займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

16 stycznia 2011 3:07

niedoczytania: Latest post
grafa: Łukasz Libiszewski

Codziennie zakładam krawat – wywiad z Maciejem Gierszewskim

Maciej Gierszewski – poeta, prozaik, bloger (http://hajfa.wordpress.com), autor „Profili” i „Luźnych związków”, były redaktor naczelny „Pro Arte” – opowiada o pisaniu w Poznaniu, dress kodzie i swoim sensie życia.

Żyjesz i pracujesz w Poznaniu. Nie pochodzisz stąd, sam to miasto wybrałeś. Dlaczego?

Tak, chociaż kolejność powinna być odwrotna: pracuję i żyję w Poznaniu. Ponieważ wg mnie Poznań to miasto dla mróweczek, pszczółek i trybików. Faktycznie sam dla siebie wybrałem to miasto. Wyjeżdżając na studia (dawno, dawno temu), mogłem właściwie zdecydować się na każde inne miasto uniwersyteckie, ale Katowic nienawidzę, uniwersytet w Opolu dopiero startował, a Wrocław był jednak za blisko domu rodzinnego, dlatego ostatecznie zdecydowałem się na Poznań. To oczywiście był przypadek.

Pamiętam dzień, w którym przyjechałem złożyć papiery na UAM, wyszedłem z dworca na Rondo Kaponiera i zobaczyłem, jak cały ten ruch tramwajowy, autobusowy perfekcyjnie działa, to wtedy się zachwyciłem, coś mnie za serce ujęło. Teraz, po latach, mogę powiedzieć, że tym „czymś” było złudzenie porządku, jakie sprawia to miasto.

Zauważyłem, że ludzie ze Śląska, czy powiedzmy ściślej z dawnego zaboru niemieckiego, nawet lubią tę poznańską porządność i pracowitość. Nie masz wrażenia, że to właśnie niemiecka musztra podobnie ukształtowała Ślązaków i Wielkopolan? Najpierw praca i porządek, potem reszta? Kraków czy Lublin mają to chyba poukładane zupełnie inaczej.

Wiesz, Śląsk mi się z takim porządkiem nie kojarzy, wcale a wcale. Myśląc o Śląsku, widzę tony sadzy, brudne kamienice, szarych ludzi, wielkie blokowiska, szyby, kopalnie i huty, przerdzewiałe samochody. Śląsk działa na mnie niezwykle przygnębiająco. Gdy jadę do domu i gdy pociąg dojeżdża do Gliwic, to mnie zaczyna boleć głowa i zaczynam płakać, ogarnia mnie czarna rozpacz. Czuję się tak, jakby mi ktoś na plecy składał szynę i kilka podkładów kolejowych, tak mi ciężko. Może i masz rację, że Ślązacy są bardzo pracowici, ale czy są porządni… Zresztą mam wrażenie, że takie podziały na regiony się zatarły. Są miasta. Miasta, które mają swój osobisty, prywatny klimat, urok i powab. Są miasta, które lubię, z wymienionych przez Ciebie: Lublin, ale i Wrocław, Toruń.

Wrocław, Toruń, Lublin. Może poza pierwszym, którego nigdy nie rozumiałem, pozostałe kojarzą mi się z atmosferą bardzo sprzyjającą twórczości literackiej. Są gotową scenografią, podsuwają wątki i skojarzenia. W Poznaniu to chyba trudniej znaleźć. Ja stąd pochodzę, więc nie powiem, że w ogóle tej aury nie ma, ale utarła się, całkiem uzasadniona, opinia, że to miasto odwraca się do artystów, także do pisarzy, plecami. Ty patrzysz mu w twarz czy też raczej kopiesz po dupie?

Parafrazując wieszcza: patrzę w oko Smoka, wzruszam ramionami, odwracam się i odchodzę…

A tak poważnie: „miasto” to są ludzie, którzy albo coś robią, albo nic nie robią, którym się chce albo nie chce, którzy działają albo czekają (na mannę z nieba). Miasto to jest idea, która nie jest ani za, ani przeciw. Miasto nie napisze za ciebie powieści, tomiku wierszy, nie namaluje obrazu itd. Oczywiście w niektórych przypadkach może sprzyjać, być pomocne, użyteczne. Poznań mógłby być bardziej użyteczny. Chociaż owa „nieużyteczność”, moim zdaniem, nie bierze się z samego miasta, jego niechęci czy też wrogości w stosunku do autorów. Raczej źle działają instytucje, które są pomiędzy miastem a twórcą, autorem. W końcu „ów trzeci” musi zadziałać na rzecz twórcy.

Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli, pytając o „atmosferę sprzyjającą twórczości literackiej”? Możesz się jakoś rozwinąć?

Chodzi mi o to, że jak kiedyś ironicznie śpiewał młody Stuhr w takim Krakowie i konik by wiersz napisał. Z kolei w Poznaniu bycie literatem czy artystą wymaga szczególnego hartu ducha. Gdy rozmawiam z tutejszymi artystami, słyszę właśnie skargi na instytucje, ale mi się wydaje, że problem jest głębszy. Że Poznań, jego mieszkańcy, nie potrzebują kultury, literatury, sztuki tworzonej tu na miejscu. Wolą coś sprawdzonego z importu. Poznań na tle innych miast zdaje się lepiej zorganizowany, bardziej uporządkowany, ale przez to mniej sfermentowany. Dominuje tu wyobraźnia ekonomiczna, prawnicza, kupiecka, inżynierska. Łatwiej zostać tu Kulczykiem niż Świetlickim. Mało poznaniaków się w ogóle za pisanie na serio bierze. Właściwie większość tutejszych uważa, że to niepoważne zajęcie. Ci, którzy nawet tu zaczną, to jakoś potem wymiękają. Bo ile można kopać się z konikiem na biegunach? Jak miałem okazję zamienić parę słów z odjeżdżającym Pasewiczem, to usłyszałem spore rozczarowanie i zniechęcenie. Z kolei Wojtek Bąkowski zauważa, że ta obojętna atmosfera bardziej sprzyja twórczości niż cieplarniane warunki jakiejś artystowskiej Mekki. Jeśli mówimy o mieście jako o idei, to idea Poznania nie jest literacka, jest urzędniczo-kupiecka. Jest tu miejsce na wodewil i impresariat, ale twórcy są częściej trzymani na stryszku albo w przedpokoju niż w salonie. Nie zniechęca to? Nie skłania do pójścia w ślady Pasewicza?

Myślę, że dramatyzujesz. Hartu ducha potrzeba, aby po młodzieńczej/licealnej fascynacji słowem drukowanym pisać „dalej”. Niezależnie od tego, czy jest to Poznań, czy Kraków, młodych osób piszących jest pewnie tyle samo. Tylko w Krakowie, czy jakimś tam innym mieście, instytucje towarzyszące życiu literackiemu, podtrzymują i podsycają wiarę w jakość pisanych rzeczy, a w Poznaniu owe instytucje dobitnie zniechęcają. I pewnie dlatego tak niewielu autorów/pisarzy mieszka w Poznaniu (w porównaniu z takim Krakowem, czy Warszawą), ale za to rzeczy przez nich „produkowane” są wysokiej jakości.

Mieszkańcy Poznania nie mają potrzeby obcowania z literaturą (promocją książki, autorem, tekstem przez niego czytanym), niezależnie, czy jest to autor „rodzimy”, czy też „importowany”. Problem ten dotyczy nie tylko Poznania, ale i innych miast. Może w innych miastach jest bardziej rozbudowane życie towarzysko-knajpiane, ale na same spotkania przychodzi porównywalna ilość osób, czyli równie mało. A to, że po knajpach spotyka się więcej osób, by ze sobą rozmawiać, pić piwo i palić papierosy, wynika z tego, o czym mówiłem wcześniej.

Edward faktycznie jest bardzo zniechęcony i rozczarowany Poznaniem, ale czy słusznie czy niesłusznie, nie mi to oceniać. Zasadniczo Poznań nie jest miastem „opiekuńczym” (w sensie szwedzkim).

I nie, nie chcę wyjeżdżać z Poznania.

Może to brzmi dramatycznie, ale z jakiegoś powodu powstają co i rusz w Poznaniu kulturalne sztaby antykryzysowe, federacje artystyczne i inne kółka samopomocy. Artyści i animatorzy kultury wystawiają nawet kandydatów do Rady Miasta, jak ostatnio Pasmo Kultura czy wcześniej 100% Kultury. W innych miastach twórcy chyba nie czują się aż tak zepchnięci na margines, żeby babrać się w polityce. W Krakowie nie widziałem cienia podobnego zaangażowania. Co myślisz o takich działaniach? Są Poznaniowi potrzebne?

Oczywiście, że są potrzebne! Tak jak już mówiłem, mam wrażenie, że w Poznaniu szwankuje „łącznik”, to, co jest między miastem a twórcą, pewnego rodzaju instytucje, które są niby „radą doradczą” miasta. Rada ta rozdziela subwencje według własnego widzimisię, czyli nie mają wcale rozeznania, co na „rynku” kulturalnym/literackim aktualnie się dzieje. Dlatego właśnie tego rodzaju działania oddolne są jak najbardziej na miejscu. Obserwując działania aktualnego sztabu antykryzysowego ds. kultury, chciałbym, aby się udało. Chciałbym, aby zwrócili oni uwagę urzędników miasta Poznań na działania wielu różnych małych, mniejszych i jeszcze mniejszych (ale „oddolnych”) instytucji, bo moim zdaniem miasto powinno właśnie te oddolne inicjatywy popierać. Jednakże obawiam się, że ciężko jest pogodzić potrzeby (finansowe) takich federacji artystycznych i obawiam się, że nic z tego, kolejny raz, nie wyjdzie. Ale to dobrze, że są jeszcze ludzie, którym się chce, którzy chcą zwrócić uwagę urzędników na to, że Poznań to nie tylko „Lech” i stadion, i imprezy masowe typu „Dni Pyry” na Łęgach Dębińskich.

A jak wygląda właściwie życie poety w Poznaniu? Utrzymujesz się z pisania?

To dobre! Ubawiłem się! Nie, nie utrzymuję się z pisania. Żyjąc w naszym kraju, należy zaakceptować fakt, że nie ma możliwości utrzymywania się z pisania (wierszy). To jest oczywiście smutne. Nawet bardzo. Ale taka jest rzeczywistość i nie ma co kopać się z koniem. Myślę, że jeśli w naszym kraju jakiś pisarz utrzymuje się z pisania, to tylko wtedy, gdy pisze dużo felietonów i okazjonalnych tekstów dla różniastych stron www i gazet. Z samego pisania nie da się wyżyć. Co samo w sobie nie jest słuszne. Ja, aby móc zapłacić przysłowiowe rachunki i kupić chleb, codziennie zakładam koszulę, wiążę krawat i z teczką na ramieniu stawiam się w biurze mojej korporacji.

Pamiętam taki wiersz Bursy. Zacytuję z pamięci. Ja chciałbym być poetą. Bo dobrze jest poecie, bo u poety nowy sweter, zamszowe buty, piesek seter. Były takie czasy, że poeci i pisarze mieli całkiem klawe życie w Polsce. Jak byłem mały, to myślałem, że poeci chodzą po knajpach, jeżdżą do domów pracy twórczej, wyrywają panny i uświetniają. Zdarza Ci się czasem robić coś z tych rzeczy?

Fragment, który cytujesz pochodzi z wiersza „Ja chciałbym być poetą”, właściwie ja nie chciałem, będąc małym chłopcem, nie planowałem zostać poetą, ani mi to w głowie było. Dość długo myślałem, że zostanę „panem do literatury”, że będę uczył, że będę mówił, opowiadał o książkach. Nie udało się. Nie żałuję.

Ale wracając do Twojego pytania, społeczna rola poety została całkowicie zdegradowana, już nie stawia się go na świeczniku, już niczego nie uświetnia, nie okrasza, już nie jest „tym pierwszym”, raczej ostatnim. Nie mam pojęcia, czy nadal są domy pracy twórczej, jeśli tak, to myślę, że funkcjonują na skraju przepaści/zapaści/upadłości. Oczywiście zdarza mi się iść do knajpy, by się spotykać i pokazać, by porozmawiać i wypić to i owo (jakiś soczek, kawę, czasem herbatę). Oczywiście czasem jadę do innego miasta, czytać wiersze, czasem ktoś mnie zaprasza na spotkanie, na festiwal, na festyn, na spęd.

A dlaczego zacząłeś pisać? Czułeś, że masz coś takiego do powiedzenia, że musisz się tym podzielić? Chciałeś zaimponować dziewczynie? Lubisz po prostu układać zdania inaczej niż nie-poeta?

Moje pisanie wzięło się z dawnej, teraz już prawie zapomnianej, sztuki pisania listów. Jak miałem kilkanaście lat, razem z moimi rodzicami wyprowadziłem się na Śląsk, do nowego miasta, w nowe środowisko, do nowych ludzi. Na Śląsku nie miałem żadnej rodziny, przyjaciół, znajomych. Nikogo. Wszyscy bliscy mi ludzie zostali, zacząłem żyć jakieś 700 km od nich, a nie chciałem ich tracić, w tych czasach nie było jeszcze telefonów komórkowych, Internetu, więc pozostawały listy. Chciałem zachować łączność z przyjaciółmi, rodziną (Babcią i Dziadkiem ? przede wszystkim), więc zacząłem pisać do nich listy. Pisałem, ponieważ chciałem im coś powiedzieć, opowiedzieć, podtrzymać więź. Początkowo pisałem jakby z przymusu, z konieczności, ale z biegiem czasu zaczęło mi to sprawiać przyjemność, nie wyobrażałem sobie, że można mówić, nie pisząc. A potem po LO znów się przeprowadziłem, znów zostawiłem Rodzinę i przyjaciół, więc pisałem dalej. Właśnie dlatego i teraz tak pozostało. Pewnie dlatego swoje pisanie traktuję „intymnie”, pisząc, myślę o kilku najbliższych mi osobach i do nich kieruję swoje słowa, ponieważ mam im coś do powiedzenia, do opowiedzenia, chcę im coś przekazać, czymś podzielić, coś opowiedzieć.

Takie intymne pisanie nie jest w naszym kraju popularne, a może nawet jest niezrozumiałe. Od dziecka karmieni jesteśmy poezją milionową, misyjną, zaangażowaną. Czy jako niedoszły „pan od literatury” nie masz poczucia, że coś można zrobić, żeby to zmienić. Jakoś inaczej do młodych ludzi o poezji mówić. Pamiętam z dzieciństwa film „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, który był dla mnie chyba pierwszą odtrutką na poezję propagandową. Nie chciałbyś zostać takim nauczycielem buntownikiem?

Do szkoły chodziłem dawno temu, nie wiem, jak teraz uczy się o poezji, czy coś się zmieniło, czy się nie zmieniło. „Za moich czasów” źle się o niej uczyło, wciąż i wciąż przerabiano, omawiano te same kawałki misyjno-martyrologiczne. A przecież czytanie wierszy to dość intymna sprawa. Jestem święcie przekonany, że „każdy ma swój wiersz”.

Mamy podobne wspomnienia:) Gdy Ciebie słucham, narzuca mi się obraz kogoś wolnego od poczucia misji, niezainteresowanego zmianą rzeczywistości, nawet obojętnego na duże sensy, wielkie narracje i metapoziomy. Ważny jest jednak dla Ciebie drugi człowiek, relacja, dzielenie się myślą, słowem, uczuciem. Jak się taki człowiek jak Ty odnajduje w zimnym świecie? Mówiłeś, że pracujesz w korporacji? (może to tylko metafora była?)

Myślę, że wiele, wiele osób ma podobne wspomnienia z lekcji języka polskiego, niestety. Nie, to nie jest tak, jak mówisz. Mam „poczucie misji”, ale jest ono zakrojone na wąską skalę, uważam, że należy zmieniać świat. Zmieniać go na lepsze, czyli przekonywać ludzi do czytania. Mam taki swój ulubiony cytat z książki „Świat na brudno” profesora Piotra Śliwińskiego, pod którym podpisuję się wszystkimi kończynami: „(…) nie mam się (…) za głos zbiorowego sumienia, lecz tylko za jednego z jej szeregowych pracowników, domokrążcę, co uważa, że popularyzacja czytania i literatury jest psim obowiązkiem każdego, kto ma ku temu okazję (…)”. Tylko mój program jest na skalę mikro, czy nawet nano.

Tak, pracuję w korporacji, w dużej korporacji. Codziennie wiążę krawat – to nie była metafora. Pracuję z ludźmi i nad ludźmi, czyli w pewnym sensie w zawodzie. Z wykształcenia jestem socjologiem.

z offu: Marcin, nie chcę się rozpisywać o mojej pracy, nie warto mieszać tych dwóch światów. Pracuję w firmie, która nie lubi, jak się o niej publicznie mówi.

Wierzysz w coś lub kogoś?

Toś mnie zastrzelił. Nie byłem przygotowany na takie pytanie, na pytanie o pryncypia i imponderabilia.

Wierzę, oczywiście, że wierzę. Uważam, że wszyscy wierzymy, czy to w siły przyrody, czy to w ograniczenia ciała, czy to w wędrówkę dusz, czy to w lepsze/gorsze jutro.

Pytam o pryncypia i imponderabilia, bo postrzegam twórczość literacką jako rodzaj tłumaczenia świata. Dzisiaj natomiast trudno coś sensownego o świecie powiedzieć. Jakiś porządek się rozpadł, a na jego miejsce nie powstało nic. To nic wyłazi na wierzch także w literaturze. W wierszu „Nagle” pada pytanie „Gdzie jesteśmy?”. Masz jakiś pomysł na odpowiedź, która daje więcej nadziei niż ta z wiersza?

Postrzegam, czy też rozumiem, pisanie wierszy, jako sensowne wypowiedzi o świecie, o rzeczywistości, o tym, co jest obok, wokół, o polityce, o wierze, o relacjach międzyludzkich i ich rozpadzie, o uczuciach i ich braku, o ciele, śmierci etc, etc. Myślę, że jest wielu poetów, którzy potrafią coś bardzo sensownego powiedzieć o rzeczywistości, wypowiedzieć się, zdiagnozować.

Poezja nie daje prostych odpowiedzi, jeśli daje jakiekolwiek odpowiedzi (nie jestem pewien, nie wydaje mi się, raczej jedynie diagnozuje).

Wiersz, o który pytasz, napisałem jakieś 10 lat temu, zasadniczo nie pamiętam, jaką i komu udzielałem wtedy odpowiedź (teraz, oczywiście, kłamię).

Ha, ha. A lubisz świat, w którym żyjesz? Nie przeszkadza Ci atmosfera rozkładu, dekadencji, bezcelowości, natchnionej konsumpcji? Nie brak Ci nadziei? Mam wrażenie, że w sumie jesteś zadowolony. Dobre wrażenie?

Nie przeszkadza mi, ponieważ niespecjalnie mnie to wszystko interesuje. Mam wrażenie, że to się dzieje gdzieś obok, że ja w tym nie uczestniczę albo staram się nie uczestniczyć.

A jaką nadzieję masz na myśli? Na co? Rzeczywistość jaka jest, każdy widzi. Nie ma o co się pieklić, gorączkować, biegać w te i nazad, świata zbawić się nie da.

Pewnie pamiętasz „Twin Peaks”. Jest tam taka scena, kiedy zrezygnowany James po kolejnym zabójstwie krzyczy do Donny, że wszystko, co robią, nie ma sensu, bo i tak, to, co się ma wydarzyć, to się wydarzy. To jest postawa człowieka, który poniósł porażkę, który się poddaje. Nie imponuje Ci Agent Cooper, który jednak podejmuje walkę?

Mogę kibicować Dale’owi Cooperowi, mogę nawet go zachęcać, on nie jest mi obojętny, ale sam za naprawianie świata bym się nie zabrał.

To co jest dla ciebie najważniejsze w życiu? Sam proces?

Kilka najbliższych mi osób.
A w życiu: aby mieć możliwość robienia tych rzeczy, które sprawiają mi przyjemność i radość.

——

[od red.] TUTAJ możecie również przeczytać niewesoły tekst pt. „Ajax Poznań” Marcina Mutha o specyfice poznańskiego środowiska literackiego.

Marcin Muth -

filozof, pisarz internetowy, propagator patriotyzmu optymistycznego, twórca legumizmu. Od jesieni 2006 redaktor bloga Warzywo (www.warzywo.blogspot.com). Od lat 90. współredaktor Biuletynu, który teraz występuje w sieci (http://stronawww.blogspot.com), a kiedyś występował w rzeczywistości. Założyciel i właściciel firmy „Radosna Twórczość”, służącej do sprzedawania siebie i innych produktów. Pisze powieść, która już jest legendarna, choć nikt jej jeszcze na oczy nie widział.

Podobne artykuły