займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

14 kwietnia 2012 17:23

niedoczytania: Latest post

Łączę z Krzysztofem Bartnickim – relacja z e-spotkania

Tym razem gościem Łącza na serwerze liternet.pl był Krzysztof Bartnicki, tłumacz, stypendysta MKiDN w dziedzinie przekładu. Publikował fragmenty „Finnegans Wake” w „Literaturze na Świecie” i „Przekładańcu”. Dokonane przez niego tłumaczenie „Finneganów trenu” jest jednym z niewielu całościowych przekładów Joyce’owskiego arcydzieła (po francuskim, włoskim, niemieckim, holenderskim, portugalskim, japońskim i koreańskim). Praca nad przekładem zajęła tłumaczowi ponad dziesięć lat.

A oto relacja ze spotkania (rozmowa nie została zredagowana):

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że odżegnuje się od „FF” jako tłumacz, bo zestawienia Pana twórczości z James Joycem może Panu zaszkodzić, a nie wydaje się być wręcz odwrotnie, przecież tak brawurowy i genialny przekład stawia Pana na jeszcze wyższym stopniu, czyż nie? [Adam Falkowski]

Czyż nie. W żadnym wywiadzie nie uważałem, że Joyce może zaszkodzić mojej twórczości. Po prostu nie mam się za twórcę. Ponadto: Gdybym został najmocniej skojarzony z przekładem FW, to Joyce, szkodząc mnie, musiałby szkodzić sam sobie.

Czas, który pochłonął tłumacza, jeśli się nie mylę to 10 lat. Czy to wynik podróży w głąb ludzkiej duszy wywołanej lekturą „FF”? To on opóźnił wydanie? Czy zakres, język utkany z cienkiej nici przesycony neologizmami był barierą trudną do pokonania? I dlatego aż 10 lat? A może geniusz Joyce’a zmuszał by rozkoszować się nie każdym zdaniem, lecz wyrazem, stąd takie tempo. Czy też wydanie „FF” stało pod znakiem zapytania (wola tłumacza)? [Adam Falkowski]

To pytanie wielokrotnie pytajne. Wybieram:
Nie wnikałem w ludzką duszę. Wnikałem w słabość własnego ciała (które nie chce się męczyć), siadającej psychiki (która nie chce długo stać baczno). W tym sensie był wnik w siebie. Ale on tylko mnie się przyda, bo inne psyche i somy są inne. (Medytację Donne’a o dzwonie lubię, ale mam za mało praktyczną.)

I ostanie pytanie: Kim tak naprawdę Krzysztof Bartnicki? Tłumaczem, pisarzem, artystą? Jak widzi siebie, w czym najlepiej się odnajduję? Jaka rola przypisana w scenariuszu życia dominuje? A może jakaś ukryta pasja, hobby? Nie chcę popełnić faux pas, jeśli to zbyt intymne, wkraczające na poletko zakrytej kotarą prywatności, pytanie, umówmy się że to było deja vu. :) [Adam Falkowski]

To pytanie wielokrotnie pytajne. Wybieram:
Pytasz o rolę życiową. Nie nazwę się tłumaczem, ani (tym bardziej) pisarzem, ani (tym najbardziej) artystą. Nie myślę stawać w linii z (prawdziwymi) tłumaczami, pisarzami, artystami. Moje ‚role życiowe’ miały za akuszera tzw. życie, tzn. przymus zarobkowania. Role, choć one z nadania i przypadku, a nie z wyboru – stara(łe)m się odgrywać jak najlepiej. Czy ‚jak najlepiej’=’dobrze’? We własnych sprawach nie orzekam. W marzeniach wolałbym mieć łatwiej niż trudniej, być pułkownikiem niż kapralem, kobietą niż mężczyzną, rentierem na ciepłej plaży niż w poszukiwaniu zleceń chwytaczem za brzytwę (m.in. dżojsowską), jasne.

