займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

12 maja 2011 21:38

niedoczytania: Latest post
grafa: Łukasz Libiszewski

Grafomania: Dariusz Nowacki – „Tysiące ton zmarnowanego papieru” i co dalej? – odc. 14

Książki najgorsze Stanisława Barańczaka to jedna ze wzruszających bajek z coraz bardziej odległej przeszłości – bajka o złym komuchu zaśmiecającym rynek wydawniczy, tolerującym grafomanię, a nawet sprzyjającym grafomanii, i dobrym społeczeństwie, które chciało obcować wyłącznie z ambitną i wartościową literaturą, lecz wredna władza na to nie pozwala.

We wstępie do tego zbioru pamfletów krytycznoliterackich, popełnionych w latach 1975-1980, obok autorskiego wynalazku („grafomania z państwową pieczątką”) pojawiają się takie robocze kategorie, jak „grafomania amatorska i żywiołowa”, „grafomania spełniająca żądania rozrywkowe”, „kicz artystyczny”. Ponadto pamflecista odróżnia grafomanię groźną (wspieraną przez władzę Polski Ludowej) od mniej groźnej (przedwojenna tandeta literacka), a w nocie do wydania drugiego Książek najgorszych, napisanej w styczniu 1990 roku, wyraża nadzieję, graniczącą z pewnością, że „grafomania z państwową pieczątką” stanie się reliktem przeszłości. Po czym notuje:

„Przemiany w mechanice życia literackiego Polski, jakie się obecnie dokonują, niosą jednak ze sobą niebezpieczeństwo niekontrolowanego powrotu do tradycyjnej grafomanii wolnorynkowej – i kto wie, czy przy wszelkich różniących nie zacznie ona powstawać pod tymi samymi piórami, które tak energicznie marnotrawiły papier i zaśmiecały mózgi pod opieką dawnego państwowego mecenatu.”

Prognoza Barańczaka

Przyjrzyjmy się uważnie sądom sformułowanym czternaście lat temu [dzisiaj dwadzieścia jeden lat temu – przyp. red.]. Wzroku nie przykuwa bynajmniej nietrafna intuicja pamflecisty (PRL-owscy grafomani nie stali się grafomanami III RP). Kłuje w oczy czy raczej drażni ucho co innego, a mianowicie język zatroskanego inteligenta, dziwny język, którego obecnie prawie nikt już nie używa („marnotrawiony papier”, „zaśmiecanie mózgów”). Oto jądro problemu i zarazem główna trudność, przed którą staje dziś każdy kandydat na nieustraszonego pogromcę grafomanów, każdy, kto chciałby kontynuować dzieło Barańczaka. Brak sankcji i racji, przesłanek i fundamentu… Dalibóg, w imię czego mielibyśmy dziś tropić i piętnować twory grafomańskie? Wszak marnotrawi papier ten, kogo na to stać, każdy ma zaś prawo karmić swój mózg, czym mu się żywnie podoba, i nic nam do tego. Jak kapitalizm (liberalizm), to kapitalizm (liberalizm)! Zatroskani inteligenci starej daty, którzy wiedzieli, co dobre dla czytelnika, a co dla niego z pewnością szkodliwe, wymarli niczym dinozaury. No może nie całkiem wyginęli, o czym więcej za chwilę.

„Grafomania z państwową pieczątką”

Po roku 1989 zniknął wprawdzie stempel państwowy, ale pojawiła się za to – by pozostać w polu tej samej metaforyki – cała masa innych pieczątek. Zaiste, proceder wspierania, promowania, a nawet uświęcania grafomanii przetrwał w najlepsze (lub w najgorsze – zależy, z czyjego punktu widzenia). Ma się całkiem dobrze, tyle że został podporządkowany interesom prywatnych na ogół oraz nastawionych na zysk domów wydawniczych. Takich jak, szacowna skądinąd, krakowska oficyna Wydawnictwo Literackie, która jesienią ubiegłego roku zaproponowała nam grafomańskie rymowanki Pana Maleńczuka (właśc. Macieja Maleńczuka; Chamstwo w Państwie). [„Poemat” ten parodiując „frazeologię poety-wieszcza”, odsłania, jak podaje wydawca, „to, co jest chlebem powszednim reprezentantów sceny politycznej Polski”; książka ukazała się dokładnie 1 stycznia 2003 roku – przyp. red.] Łatwo się domyślić, dlaczego zaproponowała… Takie czasy, takie obyczaje. Największe i najpoważniejsze wydawnictwa gotowe są opublikować bodaj wszystko, co tylko wyjdzie spod piór gwiazd i gwiazdeczek filmu, telewizji i estrady, a im głośniejsze nazwisko na okładce, tym lepiej. Chodzi przecież o dobry wynik finansowy, o dobrą sprzedaż produktu, czyli książki. W języku marketingu operację tego rodzaju określa się mianem celebrity endorsement (wspieranie produktu wizerunkiem znanej osobistości). Oczywiście, publikacje sygnowane nazwiskami „znanych osób” (celebrity) nie zawsze są – mimo że ryzyko jest duże – produktami grafomańskimi, przynajmniej nie w takim rozumieniu, do jakiego był przywiązany Barańczak.

Dzieło zbędne

Nie formułuję tutaj żadnej – ani prowizorycznej, ani intuicyjnej, ani metaforycznej – definicji grafomanii, ponieważ mam pełną świadomość, iż o grafomanii da się powiedzieć tylko tyle, że może być dziś wszystkim, ale na pewno nie tym fenomenem, o którym informuje Słownik terminów literackich. Nie ryzykując definicji, pozwalam sobie jednak na przesunięcie akcentów. Zamiast o nieudanym dziele literackim (szerzej: tekście dowolnego typu) wolałbym mówić o dziele (tekście) zbędnym, niekoniecznym, nierozróżnialnym, będącym efektem multiplikacji, nieistotnym wreszcie, witanym w dobrym towarzystwie zwykłym wzruszeniem ramion. Nie bardzo pojmuję, czym są lub mogłyby być owe „standardy uznane w danym czasie i środowisku za obowiązujące”, o których mowa w słownikowej definicji (utwory znajdujące się poniżej owych standardów zwykło się nazywać grafomańskimi), lepiej natomiast rozumiem treść takich migotliwych pojęć, jak banał, powtarzalność, skrajne skonwencjonalizowanie, oportunizm, „zagra nie pod publiczkę” czy – przytaczam za Barańczakiem – „żerowanie na ustalonych przyzwyczajeniach odbiorców, na ich umysłowej bierności”. Dalej: przekonany jestem, że podstawową reakcją na produkt grafomański nie jest – wbrew naszym przyzwyczajeniom – szyderstwo lub – delikatniej – śmiech, lecz obojętność.

Jeśli więc miałbym mówić – dajmy na to – o książkach Krystyny Jandy (Moja Droga B., 2000; Różowe tabletki na uspokojenie, 2002), to raczej zwróciłbym uwagę na zbędność i nieistotność, banał i nieznośną konwencjonalność tych publikacji. Nie chodzi zatem o chorobliwą potrzebę pisania, której towarzyszy brak talentu pisarskiego czy niedostatek umiejętności warsztatowych, lecz o chorobliwą potrzebę pisania, która idzie w parze z tym oto nieszczęściem, że aktorka nie mówi nam niczego, co zasługiwałoby na naszą uwagę. Tak rozumiana grafomania uprawiana jest dziś na potęgę. Nikt z nią nie walczy, no chyba że przemilczenie uznamy za osobliwą formę polemiczną.

Milczenie i bankiety

Koniecznie trzeba wyjaśnić, kto milczy. Ano milczą dinozaury, które nie do końca wyginęły; milczą owi zatroskani inteligenci, którzy wszelako dziś wydają się o wiele mniej zatroskani niż wtedy, kiedy Barańczak pisał o „tysiącach ton zmarnowanego papieru”. Milczą bez względu na to, czy celebrity debiutuje (np. Monika Luft jako powieściopisarka, autorka Śmiechu iguany), czy właśnie wydaje pięćset piętnastą książkę (casus Andrzeja Żuławskiego, jednego z najbardziej płodnych i konsekwentnie ignorowanych gwiazdorów). Nie milczą natomiast ci, którzy zastąpili zatroskanych inteligentów i są dziś odpowiedzialni za kształtowanie gustów czytelniczych. Wszak wymienione tu książki, mające za autorów „znane osobistości”, są szeroko komentowane i obficie komplementowane na łamach wysokonakładowej prasy ilustrowanej, w telewizyjnych programikach kulturalnych nowego typu (Beata Tyszkiewicz poleca czy inna Jazda kulturalna), ich premiery są skrupulatnie odnotowane przez kroniki towarzyskie, wita się je eleganckimi i piekielnie kosztownymi bankietami w Sheratonie lub Marriotcie etc., etc.

Kliknij, by powiększyć
Kliknij, by powiększyć

Kariera medialna

W obszarze spraw, o których tu mowa (grafomania na nowo ostemplowana), dało o sobie znać niezwykle interesujące zjawisko. Pisarstwo coraz rzadziej bywa żywiołową przygodą, a coraz częściej staje się elementem (etapem) precyzyjnie zaplanowanej kariery medialnej. Oto pochylam się nad autorskim biogramem Iwony Petry, aktorki i modelki, która niedawno zadebiutowała zbiorem opowiadań Gabinet żółcieni. Czytam tam, co następuje:

„W roku 1996 z dnia na dzień stałam się gwiazdą w filmie Szamanka […] nie byłam gotowa na sprostanie wizerunkowi wytworzonemu przez reżysera, producentów i media, więc udałam się w kilkuletnią podróż.”

Tu następuje opis rozległych zagranicznych doświadczeń pisarki. Potem pojawiają się informacje o studiach (po powrocie do kraju) i wreszcie kluczowe wyznanie: „Jeśli chodzi o pisanie, to zawsze lubiłam pisać, ale początkowo uprawiałam tzw. literaturę pensjonariuszowską (czysto naiwną)”. Aż chciałoby się w tym miejscu powtórzyć za klasykiem: najpierw żyć, potem filozofować. Zostajemy z dnia na dzień gwiazdą, podróżujemy i szukamy szczęścia w zawodzie modelki, po drodze podejmujemy jakieś studia, aż wreszcie  zwracamy się ku temu, co zawsze lubiliśmy robić. W stronę literatury zwanej piękną.

Autoterapia?

Dziś, jak się wydaje, nie ma miejsca na „grafomanię amatorską i żywiołową”, o której pisał Barańczak. Wystąpienie grafomańskie, jeśli ma się pojawić w formie książkowej, musi być skalkulowane, zaprojektowane, pragmatyczne, dobrze przemyślane od strony promocyjnej i marketingowej. Nie wystarczy deklaracja: piszę, bo bardzo chcę pisać. Nawet dla aktywności pisarskiej, którą Iwona Petry nazwała „literaturą pensjonariuszowską”, znaleziono w latach 90. świetne uzasadnienie. Mam na myśli – by posłużyć się tytułem podręcznika pióra Izabeli Filipiak – „twórcze pisanie dla młodych panien”. Akurat te praktyki grafomańskie trudno posądzić o cynizm. Więcej – akurat tej odmianie grafomanii nie sposób nie przyklasnąć. W końcu mowa o pisaniu, które ma być pomocą w istnieniu. Przypomnijmy: idzie wyłącznie, przynajmniej w założeniach, o pisanie nakierowane na samowiedzę i samopoznanie, autoterapię i potrzebę „wyrażenia siebie”; chodzi o przełamywanie bierności w stosunku do świata, zaszczepianie i rozwijanie tzw. twórczej postawy wobec życia. Wszystko to piękne i szlachetne. Kłopoty zaczynają się jednak wraz z odkryciem innych, trochę brzydszych potrzeb; tych, najoględniej mówiąc, mieszczących się w polu autoprezentacji i autopromocji. Tutaj, na szczęście, zainterweniowały cybernetyczne moce.

Grafomania w Sieci

Otworzyły się bowiem ogromne możliwości, jakie daje Internet. Niezliczone blogi i tzw. strony domowe prowadzone przez tych, którzy odczuwają nieokiełznany przymus pisania, setki stron i portali poetyckich najlepszym tego dowodem. Barańczak pisał o „tysiącach ton zmarnowanego papieru”, my zaś możemy odetchnąć z ulgą i powiadomić o gigabajtach zapełnionych grafomańskimi wypowiedziami, uroczymi i zupełnie niegroźnymi. W istocie, kod zerojedynkowy cierpliwy jest, łaskawy jest.

„Grafomania spełniająca zadania rozrywkowe”

Ta ma się ze wszystkich najlepiej. Czytelnicy, którzy zakochali się – dajmy na to – w prozie Katarzyny Grocholi, o tym przesądzili. Żadna to rewelacja. W czasach, kiedy Stanisław Barańczak pisał swoje wyśmienite pamflety, również tak było, choć podówczas pamflecista, z powodów taktycznych, przemilczał tę kwestię. Bo też przyglądając się dziś tekstowi Barańczaka otwierającemu Książki najgorsze, dziwimy się po prostu, że w jego rozważaniach o grafomanii zabrakło fundamentalnego pytania o odbiorcę produktu grafomańskiego. Pamflecista wspomina – wypomnę mu raz jeszcze – o „tysiącach ton zmarnowanego papieru”, ale niczego nie mówi o autentycznej radości szerokich rzesz czytelniczych, o upodobaniu, jaki znalazł ówczesny czytelnik w obcowaniu z tzw. powieścią milicyjną i innym śmieciem; ani słowa o stopniowym zamazywaniu różnicy między grafomanem i cynicznym dostarczycielem literackiej tandety, ani słowa o społecznym przyzwoleniu na kicz. Nasze zdziwienie jest oczywiście udawanym zdziwieniem. Książki najgorsze, wydane po raz pierwszy w drugim obiegu w roku 1981, miały przecież swojego przeciwnika, któremu za wszelką cenę należało dokuczyć, polityczne namiętności tę publikację napędzały. To jasne.

Bardzo lubię tę książkę, pozostaje ona dla mnie jako krytyka literackiego żywym źródłem inspiracji. Często do niej zaglądam, zawsze jednak z pominięciem ośmiostronicowego rozdziału zatytułowanego Zamiast wstępu.

Tekst ten opublikowany został po raz pierwszy w „Polonistyce” (2004, nr 8, s. 34-37). Ponowna publikacja za zgodą autora.

Dariusz Nowacki -

(ur. 1965), krytyk literacki i badacz literatury, pracownik Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Redaktor kwartalnika kulturalnego „Opcje”, były redaktor kwartalnika literackiego „FA-art”. Zajmuje się głównie współczesną prozą polską, zwłaszcza autorów wchodzących na literacki rynek. Wydał tom szkiców krytycznych „Zawód: czytelnik” (Kraków 1999), rozprawę „Ja nieuniknione. O podmiocie pisarstwa Jerzego Andrzejewskiego” (Katowice 2000) oraz książkę krytycznoliteracką „Wielkie Wczoraj” (Kraków 2004). Mieszka w Sosnowcu.

Podobne artykuły