займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

22 lutego 2011 2:10

niedoczytania: Latest post
grafa: Łukasz Libiszewski

Łączę z Jerzym Franczakiem – relacja z e-spotkania

Tym razem gościem Łącza na serwerze liternet.pl był Jerzy Franczak. Prozaik, eseista, poeta na emeryturze. Opublikował m.in. powieści: „Przymierzalnia” (HA!art, 2008), „Nieludzka komedia” (Wydawnictwo Literackie, 2009) i „Da capo” (Wydawnictwo Literackie, 2010).

Wkrótce ukaże się jego najnowsza powieść „NN”. Pisarz w trzech zdaniach zdradza niedoczytania pikantne szczegóły: „Człowiek bez imienia, leżący na ulicy, w środku śpiącego miasta. Troje przypadkowych przechodniów, eskortujących go na pogotowie i asystujących jego umieraniu. Trzy światy, trzy opowieści osnute wokół milczenia”.

Uwaga! Jutro gratka dla wielbicieli twórczości Jerzego Franczaka. Na niedoczytania ukaże się niepublikowany dotychczas w internecie utwór pt. „Pajac”.

A oto relacja ze spotkania:

Niemal co roku wydaje Pan książkę. Jak się to Panu udaje? Czy pisze Pan systematycznie? [Jan Baron]

Piszę systematycznie, ale bardzo różne rzeczy. Regularność jest złudzeniem wynikającym z opóźnień wydawniczych. Np. „Przymierzalnię” (wyd. w 2008) skończyłem w 2003, by potem przez kilka lat skupić się na pracy doktorskiej (wyd. w 2007). Zanim trafiła do HA!artu, powieść przeszła przez ręce dwóch wydawców (jeden się rozmyślił, a drugi zbankrutował). Później spłodzone „Grawitacje” Rita Baum wydała natychmiast (2007), „Nieludzka komedia”, zaczęta w 2005, ukazała się 4 lata później, itd. Teraz np. oczekuję druku kolejnej powieści, tymczasem od jakiegoś czasu skupiam się wyłącznie na projekcie eseistycznym.

Co to za nagroda Premio Tivoli? [Ninette Nerval]

Dokładnie nie wiem… Wiem tylko, że moje „Lingue del ghiacciaio” startowały w konkursie. Wiem, że pełna nazwa brzmi: Premio Tivoli Europa Giovani. Ktoś kiedyś napisał, że ją dostałem, ktoś inny to przedrukował i tak zostało, żadne dementi nie pomoże.

Czy warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, wydania powieści w WL, jest uprzednie wydanie czegoś w Ha Arcie? :) [Ninette Nerval]

To warunek sine qua non. Bez tego w WLu nie mieliby szans ani Dukaj, ani Tokarczuk, ani nawet Mrożek. O książkę w HA!Arcie pytają tam w pierwszej kolejności. W drugiej o Premio Tivoli. Miałem sporo szczęścia!

Można niekiedy odnieść wrażenie, że obecnie pisanie w życiu pisarki\pisarza, to już za mało. Aby cieszyć się uznaniem, autorka\autor ma nie tylko dobrze pisać, ale być osobą medialną, dobrze się prezentować, nawiązywać intratne znajomości i generalnie „umieć się sprzedać”. Czy Pan się z tym zgadza i co Pan o tym sądzi? [Aga Smarzewska]

Trudno mi się zgodzić z Pani diagnozą. Jest wielu pisarzy, którzy ograniczają się do pisania i cieszą się zasłużonym uznaniem. Z drugiej strony, są też tacy, którym nie zależy na „szerokim czytelniku”, a którzy marzą o „idealnym czytelniku cierpiącym na idealną bezsenność”. Gdyby literatura miałaby być jedynie narzędziem autopromocji, nie warto by poświęcać jej tyle uwagi.

Do czego Pan dorósł ostatnio? [Kamila Niemczura]

Do pięt.

Gdyby był Pan ciągle przed debiutem książkowym, a chciał wydać tomik poetycki, jaką przyjąłby Pan strategię? :) [Aga Warczyk]

Ja sam publikowałem tomiki poetyckie w więcej-niż-niszowych wydawnictwach, które przekazywały mi cały nakład… I byłem z tego niezwykle rad. Nie jestem dobrym kandydatem na doradcę ds. strategicznych.

Co uważa Pan za bardziej prestiżowe: publikowanie w czasopismach literackich czy zwycięstwa w konkursach literackich? [Aga Warczyk]

To zależy. Druk w „Lampie” jest zapewne bardziej prestiżowy od nagrody w konkursie o Kwiat Azalii, z kolei zwycięstwo w Bierezinie waży więcej niż publikacja w „Akancie”. Ale mogę się mylić. Nie znam się.

Mężczyzna skazany na krzesło elektryczne okazuje się Twoim wielkim fanem. Jako ostatnie życzenie przed śmiercią prosi o spotkanie z Tobą. Czy jedziesz, a jeśli jedziesz, to on wręcza ci rękopis, który okazuje się najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek ktokolwiek napisał, co robisz? [leszek milewski]

O niczym innym nie marzę, tylko o spotkaniu z tym niezwykłym fanem, seryjnym mordercą z Teksasu. Niestety, nie otrzymuję wizy, facet umiera i kto inny odkrywa jego arcydzieło. Świat po raz kolejny nie dowiaduje się o inspirującej roli mojego pisarstwa.

Czy słuchasz muzyki podczas pisania? Jeżeli tak, to przy jakiej najlepiej Ci się pisze. Czy dobierasz ją w jakiś sposób? [Bartek Kościński]

Rzadko mam szansę dobierać muzykę podczas pisania, gdyż piszę głównie w tzw. miejscach publicznych – knajpach i kafejach: w Lokatorze, w Drukarni, w Kolorach lub Bunkrze Sztuki… Jestem zdany na barmanów, ich łaskę i niełaskę, gusta i guściki. Ale gdy zaczynam pisać, odklejam się – i po paru godzinach nie wiem nawet, co było w playliście. Choć czasem coś z tej ścieżki muzycznej przenika do fabuły (w ten sposób – przebojem – Tina Turner wdarła się do „Da capo”).

Czy zaczyna Pan książkę od napisania pierwszego zdania, które ciągnie narrację dalej, czy raczej pierwsze frazy wyciąga Pan z napisanego już tekstu? [Marcin Pera]

Zaliczam się do tych, którzy pierwsze zdania piszą na końcu. Uważam, że jedną z najważniejszych rzeczy w pisaniu jest odpowiednie ustawienie głosu. Na ogół nie udaje mi się to w pierwszych akapitach – dlatego wymagają one przepracowania na samym końcu. Poza tym – powiedzmy sobie za Godardem – utwór musi mieć początek, środek i koniec, ale niekoniecznie w tej kolejności. Zdarzało mi się przenosić inicjalne akapity do innej części utworu, wymazywać je, dopisywać początek, finał umieszczać na pierwszej stronie…

Jak pan sobie radzi z krytyką? Teraz i wówczas, kiedy pan zaczynał – czy była dopingująca, czy zniechęcała wręcz do działania? [Mary Lou]

Nie czuję się od opinii recenzenckich w żaden sposób uzależniony. Miażdżąca krytyka nie miażdży mnie, pochwała słabo dopinguje. Dołuje mnie jedna rzecz: niezrozumienie. Przykład: spośród wielu recenzji „Da capo” dwie odznaczały się cechą szczególną. Powrót bohatera do rodzinnego domu, zaprojektowany przeze mnie jako jego ostateczna klęska, odczytany tam został w perspektywie odkupienia win, a nawet łatwego „prostodusznego” pocieszenia. Jedna z tych recenzji (Gazeta Wyborcza) była pochwalna, druga (Nowe Książki) – bardzo krytyczna. Obie – równie rozczarowujące.

Czy czuje się Pan lepszy, bo ma Pan nagrody, związany jest z innymi czasopismami i zapewne jest Pan politykiem? [Anna Czyrska]

Tak. O niebo lepszy. Każda nagroda utwierdza mnie w przekonaniu o własnej wielkości. Redaktorzy „innych czasopism” prześcigają się w komplementowaniu moich tekstów. Szef partii pochwalił mnie ostatnio i obiecał awans.

Najbardziej twórczy stan ducha? [Aga Warczyk]

Uwieranie.

Na ile literatura jest realna [leszek milewski]

czyli jaka
prawdziwa
jak świat poza książką
możliwa do osiągnięcia
jak umykający cel
jak socjalizm
jak unia realna
jak unia polityki realnej
poproszę następne pytanie

Antropologia Pańskiej poezji: co widzi Pan w swojej twórczości z pozycji badacza literatury? Czy obiektywizm jest tutaj możliwy? [Panna  Anna]

Nie czytam własnych książek (poezji nie piszę od mniej więcej dekady), chyba że ktoś mnie zmusi przy okazji spotkania autorskiego. Tym bardziej nie atakuję swoich tekstów przy pomocy fachowych narzędzi. Podejrzewam, że mówią wiele wbrew temu, co im kazałem mówić. Obiektywizm w badaniu literatury w ogóle nie jest możliwy, w takim przypadku jest to niemożliwość do kwadratu.

Czy „na boczku” nie piszesz czasem jakiś wierszy? [maciej gierszewski]

Wiersz, jak rozumiem, oznacza, że pisze się w słupku, a nie ciągiem? A poeta to ten, co bardziej od prozaika lubi klawisz Enter? Nie, wierzaj mi, Maćku, nie piszę wierszy na żadnym boczku, chociaż… zdarzają się twory wierszopodobne, tzn. teksty, które organizuje porządek czysto metaforyczny, np. samplowany „Wieloryb” (wydany jako bestlooker) albo „New paradise” (ukaże się niebawem – tyle, że po francusku).

Czy pańska wiedza, kompetencja, świadomość warsztatu sprawia, że Pańskie powieściopisarstwo to tylko nieustanna gra (z) samym sobą i czytelnikiem, żonglowanie konwencjami, przedrzeźnianie i operowanie cytatami oraz nawiązaniami? Czy nie obawia się Pan, pisząc, że w tym natłoku zgubi się gdzieś tożsamość utworu i jego spójność? Zacytuję jedną z recenzji: „Franczak pięknie to opisał, tyle tylko, że nic pięknego nie pokazuje”. [Damian Koryl]

W tej recenzji Leszek Bugajski powiadał, że „nic pięknego” to mord i ćwiartowanie ciała. Nie znaczy to, że Franczak „w ogóle niczego nie pokazuje”! W Pana pytaniu pobrzmiewa taka alternatywa: albo gra, żonglerka, prestidigitatorstwo i przedrzeźnianie – albo… No właśnie, co? Wierne naśladowanie? Czy tożsamość utworu gubi się w toku gry? Nie mam takich obaw. W moim pisaniu – tożsamość ta konstytuuje się w grze. A gra nie jest i nie musi być tylko zabawą; jak wszystkie nasze towarzyskie i społeczne gry i gierki zakłada powagę uczestnictwa w świecie. Mam nadzieję, że ta powaga mimo wszystko udziela się moim książkom.

Jak udaje się Panu godzić pracę akademicką z działaniami twórczymi? [Panna  Anna]

Równie łatwo, co pracę dziennikarską czy redakcyjną. Na czym miałaby polegać trudność? Na pomieszaniu języków (twórczości i opisu)? Nie widzę tu wyraźnego rozgraniczenia. Nadświadomość? A dlaczego nieświadomość warsztatu miałaby być okolicznością sprzyjającą? Uniwersytet wymusza na mnie ciągły kontakt z literaturą i rozległymi dziedzinami humanistyki, nie absorbując mnie eight days a week. Jest przy tym sposobem zarobkowania i uwalnia moje pisanie od dyktatu pieniądza. Dzięki temu mogę mieć w dupie bieżące koniunktury i podążać wyłącznie za swoim kaprysem – czy, jak kto woli, wewnętrzną koniecznością.

Jak sądzisz, czy gdy umrze Jerzy Pilch, „Gazeta Wyborcza” wydawać będzie kolekcję jego książek w czwartki z dodatkiem budowniczym czy w piątki z dodatkiem turystyka? [leszek milewski]

Może we wtorki, z dodatkiem Mój biznes?

Pana ulubiona telenowela [Ninette Nerval]

„Niewolnica Isaura”. Oglądałem to w dzieciństwie, potem film mi się urwał.

Na jakiej zasadzie wybierane są książki do programu „Czytelnia”? [Aga Smarzewska]

W „Czytelni” pracowaliśmy zespołowo. Recenzenci wybierali spośród nowości wydawniczych książki, propozycje te rozważała (pozytywnie na ogół) redakcja. Niestety, program został zdjęty z anteny w dość skandalicznych okolicznościach, tzn. mimo dobrych opinii i wysokiej oglądalności.

Dlaczego właśnie Lokator? [Panna  Anna]

Bo lokal ten założył mój przyjaciel, więc zacząłem tam bywać, więc pojawili się inni, cała ferajna, a potem zacząłem tam pracować, i tak już zostało.

Jak rozpocząłeś współpracę z krakowskim „Mrówkojadem”? Publikujesz tam krótkie fragmenty prozy, które piszesz razem z Sonią. [Bartek Kościński]

„Mrówkojad” to jedna z wielu inicjatyw Pio [Piotra Kalińskiego], z którym przyjaźnię się od niepamiętnych czasów i współpracuję od lat. Nie było kwestii „zaczęcia współpracy”; raczej oczywista oczywistość, że po raz kolejny (jak np. w czasach „Nowego Wieku”) można razem zrobić coś fajnego. Kawałki, które tam publikowałem jako „Kwiatki”, ukażą się w wersji książkowej już niebawem (na wiosnę). Pisałem je sam! Sonia to moja kilkuletnia córka, która robiła za ilustratorkę.

Jesteś współtwórcą (razem z PIOtrem Kalińskim) książek artystycznych tzw. „bestlookerów”. Co to są te „bestlookery” i czy mają coś wspólnego z liberaturą? [Bartek Kościński]

Pojęcie bestlookera jest starsze od terminu „literatura”. Zawdzięczamy je Stefanowi Themersonowi, który w swoim wydawnictwie Gaberbocchus Press publikował książki nie tylko ciekawe, ale i piękne, tzn. będące same w sobie dziełami sztuki. Eksperyment liberacki to próba przesunięcia granic sztuki słowa (tak, aby obejmowała ona przestrzeń druku i typografię). Bestlooker to siostrzana próba wyzwolenia się z rynkowego terroru, który domaga się bestsellerów. Takie książeczki mają się podobać garstce dziwaków, z założenia nielicznej. W ramach Lokator Bestlooker Publishing z rzeczonym Pio publikujemy dziełka, w których słowa i obrazy dialogują ze sobą na różnych płaszczyznach i wedle rozmaitych, zmiennych zasad. To zupełnie inna praca, niż przygotowywanie książki dla Dużego Wydawnictwa, które – niezależnie od ambicji promowania ambitnej literatury – nastawione jest na zysk i działa pod znakiem bestsellera.

W swoich powieściach nie unika Pan charakterystycznego dla Krakowa języka, opisywania znanych krakowianom miejsc, etosu inteligenckiego i teatralności. Tematy pańskich powieści są raczej uniwersalne, jednak mam wrażenie, że „krakowskość”, miejskość, odgrywa w Pana powieściach istotną rolę. [Damian Koryl]

Proza, jeżeli nie zwalnia się całkiem z mimetycznych obowiązków, jeżeli ma ambicje portretowania rzeczywistych ludzi (a nie abstrakcyjnych figur), nie może być uniwersalna. Jesteśmy ulepieni z konkretów, ze specyficznych szczegółów i to w nich właśnie, jak wiadomo, śpi diabeł. „Krakowskość” jest tyleż przygodna i przykładowa (i można by podstawić w jej miejsce „warszawskość”), co – jak Pan sugeruje – ważna: zakorzenia postacie w jakiejś przestrzeni, w pejzażu miejskim, w języku. Zmieniając Everymenów w Krakowiaków, przydaje im wiarygodności. Przynajmniej chciałbym, aby tak się działo. Amen.

Jakie są narodowe (lokalne) najdobitniejsze przejawy nieodrobionej lekcji z Gombrowicza? [Kamila Niemczura]

Nie mam pewności, czy ta lekcja jest nieodrobiona. Myślę, że wpływ Gombra, jego formacyjna rola dla całych pokoleń artystów i intelektualistów, jest nie do przecenienia (i nie do porównania z wpływem innych, nawet naszych Noblistów). W większej skali, jasne, można by odpowiedzieć, że wciąż harcujemy w cudacznych maskach z narodowego panteonu… W pewnym sensie Gombrowicza nie da się nigdy odrobić. Nie sposób wyobrazić sobie społeczeństwa nieufnych indywidualistów, przebywających w sferze „średnich temperatur”. A już z pewnością nie jest to możliwe w Polsce postsmoleńskiej, która stała się areną walki posiadaczy jedynej prawdy. „Niewierzący” mają swoje rezerwaty w liberalnej prasie i na uniwersyteckich campusach.

Czy uważa Pan, że pojęcie gry było najważniejszą cechą konstytuującą twórczość Gombrowicza? Jaka jest Pana idee fix? Czy prowadzi Pan jakąś grę z Gombrowiczem, jeżeli tak, to jaką? [Wioleta Zielińska]

Gombrowicza można czytać rozmaicie, różne pojęcia wysuwają się na plan pierwszy. Jerzy Jarzębski w „Grze w Gombrowicza” podsunął rozwiązanie, o którym Pani pisze. Ale są też inne, dobrze znane z nowszych interpretacji: rolę key-words mogą przejąć „inny”, „doświadczenie”, „trauma”, „pragnienie”, „ból”… Inna sprawa dotyczy „gry w Gombrowicza”, jaką musi prowadzić każdy, dla kogo jest to ważna postać. Sam próbowałem go w taką grę wciągać – zwłaszcza w „Przymierzalni” – aranżowałem zmagania z Cieniem pisarza (Prekursora, jak by powiedział Harold Bloom). Od jakiegoś czasu nie odczuwam już takiej konieczności. Czy to znaczy, że rozprawiłem się z gombrowiczowskimi dylematami? To nie wydaje się możliwe; powiedzmy więc, że zawiesiłem je na kołku pośród innych rzeczy nierozstrzygalnych, by zająć się trochę czymś innym. W tym Gombrowiczowskim zestawie przemyciła Pani pytanie o idee fixe. Moją idee fixe jest, żeby się na niczym nie zafiksować, a zwłaszcza na jakiejś idei.

„Pisanie Gombrowiczem” to dość męcząca maniera (dostrzegalna m.in. u Kuczoka, Witkowskiego, Sławińskiego). Czy zgadza się Pan z takim stwierdzeniem? [Jan Baron]

Jeżeli ma Pan na myśli manierę stylistyczną, to zgodzę się, może być męcząca. Najważniejsze jednak, co się za nią kryje (jaka wizja świata) i jakie jest jej ostrze (polemiczne, satyryczne?). Witkowski w antologii Tekstylia pisał o mnie, że kreuję „iście gombrowiczowski świat” – aranżując zderzenie natury z kulturą itp. I dalej dodawał coś w stylu, że nie chodzi „rzecz jasna” o ślady myślenia Gombrowicza, bo Gombro funkcjonuje tylko jako struktura narracyjna, element postmodernistycznej gry. Mam nadzieję, że tak nie jest – podrabianie stylu jako takie nie interesuje mnie, raczej badanie jego ograniczeń, a co za tym idzie – granic językowego świata. A Gombro jest jednym z tych pisarzy, którzy poważnie wpłynęli na mój sposób myślenia i pisania.

Czy po Gombrowiczu żył autor, który z taką konsekwencją zbudował swój światopogląd? [Wioleta Zielińska]

Wiele zależy od tego, jak rozumieć Pani pytanie. Jeśli „po Gombrowiczu” znaczy „po śmierci Gombrowicza” (i chodzi o kogoś, kto objawił się światu po r. 1969), to nie można wskazać ani Lema, ani Parnickiego czy Białoszewskiego. Jeśli „autor” oznacza pisarza, to odpadają filozofowie i eseiści (jak choćby Wodziński). Jeżeli „światopogląd” oznacza usystematyzowany zbiór mniemań o świecie, to trudno odnieść się do mocnych, acz bardziej „intuicyjnych” wizji (wielu poetów – z Sendeckim na czele, prozaicy w rodzaju Kruszyńskiego). Jeżeli „konsekwencja” ma być ostatecznym wyróżnikiem (czy Gombro rzeczywiście był aż tak konsekwentny?), to co zrobić z pisarzami bardziej kapryśnymi? Przyjmując te wszystkie ograniczenia, wymieniłbym Bieńczyka. Choć przyznam, że z takiego porównywania niewiele wynika; prawdziwej wielkości nie sposób sprowadzić do niczego innego.

Czy „Kosmos” wykończył temat autoteliczności powieści? Można coś jeszcze w tym temacie dodać? [Wioleta Zielińska]

Nie uważam „Kosmosu” za powieść autoteliczną. To rzecz o niezniszczalnej i nieziszczalnej potrzebie sensu, z którą narzucamy się światu. Jedną z form gwałtu jest oczywiście literatura i „Kosmos” inscenizuje całą tę dwuznaczną procedurę. W tym sensie to bardziej traktat epistemologiczny niż powieść o powieści. Znacznie dalej w autoteliczności posunęli się pisarze Nowej Powieści (Robbe-Griellet), OuLiPijczycy (Calvino), neoawangardziści i postmoderniści (Federman, Sukenick), a także Polacy – by wymienić klasyczne „Góry nad czarnym morzem” Macha albo, z rzeczy nowszych, „Japońską wioskę” Wilengowskiej czy „Tryby” Tulli… Kresem autoteliczności jest tekst-przedmiot, który nie odsyła do niczego poza samym sobą. Ideał ten, osiągnięty przez letryzm, nie był chyba bliski Gobrowiczowi (i mnie też nie jest).

W „Przymierzalni” rozprawia się Pan z Gombrowiczem i z egzystencjalizmem, pod którego wpływem był Pan w zbiorze opowiadań „Trzy historie”, czy uważa Pan, że poradził Pan sobie z Mistrzem? [Marcin Pera]

Egzystencjalizm ukształtował mocno moje widzenie świata: przede wszystkim Sartre (zwłaszcza młody) i Camus (jako myśliciel/ eseista). Już podczas pisania „Przymierzalni” i (równolegle) książeczki o „Mdłościach” i „Ferdydurke” zdawałem sobie sprawę z ograniczeń tego myślenia. Raził mnie staromodny uniwersalizm i werbalne bożki typu „absurd”, „nagość”, „autentyczność”. Słyszałem fałszywą nutę, dźwięczącą w tym laickim heroizmie, mierził mnie nachalny moralizm. Z egzystencjalizmem nie musiałem się rozprawiać; przeżył się dla mnie, przestał mnie sycić. Z Gombrowiczem załatwić się trudniej, trudniej go „przezwyciężyć”; myślę, że można go tylko „przeboleć”.

Widzę „Da Capo” jako rozwinięcie pewnych idei z „Przymierzalni”. O próbowaniu, wprawianiu się, powrocie, poszukiwaniu tożsamości przytłumionej przez wychowanie i normy kulturowe. Czy był to świadomy zamysł? [Damian Koryl]

Poza wszystkimi oczywistymi skojarzeniami (przymierzanie masek, ról, tożsamości, konwencji literackich), „Przymierzalnia” oznacza również: ostatnia przymiarka do powieści. To celowy zabieg. Pisząc to osobliwe dziełko, surfowałem swobodnie po interesujących mnie tematach, próbowałem różnych technik i punktów widzenia. Przymierzałem się do pisania „Nieludzkiej…” – i do rozpoczęcia cyklu, który rozwija się pomalutku (wkrótce kolejna odsłona).

Kliknij, by powiększyć

Czy oglądał Pan „Dom Zły”? Film można porównać do Pana wcześniejszej powieści „Nieludzka komedia” pod względem rozwiązań fabularnych, zabiegów stylistycznych, jak i całej wymowy utworu. Oglądałem ten film, mając właśnie w tyle głowy Pana powieść. [An D]

Oglądałem i bardzo przy tym cierpiałem, tym bardziej, że zaliczam się do wielbicieli „Wesela”, nawet „Małżowinę” trochę lubię. A „Dom…” uważam za rzeczywiście zły. Czegoś zabrakło: albo humoru, albo drugiego dna, na które bohaterowie mogliby stoczyć się w pijanym widzie… Ja się starałem w „Nieludzkiej…” takie dno zaprojektować – i to niejedno…

Ma się wrażenie, że „Nieludzka komedia” jest ukrytą polemiką z „Emilem” Rousseau. Jaki ma Pan stosunek do tej dychotomii kultura-natura? [Marcin Pera]

„Ukryta polemika” to pewnie za wiele powiedziane, wolałbym neutralne „wejście w dialog”, choć nie jestem pewien, czy można prowadzić dialog w tak podkręconej tonacji buffo. Mój bohater oczywiście, co nie uszło uwadze krytyków, zrzuca z siebie różne społeczne gorsety i kulturowe habity, by stać się człowiekiem natury – i co? Można powiedzieć, że staje się dzikusem, ale na pewno nie bon sauvage. Można też powiedzieć, że jego „dzikość” jest kulturowego pochodzenia. Sprawa pozostaje nierozstrzygnięta (a komplikuje ją fakt, że Rousseau nie był wcale tak naiwny, jak sądził o nim niejeden późny wnuk: stan natury miał w jego myśli charakter regulatywnej hipotezy, a nie celu do osiągnięcia). „Mój stosunek” do tej dychotomii nie zalicza się do oryginalnych. Z jednej strony (co stanowi istotny wątek mojej prozy i główny temat mojej rozprawy o polskim modernizmie) fascynuje mnie niedostępność natury, uchwytnej jedynie w kulturowej mediacji. Z drugiej – jej realność, której doświadczamy za sprawą wyrw w symbolicznym uniwersum, czyli w świecie.

Jak to jest z Pana politycznością? Mówi Pan, że unika jedynie słusznej agitacji w swojej twórczości, do której tak beztrosko namawia Igor Stokfiszewski, a jednocześnie stwarza Pan w „Da Capo” postać Kamila Króla, słabego mężczyzny, który nie potrafi zrzucić ciążących mu kajdanów represyjnego społeczeństwa, kulturowej tresury. Króla nie stać na bunt emancypacyjny, coming out, przez co ponosi porażkę, wraca do źródeł swojej słabości, synczyzna zostaje wchłonięta przez ojczyznę. Czyż nie jest to literacki produkcyjniak na zamówienie Krytyki Politycznej? [An D]

Zaskakująca teza… Czy „Da capo” jest produkcyjniakiem? Mam nadzieję, że nie, a nawet myślę, że wątpię. Porażkę mojego bohatera można rozumieć na różne sposoby, niekoniecznie zwalając całą winę na represyjną patriarchalną kulturę, skupiając się za to np. na psychologii (wątki edypalne) bądź paraboli (wątek obozowy). Zresztą, przyzna Pan, produkcyjniak musi coś klarownie wykładać, perswadować i przekonywać. Sprzeczne interpretacje (o których piszę w odpowiedzi na pytanie p. Mary Lou) dowodzą raczej wielowykładalności „Da capo”. Thanks God. Nie mam ambicji pisania agitek. Choć do KP jest mi blisko.

Kto jest pana ulubionym poetą współczesnym polskim i zagranicznym? [Mary Lou]

Od wielu lat jestem „biernym czytelnikiem” poezji; czytam rzadko, wybiórczo, często z musu, nieuważnie. W lekturowych poszukiwaniach ustałem jakiś czas temu – i zastygłem w podziwie dla Andrzeja Sosnowskiego. Z zagranicznych, żeby się rymowało, niech będzie – Ashbery. I wielu szacownych nowoczesnych (ale czy oni są jeszcze współcześni?). Podoba mi się, jak kombinują Sommer, Siwczyk, Kopyt… Ale kogo tu ulubić – doprawdy nie wiem.

Czy zna pan poezję Justyny Bargielskiej a jeśli tak, to co pan o niej sądzi? [Mary Lou]

Znam, ale nie dość, aby cokolwiek sądzić. Znam też „Obsoletki” – i jestem w stanie docenić, choć ostrożnie i z daleka.

Czy tegoroczny laureat nagrody Kościelskich wg pana ma potencjał? [Mary Lou]

Nie wiem, nie czytałem.

Czy są młodzi polscy prozaicy, którzy jeszcze Pana inspirują, którym na przykład Pan zazdrości słuchu literackiego, zmysłu obserwacji, zaangażowania, umiejętności konstruowania świata przedstawionego? Czy raczej Pan, jako wyrafinowany smakosz, hamburgera z poczciwym cheddarem nie weźmie do ust? [An D]

Proszę nie przesadzać z tym smakoszostwem. Czytam dużo, nie tylko rzeczy wysmakowane, lubię hamburgery, lubię nawet to uczucie (podczas lektury) „jakby sypało mi się z kebaba na spodnie”. Poza tym polska proza bywa bardzo smakowita. Lubię czytać wielu, niektórych pasjami (takiego Rudnickiego), innych z atencją (Kruszyński). Nie zazdroszczę; doceniam & podziwiam. Ale pytanie miało, jak rozumiem, charakter generacyjny – szło o prozaików „młodych i polskich”… I tutaj znajduję coś dla siebie. Podziwiam wyczucie językowe Witkowskiego i Masłowskiej, światotwórczy rozmach Dukaja, perwersyjne kombinacje Karpowicza.

Czemu gnębicie młodych i kreatywnych twórców? [Anna Czyrska]

Bo są młodzi i kreatywni, my zaś chwiejemy się nad grobem i od dawna nie mamy nic do powiedzenia.

Prawda, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść? [Anna Czyrska]

Tak. Niepokonanym. I ustąpić pola zdolnej młodzieży. Życzę wielu publikacji i nagród. Łączę pozdrowienia i wyrazy współczucia.

Jak i czy – Michał Nawrocki wielkim pisarzem jest? [Kamila Niemczura]

Michał Nawrocki świetnym kolegą jest – z czasów studenckich i z Akademii Tarnowskiej. Jako pisarza znam go mało. Kiedyś, w latach 90. jeszcze, czytałem jego powieść, w maszynopisie, pod roboczym tytułem „Cień anioła”. Rzecz była przewrotnie pomyślana i brawurowo napisana. Potem czytałem już tylko jego rozprawy – o Leśmianie i o Grochowiaku… A poza tym nie wrobi mnie Pani w Bladaczkę!

Książka, powieść, czyja/jaka, do której powracasz i dlaczego? [maciej gierszewski]

Są powieści, do których powracam z urzędu (choć dobrowolnie) podczas zajęć uniwersyteckich. Są takie, z którymi obcuję dłuższy czas, pisząc o nich dłuższe teksty (a potem z ulgą porzucam). Zdarza mi się (z rzadka) zaglądnąć do ważnych dla mnie książek, takich, które mnie urobiły – „Ulisses”, „Watt” Becketta, Ionesco… Ale właśnie, pytasz o powieści czy o „książki”? Bo jeśli o książki, to owszem, wracam do wielu, do tych, które domagają się wielokrotnej lektury: Adorno, Agamben, Althusser, Arendt… itd., aż do Z (a nawet Ž – jak Žižek ;)

Nie myślisz wydać kolejnej książki z esejami? (podobnej do „Grawitacji”) [maciej gierszewski]

Myślę! Właśnie wydaję! Coś w tym stylu ukaże się za miesiąc, w dzień przesilenia wiosennego – jako „Kwiatki”; rzecz zaczyna się tam, gdzie skończyły się „Grawitacje”. Eseje to może nie są, raczej fragmenty, silva rerum, selva oscura… A nad esejami właściwymi – większymi i bardziej serio – właśnie siedzę.

—–

Szczególną uwagę Jerzego Franczaka zwróciły pytania:

– Wioletty Zielińskiej,
– Marcina Pery,
– Damiana Koryla

Otrzymają oni powieści  Nieludzka komedia i Da Capo, który ukazały się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Redakcja Niedoczytania.pl - Serwis niedoczytania.pl jest przekraczającym granice funkcjonujące w kulturze katalogiem kopii myśli i kopii kopii myśli, które od bycia w ciągłym ruchu utraciły cechę czytelności.

Podobne artykuły