Sprawą oczywistą jest ogrom erudycji wymaganej przez dzieło takie jak FW przez wzgląd na lingwistyczno-kulturowy koktail stanowiący jego treść. Nie pytam nawet o Pańskie kompetencje w zakresie językowym, ponieważ samo zrozumienie czysto językowej warstwy dzieła świdczy o stanie Pańskiej wiedzy (ten zaś zapewne w dzisięcioletnim procesie tłumaczenia tego dzieła pomnożył się wielokrotnie w stosunku do stanu wyjściowego)[Emilia Szaruga]

Muszę się zastrzec: Nie ma we mnie erudycji, kompetencji, wiedzy o FW. Te brałem z zewnątrz. Przyznaję się do kultury łowiectwa i zbieractwa. Łowiłem literaturę pomocniczą i zbierałem siły. Przyziemnym. (Np. lubię „Tren Fortynbrasa”.) Co we mnie nadzwyczajnego – to upór, co brnie przez opór. Tyle że tyle ma też…hm….lodołamacz? – W każdym razie: przetłumaczywszy, pomoce odłożyłem. Wzbogaciłem się w wiedzę o sobie, nie w wiedzę o FW Joyce’a.

Moje pytania chciałabym odnieść do szczegółów Pańskiej pracy, a mianowicie do problemów, z którymi Pan się niewątpliwie borykał. Mam tu (pierwsze pytanie) na myśli kwestię tłumaczenia imion. Imię głównego bohatera, HCE jest jednocześnie skrótem od Humphrey Chimpden Earwicker oraz skrótem tytułu szkicu do powieści „Here Comes Everybody”. HCE jest protagonistą rodu, co sparawia, że semantyka tytułu rozciąga się pomiędzy szkicem a głównym bohaterem, zaznaczając charakter i funkcję obu jako równorzędną. Czy skusił się Pan na zastosowanie jakiejś gry słownej, która by wydobyła to znaczenie? [Emilia Szaruga]

Jeżeli dobrze rozumiem pytanie, chcesz wiedzieć, co z przekładem inicjałów HCE bohatera? Cóż, wpierw ponarzekałem, że z C okej, ale mało mamy słów na H, mało tych od E. Zrobiłem listy. Potem próbowałem wybierać. Gdy się nie dało – zniekształcałem. Czasem fortunnie – np. „Ekolice” zamiast „Okolice” (FT 003) spodobały mi się z paru powodów.

„Here Comes Everybody” to nie tylko problem, jak przetłumaczyć. Jest i to dodatkowe ograniczenie, że ma być 18 liter (bo FW 088.21-23). Nie wycelowałem byczooczo: U mnie jest 19. Może to i dobrze? Może w „Here Comes Everybody” jest anagramatyczna sugestia, żeby się chłopię zmieniło? („He Recodes, Me Very Boy”)?
Główny bohater nosi nazwisko Earwicker (E!), to od „earwig”, po polsku cęgosz, kleszczanka, obcężnica, skorek, szczypawka vel szczypawica, zausznik, z rosyjska uchowiertka – nic na E. Trzeba było ratować się przeróżnie. A jak? A to, po pierwsze, za długo opowiadać. Po drugie, będzie o tym w książce „Fu wojny”. (Do której zaproszę bodaj w maju.)

Jako anglista i tłumacz-amator chciałem zapytać, czy tłumacząc opierał się Pan wyłącznie na samym tekście i wskazówkach autora, czy też korzystał z tłumaczeń na inne języki (bo wiem, że jakieś były)? [Radosław Kolago]

Absolutnie nie brałem się za sam tekst FW. Za tekst FW dużo rzadziej brałem się niż za objaśnienia, co ja z tym tekstem mam.

