieważ jesteśmy państwem na dorobku, w którym brakuje prywatnego mecenatu, nie stworzył się wśród nowej klasy wyższej snobizm na dotowanie kultury, albo jest on dosyć niskiej próby. A państwo systematycznie dowodzi, że sprawy kultury nie są dla niego priorytetem, czym dowodzi swojej niezwykłej krótkowzroczności. No, ale o tym to można w gazetach przeczytać, gdzie masa ludzi narzeka tak samo jak ja.

28) Jest Pan redaktorem naczelnym żydowskiego czasopisma społeczno-kulturalnego Midrasz. Jak Pan ocenia recepcję kultury żydowskiej w Polsce? [Bartłomiej Kwasek]

Och, to temat ocean. Kultura żydowska w Polsce przyjmowana jest na wielu poziomach. Od zainteresowania odległą egzotyką, siłą rzeczy niesłychanie powierzchownego, pełnego stereotypów, do głębokich i wartościowych studiów. Przeciętna, jak to przeciętna, jest powierzchowna dosyć. Recepcja kultury żydowskiej zatrzymuje się na słuchaniu muzyki klezmerskiej (często podrabianej i niedobrej), czytaniu Singera (jakby nie było ważniejszych żydowskich pisarzy), zainteresowaniu chasydami czy mistycyzmem (a robią to nierzadko ludzie, dla których Biblia jest ciemnym lasem). Dorobek cywilizacyjny polskich Żydów postrzegany jest często w postaci stereotypowej, uproszczonej. To albo ‚zaginiony świat chasydów’, sztetl, albo święta trójca zasymilowanych twórców pochodzenia żydowskiego, o których każdy słyszał i na których uwielbiają się powoływać niedouczeni dziennikarze: Tuwim, Słonimski, Rubinstein. Przepada cała literatura jidysz, hebrajska, awangarda (ta powraca na szczęście – wystawa w Łodzi w zeszłym roku wiele zrobiła dobrego), uczestnictwo Żydów nie tylko w rozmaitych nurtach polskiego życia kulturalnego, ale też ich własny, równie wartościowy, nowoczesny i inspirujący dorobek. To wraca po kawałku, dzięki badaczom i pasjonatom, chociaż w całości nigdy przywrócone nie zostanie. Generalnie stan wiedzy na temat Żydów – w kraju, w którym mieszkali przez setki lat – jest przerażająco niski. Midrasz i moja działalność to jakaś kropla w morzu potrzeb, tak czasem sobie myślę.

29) W „Pensjonacie” powraca echo Holokaustu – dokładnie echo – nie relacje, lecz wspomnienia. Książka została określona jako głos trzeciego pokolenia po eksterminacji Żydów. Kolejne generacje zostaną skazane wyłącznie na dokumenty. Czy opieranie się tylko na materiałach pisanych nie będzie zagrożeniem wypaczenia historii? [Ula Pawlicka]

Może być, dlatego niesłychanie ważne są głosy ostatnich żywych świadków, których za kilka-kilkanaście lat już nie będzie. Niektórzy zbyt późno zdecydowali się mówić, nabrali sił do tego, innymi zbyt późno zainteresowali się historycy, dziennikarze. Kiedy oni odejdą, pozostaną dokumenty. Jest ich na szczęście, jeśli idzie o Holokaust, dużo, co nie przeszkadza, że wciąż zdarzają się negacjoniści, kwestionujący albo liczbę ofiar, albo w ogóle samo wydarzenie. Natomiast „Pensjonat” nie jest dokumentem, tylko książką literacką. Być może jest świadectwem pokolenia, może tylko zapisem przemyśleń autora – nie wiem. Może zajmą się nim kiedyś literaturoznawcy piszący o literaturze po Holokauście. Ale nie można go traktować jako dokumentu.

30) Czy Bóg istnieje? [Dobrosław Janka]

Być może, choć wszystkie dowody jego istnienia okazały się logicznie niewiele warte. Podobnie jak dowody przeciwne, na brak istnienia. Jeżeli Bóg jest wynalazkiem człowieka, to jest jednym z najważniejszych wynalazków. W pewnym sensie nie ma zresztą znaczenia, czy Bóg to transcendentna istota, skrót myślowy, hipostaza, projekcja, idea, wytwór kory mózgowej. Jako taki jest jednak na tyle istotnym składnikiem cywilizacji, w której żyjemy, a także (jakby pokazał to Kant, filozof, którego wciąż podziwiam) warunkiem naszego myślenia. To zresztą nie musi mieć wiele wspólnego z wiarą religijną – od tej jestem odległy, a co i rusz zajmuję się sprawami Boga i Bogiem samym. A więc czy Bóg istnieje? Nie wiem.

31) Czy czytał Pan książkę J. Telushkina „Co najlepsze dowcipy i facecje żydowskie mówią o Żydach?”? Na pewno tak. Książka jest nie tylko inteligentna, ale we wszystkich chyba miejscach w sposób niesłychanie wyważony, dowcipny – oczywiście, ale przede wszystkim: jakby nieuprzedzony z żadnej strony – ma się wrażenie, że autor wznosi się na szczyty obiektywizmu, czasami ironii, ale tak rozważa różne racje, podejścia, stereotypy itd., że w zasadzie ta książeczka o humorze przecież, jawi się jako pewna summa dobrze pojętego humanizmu, daru patrzenia na inność, uprzedzenia czy zaszłości.
Zmierzam do drugiej części pytania – czy myśli Pan, że można napisać teraz książkę w Polsce, już nie psychoanalizę humoru, lecz książkę, która w ten sposób połączy, w tym wypadku Żydów i Polaków, nie rezygnując z trudnych prawd, ale właśnie, osiągając pewien efekt, bo ja wiem, katharsis? I jakby Pan ją widział? [Marat Dakunin]

Nie czytałem Telushkina. Znam kilka antologii żydowskiego humoru i nie zawsze mnie śmieszą. Przeważnie są to zbiory wyrwanych z kontekstu kawałów, z których Żydzi wychodzą jako inteligentni, sprytni, cholernie praktyczni i zgryźliwi. Trochę to prawda, mocno nie. Takie antologie mnie męczą. A książka polsko-żydowska? Nie wiem, nie myślałem o tym, prawdę mówiąc. W ogóle nie planowałem czegoś takiego pisać, nie mam takich ambicji katarktyczych.

32) Kiedyś nosiłem się z zamiarem jakiegoś cyklu (filmowego raczej) o obecnych pielgrzymkach chasydów do Polski. Nie tyle o koloryt i egzotykę by chodziło (to jest w reportażach lokalnych telewizji), co o głębsze studium kultury, mistyki itd., niepozbawione tego, co wg mnie bardzo ważne w chasydyzmie – dialogu z Bogiem. Ale przechodzę do pytania – czy Panu bliscy są ortodoksi, chasydzi? Pytam raczej o bliskość jako pewne upodobanie, poruszenie kulturowe, świadomościowe, bliskość tradycji niż o bliskość stricte religijną. Na pewno Pan czytał Bubera. Czy Buber wg Pana rzeczywiście wykrzywił obraz chasydyzmu? Czy nie warto byłoby wydać jakiegoś, może nawet cyklu publikacji, o poszczególnych miejscach kultu (Lublin, Przysucha, Leżajsk etc. etc.), połączyć w nich historię, ale i teraźniejszość pielgrzymek. Chasydyzm zrodził się na terenach dawnej Rzeczpospolitej. To ruch wg mnie niesłychanie istotny i wartościowy, duchowo. W zasadzie powinno się wydawać, że dużo wiemy, ale tak naprawdę mało kto wie więcej niż przysłowiowe „chałaty” czy „ortodoksyjne kiwanie się w modlitwie”. Pytam więc, bo myślę, że media kulturalne (wydawcy itd.) powinni zauważyć to jednak szerzej. [Marat Dakunin]

Z całą pewnością chasydyzm jest ruchem niezwykle ciekawym, zróżnicowanym, bogatym i wartym poznania. Nigdy nie miałem jakiejś szczególnej predylekcji do chasydyzmu (pewnie bliższa jest mi litwacka forma rabinicznej ortodoksji, choć w gruncie rzeczy jestem Scholemistą – a więc niepraktykującym herezjarchą, który czyta Biblię i przejmuje się Kabałą), ale absolutnie nie mogę go ignorować. Chasydyzm jest słabo znany albo znany z drugiej ręki. Ja nie deprecjonuję dzieła Bubera i innych twórców antologii. Oczywiście, on przesłodził wizerunek chasydyzmu, to nie był tylko dialog z Bogiem, ekstatyczny taniec, radość życia, panteizujący mistycyzm. Chasydyzm bywał ponury, niejednoznaczny, głęboko mistyczny, trudny. U Bubera jest jakoś łatwy i to pewnie największa wada (ale i zaleta) jego książki. Bo pisma chasydzkie są niezmiernie trudne w lekturze, podobnie jak teksty kabalistyczne. Są hermetyczne, pisane teologicznym żargonem, pełnym skrótów, aluzji, wymagającym dogłębnej znajomości Talmudu, komentarzy, Kabały. Wszystkie antologie myśli chasydzkiej (Buberowa jest najbardziej znana) mają tę samą wadę, co antologie tekstów z Talmudu, gdzie Talmud, który jest w oryginale przeraźliwie skomplikowanym, długim i zawiłym stenogramem dyskusji na temat prawa i konkretnych przypisów (przypominającym czasem współczesną filozofię analistyczną – bo to jest namysł i debata nad znaczeniem poszczególnych słów, casusów prawnych itd.) zostaje sprowadzony do garści sentencji podobnych do ksiąg mądrościowych Biblii. To jakby z ciasta wydłubać same rodzynki i podać je oddzielnie. Pisma chasydzkie są trudne, techniczne (jak pisma wielu mistyków chrześcijańskich), nudne i niestrawne dla profanów. Stąd kłopot, jak o chasydyzmie mówić i jak go przedstawiać. Zwłaszcza w kraju, w którym znajomość Biblii stoi na zupełnie elementarnym poziomie – mimo deklarowanego przywiązania do wartości chrześcijańskich. Nie widzę możliwości, żeby tłumaczyć je na polski. Lepiej już korzystać z opracowań i wydań anglojęzycznych, jeśli ktoś nie jest w stanie czytać tego w oryginale.

33) Jaki jest Pana stosunek do postaci Marka Edelemana? Etgar Keret powiedział, że: „Edelman zostając w Polsce, zakwestionował jedynie słuszne dla Żydów rozwiązanie – państwo żydowskie. Pokazywał, że Żydzi mogą ułożyć sobie życie w Europie. Nie on jeden tak uważał. Przed wojną może nawet należał do większości. Ale taki pogląd – myśli wielu Izraelczyków – zderzył się czołowo z historią. I została z niego miazga.” [Kamila Niemczura]

Marek Edelman był bohaterskim uczestnikiem powstania w getcie warszawskim i jednym z najważniejszych świadków historii. To nie ulega kwestii, tak jak nie ulega również, że jego formacja, Bund, została zmiażdżona przez historię. Osobiście nigdy nie był dla mnie punktem odniesienia. Ja sympatyzuję z ideą syjonistyczną, nie z Bundem. Edelman często ostro krytykował Izrael, niesprawiedliwie, w moim poczuciu. Ale nie ma się co na ten temat rozwodzić, Edelman należy do historii XX wieku, ma w niej ważne miejsce.

Kliknij, by powiększyć

34) Czy to fair, że życie jest nie fair? [Piotr Balkus]

Bliskie mi jest powiedzenie Pascala: Bóg nie jest nam nic dłużny. A nawet jeśli nie ma Boga, nikt się z nami nie umawiał, że będzie fair, że będzie dobrze itd. Nie mamy takiej gwarancji, przychodząc na świat. To nasze uroszczenie, nasza pretensja do losu. Wszelkie, ludzkie próby poprawy naszej kondycji są mile widziane, stąd bliska mi jest idea naprawy, postępu, czynienia świata lepszym niż jest (chociaż nie rewolucji, bo po tej świat przeważnie jest jeszcze gorszy niż był). Ale gwarancji, że coś dadzą, nie ma.

—–

Piotr Paziński wybrał 5 pytań, które „odbiegały od utartego szablonu”. (Uczyniliśmy dla niego wyjątek, gdyż docelowo chcemy nagradzać 3 najciekawsze pytania. Wyboru dokonuje zaproszony gość).

  • pytanie numer 7, autorka Kamila Niemczura;
  • pytanie numer 20, autorka Ula Pawlicka;
  • pytanie numer 21, autor Rafał Kwiatkowski;
  • pytanie numer 25, autor Bartłomiej Kwasek;
  • pytanie numer 32, autor Marat Dakunin;

Autorzy wybranych pytań otrzymają książki wydawnictwa Nisza:

Ewa Andrzejewska – „Obok inny czas. O Mieście i Jakubie”;
Irena Dische, Hans Magnus Enzensberger – „Esterhazy. Historia o zającu”;
Wolfgang Heurer – „Hannah Arendt”;

Redakcja Niedoczytania.pl -

Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły