займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

1 marca 2011 20:59

niedoczytania: Latest post

Jadę po bandzie – wywiad z Dawidem Kainem wokół książki „Gęba w niebie”

Dawid Kain – prozaik. Urodzony w Kolonii (Niemcy), obecnie mieszka w Krakowie. Absolwent prawa na UJ i podyplomowego edytorstwa na UP. Autor m.in. powieści „prawy, lewy, złamany” (2007) oraz „Gęba w niebie” (2010), a także zbioru opowiadań „Makabreski” (2010).

„Świat wyszedł z formy: I mnie to trzeba wracać go do normy!” – słowa Williama Shakespeare?a wybrałeś za motto najnowszej książki, w której opisujesz rzeczywistość przewartościowaną, destrukcyjną i apokaliptyczną. Prezentujesz świat na opak, dowodem jest choćby tytułowe przestawienie powiedzenia „niebo w gębie”. Reformowanie i oswajanie rzeczywistości polega właśnie na odwróceniu i przerysowaniu?

Moje widzenie rzeczywistości jest na tyle specyficzne, że wyjątkowo łatwo dostrzegam różne absurdy i groteskowy potencjał wielu zdarzeń, z pozoru nawet mało śmiesznych czy wręcz budzących grozę.

Przy pisaniu Gęby w niebie miałem pomysł na doprowadzenie do ostateczności kilku obecnych trendów, związanych na przykład z nadużywaniem przez ludzi farmaceutyków, korzystaniem z operacji plastycznych i – przede wszystkim – dawaniem się nabierać na różne akcje marketingowe i medialne. Dzięki takiemu podkręceniu pewnych niebezpiecznych tendencji do ekstremum mogłem pociągnąć dość niewiarygodną fabułę o karierze proroka z nizin społecznych. Ale o ile wierzę, że tylko w takiej formie przedstawiona przeze mnie rzeczywistość jest „do przełknięcia”, to jestem świadomy, że niczego w ten sposób nie da się zreformować. Co najwyżej można wywołać chwilowy śmiech u osób przytłoczonych tym, co się wokół nich dzieje.

Ukazujesz „rozbitych Ikarów” – ludzi, którzy są na skraju zniszczenia poprzez nadmiar produktów i nowoczesnych zabiegów. Gęba w niebie to satyra na współczesny konsumpcjonizm. Zastosowana groteska jest realizacją odwiecznej zasady „uczyć poprzez śmiech”?

Konsumpcjonizm w Polsce nie osiągnął chyba jeszcze skrajnych form, ale wydawał mi się dobrym tłem dla historii o człowieku, który z wysypiska śmieci trafia na salony. Musiałem parę rzeczy zradykalizować, żeby uwielbienie dla „proroka ze śmietnisk” przypominało to, z jakim stykają się gwiazdy muzyki czy filmu.

Nie sądzę, bym miał jakieś zapędy moralizatorskie, pisząc tę prozę, ale jeśli czytelnik po lekturze nad pewnymi sprawami głębiej się zastanowi, będzie lepiej niż dobrze.

Ponadto pojawiają się elementy gawędy: „Wszystko stopniowo będziemy wyjaśniać, więc ani mi się ważcie odchodzić od tych kartek” czy „Co jednak powiedzieliśmy ileś tam stron temu? Nie pamiętacie? O matko! Więc uwaga, cytuję z pamięci (…)”.  Czy konwencja nakierowywania czytelnika jest analogiczną formą do oprowadzania Filipa przez „ziemskie piekło” przez proroka Marka na styl Boskiej Komedii?

W Gębie w niebie narrator jest wyjątkowo dziwaczny, bo np. tak samo zwraca się do bohaterów, jak do czytelników, choć często można odnieść wrażenie, że gada wyłącznie sam do siebie, że to schizofrenik. Jest też wiecznie rozkojarzony i bardzo leniwy, o wielu rzeczach nie ma pojęcia i mówi wtedy, że nie chce mu się tego sprawdzać w Googlach, albo że zapomniał ubrać okularów, więc szczegóły pozostaną niewyraźne.

Te zacytowane przez Ciebie zdania dla mnie brzmiały trochę jak powtarzane w telewizji „a teraz przerwa na reklamę, ale proszę nie zmieniać programu”. Ten rozdział się kończy, ale za moment będzie następny, jeszcze  lepszy, więc czytajcie…

Drugi cytat związany jest też z tym, że w czasie pisania książki miałem parę tygodni przerwy i wracając do pracy, zapominałem czasem, co wcześniej napisałem. Postanowiłem to „udokumentować”. Ale z drugiej strony faktycznie w tamtym okresie byłem po Boskiej Komedii, więc na pewno odbiło się to na tekście i występującym w nim motywie oprowadzania bohatera – i czytelników – po miejscach co najmniej dziwnych, podejrzanych.

Odpowiednikiem dantejskiego piekła jest wysypisko, w znaczeniu dosłownym – jako zbiór wszystkich rzeczy określonych mianem vanitas vanitatum i przenośnym – jako miejsce, od którego wszystko się zaczyna, to na śmietnisku poznajemy Marka Danielewskiego, który rozgłasza nową wiarę. Skąd pomysł, aby uczynić wysypisko miejscem  o niemal znaczeniu genezyjskim?

Wysypisko jest w tej powieści ważne z kilku powodów. Marek, czyli prorok z nizin społecznych, tam wygłasza swoje pierwsze kazania, a później jego kariera nabiera rozpędu i te „kazania dla biedaków” zmieniają się w „eventy na krakowskich Błoniach” i wielki stadionowy show dla tysięcy ludzi. Czyli droga „od zera do bohatera”, a raczej jej parodia.

Marek mówi także – niezbyt odkrywczo – że współczesność jest wysypiskiem śmieci. Ale w końcu ujawnia: „ja też miałem nabitą tym głowę, tymi bezwartościowymi rzeczami, które odgradzają nas od Prawdy. Musiałem to z siebie wysypać, na tamtym placu, wszystko.” Śmieci są więc tym, co miał w głowie Marek Danielewski, zanim udało mu się zmienić w proroka, porzucić człowieczeństwo… Wcześniej pojawia się też zdanie „wdepnąć we własną podświadomość jak w wysypisko”.

Kiedyś przeczytałem gdzieś opinię, że literatura popularna to śmietnisko, ale można na nim znaleźć prawdziwe skarby. Dotyczyło to chyba nawet książek Philipa K. Dicka, o ile dobrze pamiętam. To porównanie wydało mi się na tyle nośne, by stać się punktem wyjścia dla całej powieści. Jak można znaleźć skarby, to można i proroków. W końcu twórczość wspomnianego Dicka okazała się prorocza, chociaż wielu widziało ją tylko jako cześć „śmietnika literatury fantastycznej”.

„Chyba najlepiej położyć się tu, na środku chodnika, w samym epicentrum tej burej paranoi, żeby przechodnie, potykając się o niego, wreszcie powybijali sobie te wszystkie powybielane zęby, lśniące jak prywatne neony reklamowe. Ale szkoda eleganckich spodni i nowej marynarki, żal włosów ułożonych za dwieście zeta z hakiem” – kultura konsumpcjonizmu i udoskonalania własnego ciała stała się nową wiarą. Człowiek w płynnej nowoczesności, zgodnie z teorią Zygmunta Baumana, skazany jest na wieczne nienasycenie – to, co dziś jest pożądane, jutro trafia na śmietnik – zastępowane jest nowym pragnieniem. „Religie w starym rozumieniu tego słowa właściwie przestały istnieć. Samo przywiązanie do czegoś niewiele znaczy” – w co zatem wierzyć w świecie zdestabilizowanym? W czym szukać oparcia i spokoju?

Nie wiadomo, w czym szukać oparcia, bo każdy je znajdzie w czymś innym albo nie znajdzie wcale.

Chyba każdy człowiek ma jakieś obsesje, ale niektóre są całkowicie destruktywne, a inne potrafią ludzi ocalać przed światem. Z tych wskazanych w mojej książce właściwie wszystkie przynoszą negatywne skutki. Uzależnienie od leków czy operacji plastycznych to jest jeden z tych rodzajów głodu, który nigdy nie będzie zaspokojony, bo staje się coraz silniejszy: słyszałem nieraz o ludziach, którzy łykają sto piguł dziennie, żeby w ogóle utrzymać się na nogach, widziałem monstra po kilkudziesięciu operacjach, które wciąż czują, że są o krok od doskonałości.

Jeden z bohaterów książki, Jan Ziemiański, ma obsesję na punkcie kobiecych dłoni, śnią mu się po nocach. Dla niego zdanie „weź się w garść” brzmi strasznie podniecająco. Jest też uzależniony od pisania swojej grafomańskiej powieści Panierowane udka Kleopatry, mówiącej o walce dobra ze złem. I pewnie gdyby tyle nie ćpał, jakoś by sobie poradził nawet w świecie tak destabilizowanym jak ten z Gęby w niebie. Przecież dzięki pomysłowi wyprodukowania plastikowych Jezusków i reszty ferajny, jest finansowo ustawiony na całe życie…

Jak widać wyżej niezłą obroną przed rozmaitymi szaleństwami są dystans i ironia, ale przecież w wielu sytuacjach to nie wystarczy. Wtedy niewiadomo. Ja czytam Ciorana i Becketta, co innych pewnie by zdołowało.

Ostatnia scena przypomina zakończenie Nie-Boskiej Komedii Krasińskiego: „Tymczasem miasto za oknami, z godziny na godzinę zmieniało się w żywioł bez nazwy, czarny i niezrozumiały. Kamiński mylił się jednak. Bóg nie odszedł. On wracał”. Podobnie pojawia się „popularny Bóg” w mrocznej scenerii – jaką rolę Ty mu przypisujesz? To również nadejście Apokalipsy i Sądu Ostatecznego?

U mnie „bóg” jest o tyle „inny”, że nie jest w żadnym stopniu antropomorficzny. Zdanie „Bóg wraca” brzmi tutaj jak „tsunami się zbliża”. Bo ten „bóg” jest czymś w rodzaju Apokalipsy bez sądu. To jakby proces, który wszystko zmienia, jakiś żywioł poza ludzkimi wartościowaniami czy kategoriami. Ale jego pojawienie się nie jest końcem świata, tylko przemianą. Bo jest to zarazem coś, co wyszło z podświadomości proroka Marka Danielewskiego, gdy jego wewnętrzny świat stawał się światem obiektywnie istniejącym dla reszty bohaterów powieści.

To trochę podobne do żywego oceanu z Solaris Lema czy żywej „dziury w podłodze” z powieści Zero Kathe Koi, a trochę do czarnej substancji z mojego starego opowiadania Czarne (w prasie publikowanego jako Czerń), gdzie coś w rodzaju smoły żywiło się rzeczywistością. Takie groteskowe przeciwieństwo schludnego boga największych religii, czyli mężczyzny z dorobioną przez wiernych „gębą” sprawiedliwego mędrca, sędziego itp.

Kliknij, by powiększyć
fot. archiwum autora

Pozostając jeszcze przy wierze – ostatnio modnym staje się zagadnienie popreligii, by przywołać Janusza Hrystusa Jasia Kapeli czy Jezusa na prezydenta Zbigniewa Masternaka – u Ciebie również nie brakuje popkulturowego potraktowania religii: „Jezus. Posiniaczony i z koroną cierniową. Albo z innej beczki: Jezus na osiołku – szarpnij osiołka za ogon, a stanie dęba, atakując wszystkich wrogów Boga. Albo dzieciątko Jezusek w żłobie, miniaturowy odpowiednik Baby Born, żłopiący wodę z butelki, a potem sikający tą wodą – już święconą – ze specjalnego otworu między nóżkami” czy „Marek Danielewski niemal z tygodnia na tydzień stał się niesłychanie modny. Jego nazwisko wpisywano już w polskich wyszukiwarkach niemal tak często jak słowo „seks”, które królowało od początku istnienia sieci. Bulwarówki publikowały jego zdjęcia (często z cudnej urody modelkami albo aktorkami doklejonymi w photoshopie), oskarżając go o nadużywanie narkotyków i nieustanne imprezowanie”.  Czemu służy wprowadzony wątek „ekstraserii chrześcijańskich megazabawek” oraz motyw wypromowania proroka-celebryty?

To miało rozszerzyć występujący w książce konsumpcjonizm na pole wiary, co zresztą w dużym stopniu ma miejsce właśnie teraz. W USA telewizyjni kaznodzieje są wielkimi, bogatymi gwiazdami, a miliony płyt sprzedają przedstawiciele muzycznego nurtu znanego jako „chrześcijański rock”. Pomyślałem: no dobra, skoro taką kasę robicie na religii, to w następnym kroku przerobicie Jezusa na kogoś w rodzaju bohaterów komiksowych. Pierwszy raz wspominałem o tym parę lat temu w opowiadaniu Plastikowy J3ZU5. Jakiś rok po jego napisaniu dowiedziałem się, że w Stanach poszła do produkcji seria zabawek – właśnie plastikowych Jezusów, i będzie w supermarketach obok Spidermana, Batmana i Supermana.

Jeśli z kolei chodzi o motyw proroka-celebryty, to wydaje mi się nieuniknione, że gdyby obecnie pojawił się jakiś nowy prorok, nowy cudotwórca, media momentalnie by go zawłaszczyły. I mogłoby nawet dojść do groteskowej sytuacji, że napisałyby o tym z jednej strony magazyny plotkarskie, a z drugiej pojawiłyby się naukowe i paranaukowe analizy zjawiska. Obrodziłoby też w jak zwykle przenikliwe i wstrząsające komentarze internautów.

O konsumpcjonizmie nie tylko się czyta, ale i jego atmosferę się odczuwa – Gęba w niebie to lawina przedmiotów: pismo „Twoja Łechtaczka”, Hugo Boss, ołówek Eschera, firma Max Factor, piguły Asertix Max, Nokia, leki Śmiałex, tabletki Tripper 101 wizualizujące muzykę, drink energetyczny Mega Miazga i wiele innych. Przerysowany obraz „krainy medykamentami i mlekiem płynącej” obrazuje jeszcze-człowieka czy już-ludzki-produkt?

Odkąd – jak zauważył Miłosz i kilku przed nim – zniknęła metafizyczna „druga przestrzeń” ludzie momentalnie spłaszczyli się do własnych ciał i przedmiotów, które posiadają, jakby tracąc trzeci wymiar. W Gębie… posunąłem to do ekstremum, ale potem przywróciłem jednak metafizykę – w karykaturalnej wersji – żeby nie imitować takich książek jak American Psycho, do czego w pewnym momencie zmierzałem.

W opisanym u mnie świecie ludzie są już całkowicie automatami. Ten powiększy sobie operacyjnie członka, żeby rozkręcić „karierę łóżkową”, ta kupi pismo „Twoja Łechtaczka”, żeby wybrać, o czym będzie marzyć, i dowiedzieć się, w jakiej pozycji modny jest seks w tym miesiącu, ten z kolei łyknie piguły zwiększające asertywność, bo ma ważne spotkanie biznesowe. Wszystko tutaj da się łatwo kontrolować: ciało przez operacje, świadomość przez leki, nawet emocje innych ludzi względem nas (pomysł telefonicznych pocieszajek udających troskę za pieniądze).

Moi bohaterowie z początku nie wydają się ludzcy, bo są właśnie takimi – jak wspomniałaś – produktami. Ale pod tymi „gębami”, jakie narzuciło im społeczeństwo, później czytelnik odkrywa nagle jakiś miękki rdzeń, jakieś resztki człowieczeństwa, które próbują się przebić na zewnątrz.

Stąd w ogóle wziął się pomysł na węgiel, który w tekście jest czymś żywym, obcym, co wkradło się do martwego, zastygłego świata.

Historia dokładnie osadzona jest w 2010 roku w Polsce, ocenionej słowami: „Wszystko chciał, gówno mógł. Tak bywa, gdy wdepniesz w Polskę” – jak należy rozumieć przywołane stwierdzenie? Czy w Polsce 2010 roku rzeczywiście mamy do czynienia z tak wysokim konsumpcjonizmem i banalizowaniem religii?

Pisałem to w roku 2008 i wtedy jeszcze nie myślałem, że krzyż za dwa lata stanie się najbardziej wyśmianym i skompromitowanym symbolem w kraju. W ogóle mi się wydawało, że bardziej absurdalna historia od tej mojej nigdy się nie wydarzy. Rzeczywistość okazała się nawet lepsza, bardziej dwubiegunowa, jak powiedzieliby psychiatrzy.

Przytoczone zdanie „Wszystko chciał, gówno mógł…” to oczywiście parodia powszechnego przekonania, że w Polsce nikt niczego nie osiągnie, że trzeba się pakować i spieprzać na zachód, bo tutaj tylko zabory i obozy zagłady, i w ogóle lepiej by było, jakby wasza matka zdecydowała się na aborcję, ale nawet tego nie można, bo biskupi rządzą.

Z kolei jeśli idzie o konsumpcjonizm, to u mnie nie jest on aż tak pierwszoplanowy jak był na przykład u Sławomira Shutego. W ogóle miałem wrażenie, że aż tak źle nie jest, że takich skrajności się codziennie nie spotyka. Ale raz widziałem w supermarkecie, jak ludzie walczyli zaciekle o przecenione banany, co po raz kolejny kazało mi przyznać rację raczej Darwinowi niż Stwórcy.

W Gębie w niebie pojawiają się również motywy poboczne, jak na przykład kwestia marketingu wydawania książek: „Tytuł rozdziału nie mówi nic, co tu się będzie wyprawiło, gdyż moim skromnym zdaniem tytuły są mało warte i powinny zostać zakazane, każda książka powinna się nazywać „Książka”, każdy film „Film” i tak dalej, żadnych marketingów wtedy, promocji jebanych, robienia dobrze małpom za dziesięć groszy od egzemplarza, autor nazywa się autor i nie ma twarzy ani genitaliów, jest przezroczysty, bez osobowości, nie ma nic do sprzedania, nic, co by was przelotnie zainteresowało, składa się tylko z przerwy między wargami, z której wypełzają historie, i zrośniętych z klawiaturą placów, co te historie w litery zaklinają, kropka” – jak wygląda/może/ będzie wyglądać pozycja literatury w świecie stabloidyzowanym?

Wyglądać pewnie będzie podobnie jak obecnie, tylko… bardziej. Będzie coraz więcej książek „celebrytów” i coraz więcej wyrobów książkopodobnych. Po każdym kolejnym Zmierzchu czy Kodzie Leonarda będą się pojawiać tysiące kserówek, pisanych chyba przez jakieś zaprogramowane do tego boty. Średnia krajowa czytania pół książki rocznie skurczy się jeszcze i trzeba będzie operować promilami – i mówię to jak najbardziej dwuznacznie.

Ale nie wątpię, że na takim wysypisku dalej będą jakoś funkcjonować nieliczni prorocy, przypominający coraz bardziej szaleńców. Coś jak z Markiem Danielewskim i jego węglem w Gębie w niebie.

Powtarzalnym motywem w literaturze jest autoprezentacja samego twórcy: „Po erotycznej sesji rozmawiali sobie na różne tematy, bo dziewczyna była w pytę oczytana, znała Becketta, Dicka, Borgesa i Dawida Kaina, całą klasykę miała w małym palcu” czy „Żeby czytać taki szajs, to jedna trzeba mieć pod sufitem krzywo. Jakieś potwory, jakie flaki, jakieś „prawy lewy złamany”, kolo z wiertarką szuka Świętego Graala w oku rodzonej matki…”. Zgadzasz się ze stwierdzeniem, że żartobliwe mówienie o własnej twórczości jest formą skrytykowania siebie, zanim uczynią to inni?

Może faktycznie to tak wygląda, jakby sam bił się po gębie w nadziei, że wtedy czytelnicy i recenzenci mnie oszczędzą, ale jak już piszę taki tekst, w którym śmieję się ze wszystkiego i jadę po bandzie kilka… no, kilkanaście razy za nią wypadając, to nie było szans, żebym sobie od czasu do czasu nie dowalił. I to nawet nie jest jakaś kokieteria w stosunku do odbiorcy, po prostu dla mnie nie ma ironii bez autoironii i agresji bez autoagresji.

Nie-Boska Komedia Krasińskiego, Mistrz i Małgorzata Bułhakowa, Powieści nieboszczyka Pantofla Sztyrmera… Do jakich tytułów jeszcze można odnaleźć aluzje?

Powiem szczerze, że wszystkich nie byłbym w stanie wymienić, praktycznie na każdej stronie jest kilka nawiązań czy cytatów.

Z pamięci mogę wskazać: Gombrowicza, Dantego, Mitologię (a szczególnie mit prometejski, czy motyw labiryntu), Biblię… Zero Kathe Koi, Solaris Lema… Stephena Kinga, Philipa Dicka, Kurta Vonneguta… Masłowską, Wojaczka. Ale jest tego o wiele więcej: książek, filmów, seriali, piosenek.

Jak należy odebrać Gębę w niebie – satyrycznie czy poważnie? Dosłownie czy metaforycznie? Chciałeś rozbawić czy zaangażować?

Dla mnie powaga tematu nie musi się kłócić z żartobliwym ujęciem. Bardzo lubię Rzeźnię nr 5, gdzie przecież jest śmiesznie, chociaż poruszane kwestie należą do tych najistotniejszych, najgłębszych. Podobnie jest w opowiadaniach Kereta. Ale uwielbiam też czysty surrealizm, np. Nagi Lunch i przy nim śmiałem się najbardziej, co można uznać za jakąś patologię… W każdym razie wszystko zależy od odbiorcy, czy uzna to tylko za żart i kpinę, czy dostrzeże coś jeszcze innego.

A jeśli idzie o to, czy czytać dosłownie czy metaforycznie, to odpowiedź brzmi podobnie: jak kto woli. W trakcie pracy nad Gębą w niebie musiałem przeczytać całość wielokrotnie, i tak jak na początku sądziłem, że to jest wyłącznie jakieś dziwaczne wykpienie mitu prometejskiego, czy parodia pism gnostyckich, tak przy ósmym czytaniu dałem się przekonać, że jednak całkiem serio opisałem wymarzoną drogę każdego artysty: od niszowego pokrzykiwania do wąskiej grupki fanów na jakimś zadupiu, jakimś wysypisku śmieci, do momentu, w którym może zmieniać świat na własną modłę, a jego pomysły nagle stają się rzeczywistością.

Dzięki za rozmowę. Pozdrawiam czytelników Niedoczytania!

Urszula Pawlicka - (ur. 1987 r.) Studentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie na kierunkach dziennikarstwo i komunikacja społeczna oraz filologia polska. Publikowała w "Portrecie", "artPapierze", "Pograniczach" i "Perspektywach Kulturoznawczych". Fascynuje się związkiem pomiędzy literaturą, a mediami elektronicznymi (szczególnie wpływem nowych mediów). Interesuje się również zagadnieniem hiperrealności i popliteratury.

Podobne artykuły