Joyce twierdził, że książka jest całkiem prosta i zrozumiała dla każdego, kto tylko poprawnie i na głos będzie ją czytał, czy nie wydaje się Panu, że dzieło, którego nie potrafili zrozumieć nawet rodacy autora, Irlandczycy, może zostać przetłumaczone na język polski holistycznie, nie gubiąc nic z oryginału? [Radosław Kolago]

Fakt, że Irladczycy nie potrafili dowodziłby, że co twierdzi Joyce, to trzeba dzielić przez trzy pi razy drzwi. I mnie media pytają ostatnio o różności, więc wiem: czasem uleci kontekst, zawsze przepadnie mowa ciała, czasem żart ktoś spisze na poważnie; czasem coś uprości; przekręci, wyda pospieszny sąd, czasem ubarwi coś, a czasem to ja, ubarwiwszy – martwię się potem, że ubarwienie plami. Poglądy się zmieniają, humory się huśtają. Więc i Joyce’a, i moje słowa nie są ostateczne, poza pełnym kontekstem i czasoprzestrzennym upunktowaniem wypowiedzi. A dekontekstualizuje choćby skrótowość odpowiedzi.

Czy spodziewać się „zgub z oryginału”? No pewnie. Jak w każdym tłumaczeniu. FW jest tekstem jak każdy inny – tylko bardziej. Nie stawia nowych problemów translatorskich – wyostrza te istniejące. Albo godzimy się, że zgubienie czegokolwiek unieważnia przekład (czyli że nie da się przełożyć najprostszej instrukcji budzika), a każde tłumaczenie jest nowym produktem [autorstwa ‚tłumacza’] – albo godzimy się, że zguby nie unieważniają przekładu. (Nie popieram rozwiązań pośrednich, że do iluś zgub jest jeszcze przekład, a od iluś już nie jest, bo mam problem, jak zguby kwali- i kwantyfikować?)

Oczywiście ogromnie podziwiam Pana zaangażowanie i talent do tłumaczenia, z doświadczenia wiem jednak, że istnieją nawiązania i gry słów, które czasem niesamowicie trudno wychwycić, a co dopiero przenieść na język obcego kraju, o innej specyfice i mentalności. [Radosław Kolago]

Trafienie na idiom w składnicy FW jest mniej kłopotliwe niż w tekście ‚normalnym’, zwłaszcza krótkim. Kiedy z czymś nie radziłem sobie w miejscu A, próbowałem przesunąć rozwiązanie w miejsce A-1 albo A+1. Manewr przesunięcia nie dekamuflował się w ramach ogólnej dziwności utworu. Przesunięcie tarantuli w jej habitacie nie rzuca się w oko, niedyskretna staje się dopiero (tu Chandler) – tarantula w cieście.

Jak wiemy życie nie jest różowe nawet w książkach – co się Panu najbardziej niepodoba w tej książce ? [Związek Kolarski]

Nie podoba mi się, że powstała. Nie podoba mi się, że przekładałem. Że nie tłumaczył ktoś za mnie. Albo że nie ktoś ze mną. Ale skoro o samej książce mowa, oddzielonej od czynnika ludzkiego (autora, tłumacza) – to sama książka jest znakomita. Wszystko mi się w niej podoba. Aczkolwiek sam sposób podania treści jest (wg mnie) nieporównanie bardziej istotny, mocniej intrygujący niż treść (fabuła).

Czy w tej książce występują momenty dosiadania rowera? [Związek Kolarski]

Są tam i momenty, i dosiadania, i rowery.

I mam dla Pana zadanie – proszę przetłumaczyć mi tą książkę w 2 słowach.[Związek Kolarski]

Zadanie to nie pytanie.
Na pytanie „Czy mógłbyś przetłumaczyć mi tę książkę w 2 słowach?” odpowiedziałbym: Tak, mógłbym.

Mam tylko jedno pytanie Krzysiu ?dlaczego postawiles na przeklad? [Szel_]

To nie tylko jedno pytanie, to o wszystko jedno pytanie.
Odpiszę parafrazą:
słowa zaczęły mnie namawiać
spróbuj

Jeśli „work in progress”, to postawił Pan na otwartość tłumaczenia, czyli potraktował ten spływ jeszcze płynniej, pozostawił coś dla innych, wykręcił młynka zaiste po paterowsku ? [Rafał Kwiatkowski]

Po sobie zostawiam 600+ stron przekładu. Sobie pozostawiam 1800+ stron zapisków „co chciałem przez co tu a tam wyrazić”. W tym sensie dzieło jest otwarte, że nie macie (czytelnicy) moich notatek, nie zamykam cudzych interpretacji na swoje notatki. Wiele rzeczy złapiecie sami, inne z literaturą pomocniczą. (Do pewnych nie dotrzecie – w tym sensie dzieło jest zamknięte.) Przekład otwiera się i dla mnie, bo notatki nie obejmują wszystkiego. Są (już) w FT miejsca i dla mnie są niewytłumaczalne (cóż, pamięć nie ta).

Co, nawet epifanicznie, było bodźcem dla tłumaczenia akurat Finnegans Wake (oczywiście poza jego nieobecnością, brakiem w zestawie )? [Rafał Kwiatkowski]

Bodziec „dlaczego” tłumaczyć był ekonomiczny. Bodziec „co” tłumaczyć był, jeden z, upraszczając, ten: Chcę przeczytać coś w przekładzie, a tego nie ma, więc sam to zrobię. Proszę zauważyć, że jeśli Joyce (przez joyce’ologów) kpi „to jest nie do przetłumaczenia” – a w tym „to nie do przetłumaczenia na polski” – to ogłasza, że wie więcej o polskim niż ja, rodzimy użytkownik. Więc następny powód: I wanted to prove Joyce wrong.

Gdzie widzi pan miejsce dla Finnegans Wake, wśród gier, konstrukcji Pereca, Leirisa, Mathewsa, Roussela, czy może uczynić tu wyłom dla niemożliwej gry, czy nie jest to według Pana dzieło nazbyt osobne ? [Rafał Kwiatkowski]

Miejsce FW widzę absolutnie na szczycie. Ale pisze to Bartnicki, który nie zna języków (może w którymś wstało coś wyższego?), który nie zna lektur (może gdzieś jest coś wyższego?) itd.

„Finnegans Wake” Jamesa Joyce`a to powieść mit, mit o powieści nieprzetłmaczalnej, powieść absolut, mityczna powieść o nieprzetłumaczalności. Tak naprawdę ta powieść, mityczna, jest znana prawie wyłącznie jedynie ze swojego mitu. [RK]

Wielkimi słowy wzmacnia się mit o mitycznej mityczności. Odrzućmy więc wielkie słowa. Było prosto. Cel: książka. Bartnicki: przekładem, ognia. Bum.

Że się jej nie da przetłumaczyć (na inne języki). I pod tym względem, pod względem mitu, jest to powieść jedyna w swoim rodzaju. [RK]

Czy się da przetłumaczyć? Da. Ja mówię o „Trenie” że to ‚spolszczenie’, a rzadziej że to ‚przekład’ nie tylko dlatego, że nie chcę się kłócić. Ale i dlatego, że wybieram wyraz bezpieczniejszy. Co jednak nie oznacza, że absolutnie zaprzeczam, że stworzyłem przekład (wszak spolszczenie może być przekładem).

Czy zatem przetłumaczyć tę powieść to aby nie znaczy obalić jej mit? Odrzeć ją z mitu? I tym samym pozwolić, żeby spotkał ją los tego wszystkiego, co odarte z mitu? Odarte z jakieś nadrzędnej pięknej, bo dotąd niezłomnej, wartości? [RK]

Spekuluję. Jeśli ‚odarcie z mitu’ dokonuje się w akcie lektury, to FW nie zostanie odarte z (ewentualnego) mitu. Od tłumacza dostajecie sprzeczne sygnały. Z jednej strony tłumacz żałuje, że tłumaczył, więc prycha na mit, z drugiej zazdrości czytelnikowi, że będzie czytał, więc legendę umacnia.

O modzie na wychwalanie (lub potępianie) FW bez lektury, więc bez sensu – wolę milczeć. Ta moda była mi sprzymierzeńcem, kiedy pchnęła moją ciekawość w stronę FW, a jest przeciwnikiem, gdy zatwierdza np. wielkość mojego spolszczenia _przed_ lekturą. (The horror, the horror!)

Which purepart of the techst brought you the most playsuhr in tranlayshion: was itt The Venerated Hannah Pluvia Pleurabbelle epee-son-tian oder The Mook-Shah ent le Grippe Stuckchen oder the dainty-dell’izzioso mat-it-unita-le Brotfressorio Brechfest crumb? Oder was it a dumpferent fragmint? [Artur Zwolski]

Cant ansir that, sir. Nun comes to mymy’d. Aye no, howadamr, whitch parts gave me mour WHELL than adders. Wereds „one love, one fear” (324.20), four asample, were oh-inspiring and errifying.

Habbe Sie die ahnderen Umbersezzungen nachgeguckt, erfahren, nachslashed, angeszehen, um die vari-very-gated variatas translationum nachhoeren und Ichre eigene Version enrichiren? [Artur Zwolski]

Kukał ja we kniszyny. Ino duckie tłomaczenie zdało mi sie w arbajcie. Brołech z niego małe Zunahzu – zwłaszcig tam, gdzie polnasze Worte sinnd natraffione geworten.

Która slava, verby, glagole, zvroty Joycovskiej mastierknigi, svietnej-cvietnej księgi, libri glanzendis, nagykonyvets ohne konc, zachwitzają Pana nachbardziej? [Artur Zwolski]

Pa „zachwitza-ją”, me „zachwitza-oui” (pase!)… Żene pypa deside. Meną, ankor…Petetr „on the lea” (491.22)? sama done deszanse dutylizliz lalang vilamovicienne (lemo „wejs”, lapaż 491).

Zastanawiam się: bardziej pan tłumaczył, czy pisał po swojemu? [Daniel Madej]

Jedno drugiego nie wyklucza.

Skoro tłumaczenie trwało aż 10 lat to proszę powiedzieć, jaką drogę, z jakiego do jakiego punktu, przebył pan w tym czasie; jak przed dekadą spoglądał i jak spogląda teraz na „Finnegans Wake”? I co widzi? [Daniel Madej]

Z perspektywy widzę zmarnowany czas własny. Czuję zazdrość wobec tych, co mają tłumaczenie, a go nie musieli robić. Chciałbym chodzić w Waszych butach. Czytelnik ma same prawa i żadnych przymusów.

Jakie przekłady ma pan w planach i dlaczego te? [Daniel Madej]

Nie mam w planach nawet planowania. Twice bitten, always shy.

Zastanawiam się nad tym, że zadane już Panu pytanie „bardziej pan tłumaczył, czy pisał po swojemu?” bardzo trafnie (wg mnie) poddaje w wątpliwość sens nazywania takiego dzieła tłumaczeniem. [Romuald Bartkowicz]

A moim zdaniem: nietrafnie. Bo ja nie czuję granic między kategoriami ‚tłumaczę’ oraz ‚piszę po swojemu’. [Czy chodzi o świadomą stylizację? Jeśli tak, to owszem, nie stylizowałem spolszczenia na frazę Joyce’a. Ale takiej frazy nie ma. A jak jest, to nie po polsku, bo po polsku Joyce nie pisał.]

I nie dotyczy to tylko Pańskiej pracy. Żeby podjąć się takiego dzieła, trzeba być pisarzem najwyższego lotu, ze wszystkimi cechami wybitnego twórcy. [Romuald Bartkowicz]

Myślę, że by sprawdzić, kto jest wielkim, trzeba być wielkim (większym?). A jak to mierzyć? Założywszy przewagę demokracji nad arystokracją, bodaj jedyna dostępna podpowiedź jest z weryfikacji, czy dzieło to bestseller. Ta jednak przybliży liczbę nabywców, a nie czytelników. Przepraszam za truizmy.

A zatem czy nie jest to zupełnie nowe dzieło, którego treść jedynie nawiązuje do „Finnegans Wake”? Np. w słynnych inscenizacjach teatralnych na plan pierwszy wybija się nazwisko i geniusz reżysera, który posłużył się tylko tekstem dramatu, nawet wybitnego, ale będącego często czymś zupełnie innym, mającym wcześniej nawet mniejsze znaczenie. Wydaje mi się, iż w pracy translatorskiej geniusz tłumacza jedynie wzmacnia pozycję Autora tłumaczonego dzieła, a sukces tłumacza jest zrozumiały i oczywisty tak naprawdę jedynie dla wąskiej grupy dwujęzycznych czytelników, którzy znają również oryginał… [Romuald Bartkowicz]

Proszę odpowiedzieć sobie w sercu: Czy gdyby żył Joyce, to rozmawialibyście (o Trenie) z Bartnickim? Jeśli rozmowa byłaby z JJ, to stworzyłem tłumaczenie. Jeśli rozmowa byłaby z KB, to stworzyłem coś autorskiego (na motywach JJ). [Ja jednak miałbym pytania do JJ, nie do siebie, więc prywatnie uznaję Tren za dzieło bardziej JJ niż KB.]

Mam tu pytania, które zadaję od momentu, kiedy pierwszy raz znalazłam fragmenty Pana tłumaczenia „Finnegans Wake” w „Literaturze na Świecie” (2004?). Nareszcie mam okazję na uzyskanie odpowiedzi, z czego z radością korzystam.Pierwsze pytanie brzmi: dlaczego wybrał Pan taki tytuł?Drugie pytanie, to do jakich źródeł Pan dotarł, żeby przetłumaczyć tekst a właściwie powinno się rzec – napisać nową książkę? I jeszcze jedno: Jak czytać „Finneganów tren”? [Eliza Kal-Amburka]

Wybrany został tytuł najlepszy z dostępnych.

„Finneganów” to w jednej możliwości liczba mnoga („tren [tych] Finneganów”), w innej możliwości liczba pojedyncza (Finneganów=Finneganowy; por. zdrów=zdrowy; nów=nowy).
Kolejność słów „Finneganów tren” jest z kilku powodów. Podam trzy: (a) jeśli komuś brzmi nienaturalnie, niech się czuje ostrzeżony, że tekst nie będzie całkiem po polsku; (b) zachęcam do poszukiwań [dlaczego Bananowy song, Karlowe Wary, a nie Song bananowy, Wary Karlowe?]; (c) musi być do odśpiewania (w FW są cytaty z piosenki „Finnegan’s Wake”, słowa „lots of fun at Finnegan’s Wake”, przytup na „Wake”. Gdybym dał „Tren Finneganów”, akcent śpiewającego w przekładzie padałby na „-nów” ostatniej sylaby.)
„Tren”.

Słowo w wakijskim nie oznacza tylko to, co oznacza, ale i to, co może oznaczać – i to w każdym języku! a nie tylko z całości, ale i z cząstek! jednocześnie! „Tren” — poza trenem Kochanowskiego, Herberta, trenem sukni (weselnej, tj. nie tylko na smutno), oznacza też „tran”, „tron”, „dren”, „wren/Wren” itd. – i możliwe dalsze rozgałęziające się skojarzenia.

Mnie tytuł „Finnegans Wake” kojarzy się z VIVOS VOCO, MORTUOS PLANGO, FULGURA FRANGO u Schillera: to FW-owe motywy życia, zmartwychwstania, śmierci, kolistości dziejów, pozornej/faktycznej stałości/nieśmiertelności, dźwięku, wody, piorunów (!). W „plango” dostrzegam inicjały ALP Anny Liwii Plurabelle, tym bardziej że „VIV-„=”LIV-„. Z kolei w „fulgura frango” widzę FF [ha, zob. „FF” w pytaniu Adama], więc Finnegans Fake? Finneganów Fren? ‚Fren’ jak pozostałość po rozszczepieniu słowa „schizo-fren”. A skoro „fren” (serce, umysł, przepona), to czemu nie „ren” ((z greki po łacinie: nerka)? A następne asocjacje: co jadł pan Bloom w Ulissesie, co wyciągali Egipcjanie ze zwłok, albo Ren jako zaproszenie do Nibelungów. I tak dalej.

Język wakijski nie należy do mnie. Jeśli więc kto w „tren” zobaczy walijski albo wietnamski, albo zobaczy „fren”, ale nie jako przeponę, nie nerkę, lecz staroirlandzki wyraz znaczący ‚korzeń’ – ma prawo. Język ten jest przeklęty, bo wszystko z niego można wyciągać, co utrudnia komunikację, oraz jest błogosławiony, bo wszystko można z niego wyciągnąć, co czyni czytelników równymi.

Drugie pytanie, to do jakich źródeł Pan dotarł, żeby przetłumaczyć tekst a właściwie powinno się rzec – napisać nową książkę? [Eliza Kal-Amburka]

Ze źródeł książkowych wyróżniam: Roland McHugh, Annotations to Finnegans Wake.
Najprzydatniejsza strona w necie: fweet.org

I jeszcze jedno: Jak czytać „Finneganów tren”? [Eliza Kal-Amburka]

Tłumacz pisał od początku do końca, zazdroszcząc, że czytelnik może smakować/odpluwać kawałeczkami. Może czytać (1) z luzem słuchacza frazy, rytmu, i/lub (2) ze swobodą odkrywcy asocjacji słownikowych.

Jako tłumacz – przemieniający się dopiero nieśmiało z brzydkiego kaczątka w przyzwoitego łabędzia o średnim zasięgu – chciałbym spytać naprawdę szczerze, czy w ciągu tych 10 lat, kiedy nie raz chciał Pan rzucić „Trenem” o ścianę, a zatem – czy przez ten cały czas nie bał się Pan naprawdę ani trochę tej hordy rozwydrzonych i wszystkowiedzących, akademickich anglistów, którzy w każdej chwili mogą z przekąsem stwierdzić, iż – co jak co – ale „Finnegan’s Wake” to książka, której, hm, nie wolno przetłumaczyć? Jak to było w Pana głowie? [Arkadiusz Wierzba]

Arkadiuszu,

Nie bałem się anglistów. Bardziej speców od Joyce’a. W łaski wkupiałem się, korzystając z ich literatury pomocowej (lol). O przestrodze, że FW nie wolno tłumaczyć – wiem. Ale patrz odpowiedź u Radosława: Albo można wszystko, albo nic.
Ci, co stwierdzali, że nie wolno – musieliby poznać FW, by stwierdzać odpowiedzialnie. Podejrzewam, że częściej stwierdzają tacy, co nie poznali. Bywa(ło) mi z tego powodu gorzko. No i lękam się ignorancji, kiedy jest odważna.

O straszności/niedostępności dzieła Joyce’a człowiek polskojęzyczny powie więcej z FT niż z FW w ręku. Spolszczenie ma tę zaletę, że lepiej (niż z oryginału) poznajemy czego/że/jak NIE rozumiemy.

Czy FW to jeszcze angielski? A jeśli nie to Co, i jakie miejsce zajmuje w tym Pański „przekład”*. Spełnia formę metajęzyka, czy może jakiegoś dialektu, narzecza polskiego ludu? A może stworzył Pan zupełnie nowy język? [egon antonius]

Moim zdaniem to już nie angielski. FW to język jednego dzieła (bibliolekt??). Zaproponowałem odmianę polską, dialekt polski. Przekład był wewnątrz języka, nie między językami.

Czy szukał Pan czegoś dla siebie w FW? Znalazł Pan to? Czy po tylu latach z tekstem odnalazł Pan jakąś odp. czy może FW generuje tylko pytania, nie udziela odp? [egon antonius]

Szukałem w FW rzeczy/odpowiedzi, których nie znalazłem. Znalazłem rzeczy/odpowiedzi, których nie szukałem. Szczegółów nie podam, bo i tak posądza się mnie już o patos i pretensjonalność. Natomiast z radością raczej niż ze zgrozą zapominam, co, jak i dlaczego tłumaczyłem – i staję się czytelnikiem jak inni, z jednej strony zmartwionym, że nie rozumiem, z drugiej – cieszącym, że coś mi się objawia.

Było warto? [egon antonius]

Sumując wszystkie za i przeciwy (!), podając bilans na dziś (!!), w skali jednostki (!!!): nie.
Czy w skali literatury/świata/innego człowieka: to pytanie do literatury/świata/innego człowieka.

Redakcja Niedoczytania.pl - Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły