займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

8 października 2011 23:17

niedoczytania: Latest post
grafa: Łukasz Libiszewski

Jestem aż tylko sobą… – wywiad z Hubertem Dobaczewskim

Dla wielu Hubert Dobaczewski, zwany Spiętym, to już postać kultowa, jeżeli chodzi o historię polskiej muzyki i kultury. Zasłynął jako wokalista, muzyk i tekściarz Lao Che, zespołu będącego fenomenem polskiej sceny rockowej i alternatywnej. Niespełna dwa lata temu płytą „Antyszanty” zadebiutował solowo w roli artysty wszechstronnego, w całości samodzielnie wykonującego własne utwory. Z Hubertem Dobaczewskim rozmawia Patrycja Badysiak.

Patrycja Badysiak: Teksty są bardzo mocną stroną zarówno Lao Che, jak i Pana solowych projektów. W jednym z utworów zadaje Pan pytanie: „Nie wiesz ty – czy wieszcz ja czy ciota? Melduję posłusznie – idiota.” Jak Pan sam się postrzega? Jako wieszcza XXI wieku, barda czy raczej czuje się Pan muzykiem?

Hubert Dobaczewski: Ten akurat fragment to jest puszczenie oka. Nie jestem gejem, nie jestem też wieszczem. Swoją twórczość też traktuję trochę z dystansem. To, co robię, staram się robić ambitnie, podnosić tematy niebłahe i wyrażać siebie, a nie kogoś innego. Nie chcę nikogo powielać. To są moje rzeczy i dlatego muszę się z nimi utożsamiać. Ale umówmy się – jestem „aż tylko” sobą, więc jest jakaś granica tego wypowiadania się. Angażuję się w to, natomiast powyżej tego już nie podskoczę.

Śpiewa Pan o „zbuchtowanych słowach”. Znajduje Pan jakieś trudności w tym słów układaniu czy może teksty powstają spontanicznie, jako uzupełnienie muzyki?

Chodzi o to, że słowa są wszędzie. Każdy wypowiada słowa, a gdy się je połączy w pewien ciąg, szyk, wtedy powstaje coś takiego, z czym się druga osoba może utożsamić. Może ją to też jakoś poruszyć czy zaciekawić. Sposób ułożenia słów wpływa na innych. Ta piosenka to taka parafraza bycia na jachcie, bycia na morzu. Buchtować liny to znaczy zwijać, porządkować.

Bawi Pana język pozbawiony znaczenia? Gry słowne oparte jedynie na brzmieniu? W Pana tekstach można zauważyć wiele zabiegów dźwiękonaśladowczych, aliteracji, abstrakcyjnych neologizmów, etc.

Generalnie lubię słowa i ich brzmienie. Trudno mi się na ten temat wypowiedzieć, bo nie mam odpowiedniego dystansu. Język jest dźwięczny, a ja lubię, jak coś jest muzykalne. Chodzi o śpiewanie i dobieranie słów. Wracając do pytania, „co jest najpierw: słowo czy muzyka?”, odpowiem, że u mnie najpierw jest muzyka. I dopiero gdy się wygłupiam, jakieś bzdury sobie śpiewam, to mi się układa pewna melodia słowa. Potem te słowa bardziej mi pasują.

Jest Pan zatem bardziej poetyzującym muzykiem niż muzykującym poetą?

Ja się każdego dnia czuję kimś innym. Dlatego wreszcie chciałbym poczuć się sobą. Wtedy nie będę sobie musiał zadawać pytań: „jak mnie ktoś odbiera?” i „po co to wszystko?”.

Śpiewa Pan także, że „tak wiele zostało już napisane”. Ma Pan wrażenie, że znajdujemy się w takim momencie historii, że jesteśmy skazani już tylko na powtarzanie? Boi się Pan powtarzalności w tekstach lub w muzyce?

Powtarzalności boję się w życiu. Boję się, żebym nie żył czyimś życiem i nie kopiował czyjejś postawy konformistycznie. Nie chciałbym popadać w skrajności ani iść za konwenansami. Z drugiej strony nie chcę być kontestatorem na każdym kroku w imię podważania wszystkiego. Chciałbym po prostu poczuć się z samym sobą dobrze i móc podążać jakby za swoją własną istotą. Wtedy to mnie samo gdzieś zaprowadzi. To jest moja wiara.

A co ze schematami istniejącymi w kulturze?

Nie kategoryzuję tego tak, że to, co ja robię, to jest element kultury. Po prostu staram się być sobą i to jest lwia część mojego życia.

Czyli ważny jest po prostu potencjał kreatywności, który ma się w sobie?

Dobrze to ujęłaś. Trzeba być kreatywnym. Jeśli ma się czas i ma się pewną formę – zarówno jeśli chodzi o warunki fizyczne, jak i talenty – trzeba to zagospodarować. Nie można spocząć na laurach. Jest to dla mnie spore wyzwanie, bo jestem taką osobą, która jest konsekwentna w niekonsekwencji. Mam takie wrażenie o sobie, że leżę odłogiem, a bardzo zależy mi na tym, aby iść naprzód – w takim sensie, żeby poznawać siebie i właściwie się do tego ustosunkować.

Bawi się Pan również rozmaitymi kliszami językowymi, tworząc paradoksy pojęciowe czy symboliczne, tak jak w zdaniu: „czemu nie noga zamiast oka i czemu dookoła oka ten trik z trójkąta?”.

Kultura daje dużo możliwości do przekomarzania się z nią. To pewien utarty standard. Czasami jak się te sztampy przełamie, to można sobie zdać sprawę z tego, że to jest tylko element kultury, a nie coś, co jest prawdą absolutną.

A propos prawdy… Pisze Pan: „prawda szła, buty zdarła, z karmą prawda szła – dotarła.” Co Pan rozumie przez pojęcie prawdy i czym jest owa karma?

Wierzę, że jak się poruszam po świecie, to zostawiam ślad. Wszystko funkcjonuje na zasadzie matematycznych znaków. Jest plus i minus. Gdy ruch, który wykonuję, okazuje się negatywny, wiem, że poniosę tego konsekwencje. Nie wiem, czy teraz, czy w następnym wcieleniu. Nie wiem, czy będę miał następne wcielenie, ale czuję, że wszystko, co robię, ma swoje skutki. Ja to czuję i wiem. Ale żeby do tego dojść, musiałem przebyć pewną drogę, doświadczyć mnóstwa rzeczy. Tak jak każdy. Nad paroma rzeczami przystanąłem, żeby się zastanowić i stwierdziłem, że ta karma istnieje. A zatem prawda do mnie szła, buty zdarła – bo droga była daleka. Ale szła… I dotarła.

Na Pana solowej płycie kilka utworów wydaje się wskazywać na to, że jest Pan dość zdystansowany wobec problemu śmierci oraz przemijania. Czy rzeczywiście „na przemijanie chłop takowy gwizda”?

Mam często takie wrażenie, że to są takie moje pobożne życzenia. Że to, co ja piszę w tekstach, to są pewne wyobrażenia i tęsknota za taką postawą. Nie jestem na tyle dojrzały, by być pogodzonym z tym, że przemijanie jest i nie ma innego wyjścia. Głupie jest to, że człowiek próbuje temu zaprzeczyć. Głoszę te prawdy, ale to nie znaczy, że całym sobą je potwierdzam. Moje bycie tutaj, funkcjonowanie i sposób na życie nie potwierdzają tego do końca, więc to są raczej takie marzenia.

W „Łodzi wariatów” zdaje się Pan sugerować, że cały świat pogrążony jest w szaleństwie. To jest marzenie czy przypuszczenie?

Kiedyś miałem taką tezę. Myślałem sobie, że większość ludzi jest szalona. Że jest taki element psychiki – bo to kwestia trików psychicznych – który u każdej jednostki w sytuacji stresowej czy wyjątkowej ujawnia tę część jej natury, która jest absolutnie szalona. Ale nie wiem, czy to jest prawda, to jest tylko założenie. Faktycznie kiedyś zastanawiałem się nad moim szaleństwem i nad szaleństwem ludzi, których znam. Znam przekrój ich zachowań w różnych sytuacjach, ekstremalnych. Rozmyślając o szaleństwie, opierałem się właśnie na tych moich prywatnych obserwacjach. Ale nie jestem niczego pewien. Rzucam sobie słowa, zdania i czasami myślę o tym, jakie treści przekazuję. A wracając do marzeń, to moim marzeniem jest, by do tych marzeń kiedyś dorosnąć. Po prostu poczuć, że wiem. Bo nic nie wiem.

Na płycie „Gusła” odwołuje się Pan do wielu tradycji kulturowo-literackich, głównie do średniowiecza i romantyzmu, ale także pisarzy dwudziestowiecznych. Te wszystkie odniesienia są wynikiem Pana własnych zainteresowań czy raczej poszukiwania inspiracji?

Bardziej poszukiwania inspiracji. Było tak w istocie, że pamiętałem trochę ze szkoły podstawowej i średniej. To odcisnęło na mnie znak, który był łatwy do przywołania. Musiałem przypomnieć sobie mnóstwo rzeczy, dlatego szperałem, i w zasadzie to wszystko jakby na nowo odkrywałem. Miałem za tym jakąś tęsknotę i miałem wspomnienia tego, co wywarło na mnie kiedyś wrażenie, co na mnie działało.

Teksty z tego albumu zaskakują zupełnie obcym, prasłowiańskim brzmieniem słów. Język przodków okazał się fascynujący?

No tak, tak. To był pewien eksperyment, można było używać sobie takich słów, zrobić sobie słowniczek i za pomocą tego słowniczka wyrazić się w obyczajowych historiach. Wtedy rodzi się jakaś nowa wartość. Język powstały na płycie „Gusła” to nie jest język poprawny. Pochodzi z różnych przedziałów czasowych. Wszystko tam jest bardzo kombinowane, ale bardziej chodziło mi o oddanie atmosfery i o rzeczy, które są po prostu inne. To nie jest kulturoznawcze.

Czy kiedykolwiek myślał pan o wydaniu jakiegoś tekstu pozamuzycznego?

Napisałem jeden tekst dla Kapeli Ze Wsi Warszawa. Nie wiem, czy oni to wykorzystają, na razie jest to wiersz bez muzyki. Czy coś jeszcze mi się zdarzyło? Chyba niewiele. Było parę tekstów, które się nie odnalazły z muzyką, ale to dlatego, że były słabe, i odpadły. Nie czuję się specjalnie literatem czy poetą.

A jednak wykazuje się Pan niesamowitą swobodą literacką, umiejętnością tworzenia nieoczywistych spięć między słowami. To ludzi oczarowuje.

Nie mam takiej potrzeby albo nie mam też konsekwencji. Fajnie byłoby wydać jakiś tomik czy przede wszystkim napisać i skończyć jakieś dzieło. Ale śpiewam w zespole, co mi się bardzo podoba. Lubię aktorską stronę wykonywania tekstów – i swoich, i innych. Nie zależy mi koniecznie na tym jednym wektorze pracy, żeby coś wydać. Na razie nie mam takiej potrzeby.

Jak się Pan ustosunkowuje do licznych analiz i interpretacji Pana tekstów, których podjęli się fani Lao Che, głównie na forum zespołu?

Specjalnie tego nie śledzę, więc nie wiem. Czy się zastanawiałam nad tym, jak ktoś się nad tym zastanawia? Trudno mi to określić. Za dużo kłębi mi się w głowie własnych myśli. Oczywiście zastanawiam się, jaki jest feedback, jak ludzie moją twórczość postrzegają, ale szczególnie za tym nie podążam.

Jest pan jednak popularny.

Jestem popularny?

Owszem. Świadomie lub nie wpływa Pan na życie wielu osób.

Patrzę na to przez pryzmat swojej osoby. Fajnie jest, gdy spotka się kogoś z dziedziny kultury. Gdy cię pochłonie muzyka albo tekst i człowiek się z tym utożsami, poczuje to. Może to o to chodzi? Może ludzie potrzebują prawdy, którą ktoś sobą wyraża – gdy wychodzi, śpiewa piosenkę czy recytuje wiersz albo jest aktorem na scenie. A nawet na co dzień, nie będąc artystą, ale w sposób indywidualny, swój, prawdziwy, niepodległy. To daje im impuls do myślenia, że każdy jest inny. Ja generalnie czuję Boga w tym wszystkim. Takie mam o tym wyobrażenie, że każdy ma jakąś misję, ma swoją istotę i swoje przemyślenia. Nawet skończony głupiec ma swoją prawdę o sobie i warto czasem tego też posłuchać. Nigdy nie wiadomo, co nas może zaskoczyć, więc uwaga na drugiego jest ważna. Scena dla mnie jest jednak takim miejscem, które budzi ogromne emocje. To jest bardzo mocna rzecz, ekstremalna i tam ze mną też dzieje się coś, co mi daje później jakiś efekt. Cieszę się, że mogę mówić do ludzi. Wtedy czuję jakieś wzruszenie i energię. Trudno to zmierzyć czy opisać. To są rzeczy, które się czuje.

Patrycja Badysiak -

Podobne artykuły