займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

20 maja 2011 0:25

niedoczytania: Latest post
grafa: Łukasz Libiszewski

Grafomania: Maciej Robert – odc. 16

„Często mam uczucie, że moje ciało przepełnione jest pragnieniem wypowiedzenia się. Mówienia. Wyrażania, Myślę, że już chyba zwariuję od tego, jak bardzo się czuję pełna, do granic wytrzymałości. Aż mi się chce krzyczeć” – mówi Bibi, jedna z bohaterek Księgi śmiechu i zapomnienia Kundery, która marzy o napisaniu powieści. Jej wypowiedź ściśle odpowiada temu, co zawarte jest w samym etymologicznym znaczeniu terminu „grafomania”. To bliska szaleństwu chęć opowiedzenia własnych przeżyć.

Skąd to się bierze? Kundera daje dwie odpowiedzi – z nudy, związanej z pustką własnego życia lub przeciwnie – z poczucia wyjątkowości własnej osoby. W pierwszym wypadku będzie to więc rodzaj czynności sublimacyjnej, mającej na celu podreperowanie własnego ego. W drugim – będzie się to wiązało z chęcią podkreślenia swojego statusu (nieprzypadkowo rynek książkowy zalewany jest autobiografiami popkulturowych osobowości; nieprzypadkowo na półkach z poezją pojawiają się co chwila tomy sygnowane nazwiskiem przeciętnych aktorów – to świadomy krzyk: „Spójrzcie, jestem sławny” lub z udawaną pretensją: „Spójrzcie, nie dość, że jestem sławny, to jeszcze wrażliwy!”). To casus Bibi: „Czuję, że moje wewnętrzne przeżycia są warte tego, by je zapisać i uważam, że mogłyby zainteresować wszystkich”. Lub inaczej: „Chciałabym wyrazić swoje życie, swoje uczucia, które – jestem tego pewna – są absolutnie nadzwyczajne”.

Zawsze jednak grafomania łączy się z publikacją własnych utworów, z ich udostępnianiem innym osobom. Ktoś piszący najbardziej nawet ociekający kiczem i banałem pamiętnik, nie będzie posądzony o grafomanię, dopóki nie przejdzie na poziom infekowania innych swoją twórczością. I nieważne, czy jest to pokazanie miłosnego wierszyka swojej pierwszej dziewczynie, czy złożenie maszynopisu w renomowanym wydawnictwie. To chrzest bojowy. Pierwszy stopień. Na tym stopniu wszyscy jesteśmy grafomanami. Nawet najbardziej ufny w swoje możliwości początkujący pisarz zawsze będzie bał się debiutu. Wybrani oddychają z ulgą po pozytywnym przyjęciu. Odium grafomanii z nich spada. Reszta wstępuje na stopień wyższy –  grafomanii klasycznej.

Wśród grafomanów klasycznych można wyróżnić trzy typy.

1. Grafoman kliniczny – pisze, bo lubi. Nie oczekuje od swojego pisania nic w zamian. Wystarcza mu pochlebna opinia najbliższej osoby. Zazwyczaj wystarcza mu nawet możliwość zaprezentowania swojego utworu – nie oczekuje komentarza, cieszy go ten najprostszy rodzaj komunikacji społecznej. To najbardziej nieszkodliwy przejaw grafomanii, który można nazwać domowym.

2. Grafoman społecznościowy – nie wystarcza mu jeden czytelnik. Nie wystarcza mu zainteresowanie dwóch czy trzech członków rodziny. Musi się sprawdzić w szerszym gronie. Trafia więc na podobnych sobie. Najczęściej jest to osiedlowa grupa literacka, w ramach której pozbawieni talentu osobnicy realizują potrzebę dowartościowania samych siebie. Wystarczy im wzajemna prezentacja swoich tekstów, poczucie wspólnoty. W skrajnych przypadkach (po wyróżnieniu w organizowanym przez podobne gremium konkursie na wiersz tematyczny oraz publikacji w pokonkursowym almanachu) uważają się za pisarzy. Zazwyczaj grafomani tego typu zatrzymują się na poziomie lokalności. Wystarcza im własne środowisko. Najczęściej też zdają sobie sprawę z przepaści, jaka ich dzieli od literatury drukowalnej.

3. Grafoman nieuleczalny – pragnie za wszelką cenę wyjść poza ramy lokalnej społeczności. Zrobi wszystko, by zaistnieć. Nie zrażają go niepochlebne opinie krytyków lub kompletny brak jakichkolwiek opinii. Będą uważać to za środowiskowe niechęci lub takąż zmowę milczenia. W porozumieniu z podobnymi sobie publikują się nawzajem i opatrują swoje dzieła czołobitnymi recenzjami. Zazwyczaj starają się urzędowo podkreślić status pisarza (wystarczy legitymacja SPP). Ich notki biograficzne są zawsze ekstremalnie długie. Mają na koncie kilkanaście książek, o których nikt nigdy nie słyszał (opublikowanych w wydawnictwach, o których nikt nie słyszał). W szufladach mają ukryte maszynopisy kolejnych kilkudziesięciu. Typ nachalny, nieraz wręcz agresywny.

Kliknij, by powiększyć
Kliknij, by powiększyć

Powyższa typologia jest oczywiście prześmiewcza. Ale czy może być inaczej? Czy o grafomanii można mówić poważnie w środowisku literackim, gdzie widmo tego groźnego słowa krąży nieustannie? Czy już samo użycie sformułowania „środowisko literackie” (a więc tym samym – zaliczenie się w poczet tegoż) nie czyni z nas grafomanów (typ 3)?. Czy istnieje ktoś, kto nigdy nie bał się posądzenia o grafomanię? Jest to termin o tyle zawodny, że deprecjonujący. Lepiej jest być złym pisarzem niż grafomanem.

Czy zatem twórcy programowo kiepskiej literatury są grafomanami? Przecież do pisania nie popycha ich szaleńcza chęć znalezienia zrozumienia u czytelnika ani rozpaczliwe próby zyskania środowiskowego szacunku. Są oni raczej wyrobnikami, którzy sprawnie działają w ramach książkowego mainstreamu (rozumianego ekonomicznie). Ich kiczowate bestsellery są artystycznie żadne, choć nie można odmówić im technicznej sprawności. Zazwyczaj autorzy ci są zakładnikami banału. Piszą „złe” książki dla pieniędzy, nie dla uzewnętrznienia własnych przemyśleń. Harlequiny nie są grafomańskie. Są po prostu literaturą najgorszego sortu. Niewykluczone, że twórcy podobnych książek jako jedyni nie przejmują się zarzutami o grafomanię. Jako autorzy literatury „pulp”, niemającej żadnych ambicji artystycznych, a stanowiącej jedynie produkt rynkowy, mogą spać spokojnie.

Co z resztą? Ci przewracają się z boku na bok. Mają koszmary, w których pochlebne opinie wpływowych krytyków, nagrody na prestiżowych konkursach i publikacje w liczących się periodykach nie wystarczają. W tych koszmarach na środowiskowych spędach wszyscy się od nich odsuwają i szepcą coś po kątach. Jakieś groźnie brzmiące słowo.

I ty jesteś grafomanem.

Maciej Robert -

(ur. 1977) poeta, krytyk literacki i filmowy, dziennikarz. Jego wiersze publikowały m.in.: „Opcje”, „Studium”, „Odra”, „Gazeta Wyborcza”, „Ha!art”, „Fraza”, „Tygiel Kultury”. Wydał książki poetyckie „Pora deszczu” (2003), „Puste pola” (2008), „Collegium Anatomicum” (2011). Mieszka w Łodzi.

Podobne artykuły