займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

23 maja 2011 0:02

niedoczytania: Latest post
grafa: Łukasz Libiszewski

Grafomania: Paweł Kaczmarski – odc. 17

Paweł Kaczmarski odpowiada na sześć pytań Macieja Topolskiego. Zapraszamy do lektury.

1. Milan Kundera w Księdze śmiechu i zapomnienia podał ciekawe rozróżnienie dotyczące grafomanii: „Kobieta, która pisze do swego kochanka cztery listy w ciągu dnia, nie jest grafomanką, lecz zakochaną kobietą. Ale mój przyjaciel, który sporządza fotokopie swej miłosnej korespondencji, żeby kiedyś móc ją opublikować, jest grafomanem”. Grafomania w powieści Kundery przybiera (powszechną) formę pragnienia pisania książki, a więc również posiadania publiczności. Czeski prozaik i eseista dodaje jednak: „Pod tym względem namiętność taksówkarza i Goethego jest identyczna. To, co odróżnia Goethego od taksówkarza, nie jest inną namiętnością, lecz tylko innym skutkiem tej namiętności”. W jego wydaniu grafomania jest masową epidemią związaną z rozwojem społeczeństwa, tj.: 1. z wysokim stopniem upowszechnienia dobrobytu, który umożliwia ludziom zajmowanie się czynnościami bezużytecznymi; 2. z równie wysokim stopniem atomizacji życia społecznego i wynikającym z tego powszechnym osamotnieniem jednostek; 3. z radykalnym brakiem wielkich przemian społecznych w życiu narodu. Zgadza się to z opinią, która mówi, że istnieją różne, związane z rozwojem literatury formy grafomanii, a nie jedna, „ponadczasowa”. Czy możemy powiedzieć za autorem Niewiedzy, że to właśnie powszechna samotność „wywołuje grafomanię, ale jednocześnie powszechna grafomania utwierdza i powiększa ogólną samotność”, natomiast pisanie uzyskuje odwrotny sens (przykładem grafomana a rebours jest Paweł Dunin-Wąsowicz): „każdy jest otoczony swymi literami jak ścianą z luster, przez którą nie dochodzi żaden głos z zewnątrz”?

Zapewne możemy. Przyznam jednak, że mam pewien problem z mówieniem o „przyczynach grafomanii”; nie dlatego, że te wydają mi się zbyt mgliste lub zbyt liczne, raczej dlatego, że sama grafomania jest dla mnie pojęciem zbyt niedookreślonym i – przede wszystkim – zmiennym, elastycznym. W różnych językach, w różnych nurtach i okresach, w obrębie różnych poetyk teksty (powiedzmy: wiersze) jesteśmy skłonni nazwać „grafomańskimi” ze względu na różne ich cechy.

Czy „samotność” wywołuje grafomanię? Pewnie tak (to zresztą rozważania na poziomie dość abstrakcyjnym), ale mówimy tu nie o „grafomanii w ogóle”, a o jednym z jej rodzajów, który właśnie przez ową „samotność” się definiuje. Podam może przykład: mam wrażenie, że każdy znany mi polski przekład z Whitmana jest nieco grafomański; tak jakby współczesna polska poezja była wyczulona na pewne cechy twórczości tego genialnego skądinąd poety (może specyficzny rodzaj egzaltacji połączony z „mocnym” rozumieniem jednostki? trudno powiedzieć tak z biegu). Ale ta „grafomania” jest czymś zupełnie innym niż, powiedzmy, jawna, nudna i kiczowata grafomania Adama Zagajewskiego. To zresztą ciekawa rzecz: jesteśmy skłonni nazwać grafomanami wielu twórców, ale czasem, w wyjątkowo kontrastowych zestawieniach, następuje coś w rodzaju „wymazania grafomanii”: poeta A pisze źle i bylibyśmy skłonni nazwać go grafomanem, ale już nie w sąsiedztwie poety B, który pisze znacznie gorzej. Ot, płynny i kapryśny termin.

Drugi wątek Twojego pytania wydaje się dotyczyć zależności między grafomanią a pozycją tekstu na umownej osi „prywatne-publiczne” – innymi słowy, czy grafomani mają szczególne „parcie na druk” i czy jest to charakterystyczna cecha ich twórczości. Zapewne tak; wszak to jedna z definicji grafomanii. Zdaje się jednak, że dotykasz tu znacznie szerszego zagadnienia, potrzeby pisania w ogóle… Co do prywatnej korespondencji, nigdy nie nazwałbym jej „grafomanią” z prostego powodu – nie wiem, jaką funkcję miałoby spełnić to określenie.

Może od razu krótkie wyjaśnienie: wiadomo, że pierwotne i podstawowe rozumienie „grafomanii” wiąże się z patologicznym przymusem pisania (publikacji), z pisarskim natręctwem. Jednak przyjęcie takiej definicji powoduje, że rozważania – nazwijmy to – krytycznoliterackie zostają od razu przeniesione na grunt socjologii literatury czy psychologizującej refleksji. Dlatego staram się odnieść do innego rozumienia grafomanii –  bardziej intuicyjnego, ale chyba zarazem powszechniejszego – właśnie jako jednego z najpoważniejszych czytelniczych zarzutów  („to nie powinno się ukazać”, a więc „nie warto tego czytać”).

2. Jak dzisiaj przedstawiałaby się grafomania? Jak ją rozpoznać – „gołym okiem”? Czy możliwe jest opisanie współczesnej grafomanii? Czy wraz z przesunięciem się zjawiska grafomanii w stronę centrum kultury współczesnej, pojawieniem się internetu i powrotem do, jak pisał Stanisław Barańczak we wstępie do Książek najgorszych, „tradycyjnej grafomanii wolnorynkowej” wyodrębnienie dzieł tego typu stanie się problematyczne i/lub będzie pozbawione sensu „z braku sankcji i racji, przesłanek i fundamentu”?

„Współczesna grafomania” to znów pojęcie szalenie szerokie. Mamy mówić o bestsellerach z listy Top10 Empiku? Czy o wyjątkowo złych tomikach poetów, które czytaliśmy w ubiegłym roku? Chętnie napisałbym o tych drugich, ale – patrz wyżej – jakoś byłoby mi jednak nieswojo, że właśnie te książki podaję jako przykład… Pytanie o wolny rynek to znów jakby trochę inny temat: czy sprzyja publikowaniu grafomanii? Jestem przekonany, że tak; co więcej, to zjawisko zdaje mi się nawet na polskim gruncie nieźle opisane i przyswojone – a do tego komplementarne wobec innych, równie poważnych problemów sektora wydawniczego.

A jednak fakt, że nie da się wyodrębnić „grafomanii w ogóle” nie znaczy, że nie możemy posługiwać się taką etykietą. Wydaje się ona po prostu przydatna; zwięzła i jednocześnie posiadająca jakąś autonomiczną moc: „grafoman”, czyli ten, którego nie warto w ogóle czytać. To kolejny powód, żeby mówić o grafomanii w kontekście konkretnej płaszczyzny życia literackiego; krytyk, który używa określenia „grafomania”, kwestionuje wszelkie uzasadnienia dla lektury danego tekstu, niejako odbiera pisarzowi prawo do bycia czytanym. Oczywiście, taki zarzut jest bardzo poważny i ryzykowny (można go zresztą łagodzić) – co nie znaczy przecież, że należy z góry wyrzec się go jako narzędzia. Kiedy mówię o „ukonkretnianiu” kategorii grafomanii nie chodzi mi zresztą o konieczność każdorazowego stworzenia korpusu tekstów, wobec których zła książka jest „grafomańska”; mam na myśli raczej to, że krytyk o wyraźnej osobowości (charakterze) i o wyraźnym guście mówi naprawdę wiele, posługując się etykietą „grafomanii” – zderza ją bowiem właśnie z indywidualnym czytelniczym doświadczeniem.

3. Andrzej Stasiuk nazwał czynność pisania jako „bardziej lub mniej łagodną odmianę pierdolca”, Przemysław Czapliński stwierdził, że jest to coś „niezależne od pisarza”, „niepodlegające jego woli”, a Michel Foucault zaznaczał „bliźniaczą możliwość i niemożliwość pisania i istnienia”, podkreślając tym samym „związek pisania i szaleństwa”. Czy można więc mówić o odczuciu strachu wobec grafomanii – ryzyku, z którym liczyć musi się każdy, kto pisze i kto przekłada własne napięcia w formy komunikatywne i atrakcyjne dla odbiorcy?

Odniosę się może krótko do samego pytania (rozumiem, że tak różne nazwiska, jak te powyżej, przywołujesz jako luźny kontekst i nie muszę wprost z nimi polemizować). Czy istnieje coś takiego, jak strach (pisarza) przed grafomanią? Pewnie tak, chociaż trudno mi wypowiadać się za twórców. O ile w kategorii „każdy, kto pisze” mieści się też krytyk – a chyba się mieści – mogę mówić za siebie; ale również wtedy nie za bardzo wiem, co mógłbym powiedzieć. Nie odczuwam chyba strachu, że okażę się grafomanem (może nieświadomie zakładam, że nawet gdyby tak było, wiedza o tym zostanie mi oszczędzona?); taki strach zapewne by mnie paraliżował. A słowa Foucaulta to zupełnie inna bajka.

Kliknij, by powiększyć
Kliknij, by powiększyć

4. Czy to prawda, że społeczność pisarska – pytam za Zmierzchem natchnienia Jalu Kurka – wstydzi się terminu „grafoman”, gdyż jest on zawodny, wstydliwie niewłaściwy i śliski, a poza tym: „w domu powieszonego nie wspomina się o stryczku”?

Nie sądzę, żeby wielu twórców miało się poczuć „zawstydzonych”, gdy ktoś nazwie ich „grafomanami”; prędzej spodziewałbym się irytacji bądź oburzenia. Inna rzecz, że w tzw. kuluarach życia literackiego ten termin pojawia się dość często, prawda? (Mówię tu głównie o „środowiskach młodopoetyckich”.) Częściej może w odniesieniu do konkretnych tekstów i książek niż do samych autorów, ale zawsze.

5. Czy w obręb literatury należy zaliczyć utwory grafomańskie, nie-dzieła? Czy na historię literatury musi składać się tylko „dobra literatura”? Czy historia grafomanii, jak pisał Gombrowicz, może powiedzieć nam więcej niż „historia Mickiewiczów i Prusów”?

Znów dotykamy znacznie szerszego problemu. Żeby coś „włączać” w obręb literatury albo z niej „wykluczać” – inaczej niż za sprawą czystej przemocy instytucjonalnej, jak choćby w wypadku szkolnego kanonu – musimy wiedzieć, czym literatura jest. Wraca więc problem kanonu i definiowania literackości.

Co więcej – nie każda zła książka jest od razu grafomańska. Gdybym mógł przeformułować Twoje pytanie – i zadać je np. w taki sposób: „czy grafomanów warto czytać?”, odpowiedziałbym: nie, ponieważ nazwanie kogoś „grafomanem” oznacza właśnie, że uważamy go za niewartego lektury (chyba, że takiej, która bada rzeczoną „historię grafomanii”) i jest wtórne wobec samej konstatacji. Ale wchodzimy na grunt jakichś dziwnych terminologicznych rozważań.

Inna rzecz, że współcześnie grafomania kojarzy nam się przede wszystkim z egzaltacją, patosem, nadmierną wzniosłością. Z tej perspektywy jej historia może faktycznie intrygować i wiele wnosić do dyskusji o literaturze.

Albo jeszcze inaczej: „historia grafomanii” jako historia wielkich wpadek, fatalnych błędów, nieudanych Bloomowskich misreadings, groteskowych i niezamierzonych odchyleń od normy (zawsze na tle nurtu, kanonu, okresu, poetyki). Z takiej strony też ciekawie byłoby ją zbadać – tworzymy jednak błędne koło: warto czytać grafomanów, żeby wiedzieć, kogo nie warto czytać. Jeśli ktoś jest skłonny przyjąć tę dziwną, aporetyczną konstrukcję w jej najprostszym kształcie – wypada mu szczerze zazdrościć.

6. Wyróżnia się dwa typy grafomanów: pierwszy jest zadowolony z siebie (jego książki najczęściej bardzo dobrze się sprzedają), drugi natomiast to typ sfrustrowany (sam bowiem wykłada pieniądze na publikacje swoich utworów). Czy istnieje inny rodzaj grafomana, tego, jak pisze Witkiewicz w dramacie W małym dworku, „człowieczka, co ciastka na podwieczorek” piecze, obgryza paznokcie i „Upaprany [jest] w cieście po łokcie”? Czy pewność siebie, narcyzm, wybujałe ego (przy jednoczesnym niedorozwoju superego) i brak krytycyzmu wobec własnych dokonań – wystarczająco opisują postać grafomana?

Obawiam się, że to bardziej pytania do psychoanalityka bądź psychologa; dla mnie grafomanem pozostaje ten, kto regularnie i z uporem publikuje grafomańskie teksty. Pewnie można, mając odpowiednie narzędzia, „pobawić się” w stworzenie profilu psychologicznego grafomana albo w socjologię grafomanii – szczególnie, jeśli pamięta się o tym podstawowym rozumieniu, związanym z przymusem publikacji – ale stosunkowo niewiele powie nam to o języku czy o konkretnym tekście.

Kategoria grafomanii najbardziej interesuje mnie wtedy, kiedy posługuje się nią doświadczony, świadomy krytyk albo ważny dla mnie poeta (czy to publicznie – znacznie rzadziej – czy „tylko” prywatnie); mam wtedy wrażenie, że została wytoczona najcięższa artyleria, argument (a może to żaden argument?) zarazem najpoważniejszy i najbardziej niepewny, najbardziej ryzykowny. A zatem zwracam uwagę na słowo „grafoman”, gdy pada w kontekście czegoś, co grafomanią nie jest, dobrych książek, określonego gustu, programu krytycznego, etc. Na grafomanów konkretnych. Z drugiej strony – piszę o „konkrecie”, a dotrwałem do końca ankiety, nie posługując się w zasadzie nazwiskami. Nie wiem, czy wypada się cieszyć, czy żałować, że straciłem taką okazję?

Paweł Kaczmarski -

(ur. 1991) krytyk literacki. Publikował m.in. w „Tyglu Kultury”, „Twórczości”, „Odrze”, „Literze” i „Ricie Baum”. Współpracuje jako recenzent z Biurem Literackim. Mieszka we Wrocławiu.

Podobne artykuły