займы онлайн на банковскую карту займ на карту онлайн займы онлайн на карту микрокредит онлайн займ на карту займы онлайн займ на карту быстро микрозаймы на банковскую карту экспресс займ на карту микрозайм онлайн на карту срочно круглосуточно займ онлайн на карту займы на карту онлайн взять займ срочно на карту микрозаймы в интернете займ онлайн

18 października 2008 11:58

niedoczytania: Latest post

„Blog literacki ma w sobie wiele z felietonu” – wywiad z Jarosławem Klejnockim

1. Na początku września w internecie pojawił się Pański blog pt. „Raptularz końca czasów”. Obok Tomasza Charnasa jest to jeden z nielicznych blogów osoby, która profesjonalnie zajmuje się krytyką? Co Pana skłoniło do założenia go?

Przez lata (mniej więcej od 1984 roku) zajmowałem się krytyką literacką. Publikowałem w rozmaitych pismach, a w latach 90. byłem dość aktywny w tzw. pismach poważnych – zarówno stricte literackich, jak i popularnych dziennikach czy tygodnikach z pierwszej linii medialnego frontu. Z czasem zniechęciłem się do uczestnictwa w tzw. papierowym obiegu. Za dużo tam teraz uwikłań marketingowych, swoistej cenzury intelektualnej (nie można pisać zbyt skomplikowanie – sic!), za dużo rozmaitych gierek, które przenikają z rynku. Dopiekło mi też upolitycznienie mediów, głównie gazet, posługiwanie się kryteriami „swój” – „obcy”. Napisałem o tym sążnisty esej – „W szponach profitariatu”, który opublikowałem kilka lat temu  „Krytyce Politycznej” z 2003 roku, a jego rozszerzoną i pogłębioną wersję zawarłem w mojej książce „Literatura w czasach zarazy”. W papierowych mediach pisuję jeszcze rozmaite recenzyjki, ale recenzje od krytyki literackiej należy rozdzielać. Krytyka to bardzo poważna działalność, to sprawowanie pieczy nad tym, co się w sztuce dzieje. Nie widzę dla siebie miejsca w tym procederze, bo widzę jak bardzo nieuczciwy potrafi być. A recenzenctwo – to po prostu doradzanie ludności czytającej w sprawie tej czy innej książki.
Ale jakieś tam energie krytyczne, jakaś potrzeba komentarza uogólniającego, co wydaje mi się solą krytyki, jeszcze we mnie drzemią. Stąd decyzja, by z realu przenieść się do internetu. Tu nikt mnie nie cenzuruje (nie każe pisać prościej, nie sugeruje tematów, nie naciska na omówienie tej czy innej książki itd.), tu nie muszę zmagać się z gazetowymi redaktorami skracającymi teksty do ich parodii. Tu czuję się (jak na razie) wolny i nieograniczany. Mogę pisać o tym, co ważne i o tym, co – pozornie – stanowi jedynie przyczynki, marginesy kultury.
Krytyk na usługach gazet jest jakby pracownikiem najemnym, a jako gospodarz własnego bloga czuję się poniekąd jak właściciel własnego biznesu. Dużo, powtórzę, wolności i spora, niekontrolowana przez nikogo z zewnątrz, odpowiedzialność.
Mam tu poczucie swobody, a to doświadczenie jest nadzwyczaj ważne dla kogoś, kto niegdyś doświadczył rozmaitych wymiarów niewoli.

2. Nie obawia się Pan, że założenie bloga na platformie Wydawnictwa Literackiego może ograniczyć Pańską niezależność? Co będzie jeżeli postanowi Pan krytycznie napisać na temat książki wydanej w Wydawnictwie Literackim, czy nie będzie to negatywnie postrzegane?

Kiedy rozmawialiśmy o powołaniu mojego bloga na platformie WL-u (zresztą jako części większego projektu – niebawem mają się pojawić blogi innych pisarzy) – a była to nadzwyczaj dżentelmeńska rozmowa – okazało się, że zarówno ja, jak i Wydawnictwo, mamy dość podobne spojrzenie na funkcjonowanie moich zapisków. Obie strony wykluczyły pojawianie się tekstów, które realizowałyby strategię ad personam, czyli atakowały ludzi. W krytycznoliterackim savoir – vivre nie ma bowiem miejsca na tego typu działalność. Dla mnie jest to rzecz oczywista, zatem szybko doszliśmy do porozumienia.
Co innego, jeśli idzie o merytoryczną krytykę konkretnych tekstów. Do takiej krytyk ma święte prawo i przywilej ten, jak rozumiem, nie został przez Wydawnictwo podważony.
Blog literacki ma w sobie wiele z felietonu, a prowadzącego takie zapiski można z grubsza do felietonisty przyrównać. Felietoniści od zawsze korzystali z prawa do swobody,  żadna porządna gazeta czy magazyn nie wymagają od swoich felietonistów, by reprezentowali tzw. „linię” (ideową, estetyczną etc.) pisma. Więcej: to właśnie ich niezależność, niepokorność, skłonność do prezentowania indywidualnych, subiektywnych – a nierzadko irytujących – poglądów i tez – czynią z nich atrakcyjnych dla pisma współpracowników.
A zatem mam wrażenie, że dogadaliśmy się, iż będę takim felietonistą w internecie. Co oznacza, że mogę sobie także pozwolić na krytyczne rozpoznania książek wydawanych przez WL.
Oczywiście, nie mogę wykluczyć, że kiedyś dojdzie do jakiegoś konfliktu. W historii felietonistyki takie zerwania – czasami bardzo zresztą spektakularne – współpracy autora z macierzystym pismem miały wszak niejednokrotnie miejsce. Ufam wszakże, że takie nieprzyjemne doświadczenie nie stanie sie moim udziałem.
W każdym razie nie czuję się ani ograniczany, ani, hmm, monitorowany.

3.  Do kogo przede wszystkim kieruje Pan swojego bloga? Do czytelników Pana książek czy raczej chce Pan poszerzyć grono swoich odbiorców o internautów, którzy nigdy by nie sięgnęli po Pana książki?

W Pańskim pytaniu daje się zarówno odczytać intencję racjonalną – zakładającą, że „zaplanowałem” sobie odbiorcę, kiedy projektowałem powołanie bloga, jak i intencję czysto pragmatyczną – że mianowicie blog ma być jakąś moją wunderwaffe, która przyniesie mi popularność, wiwaty tłumów i dostatek materialny równy niemal temu, które jest udziałem Sułtana Brunei. Jednym słowem, że dotrę z misją edukacyjno – popularyzatorską do braci internautów, którzy generalnie unikają kontaktu z papierem, ale obcowanie z moim blogiem ich zmieni…
Odkładając żarty na bok – nigdy tak naprawdę nie zna się do końca swego odbiorcy, choć – pozwolę tu sobie na małą wycieczkę w krainę naukowej humanistyki – teorią odbioru dzieła (czy ogólniej: tekstu) –  zajmuje się cały dział hermeneutyki (nie mówiąc już o socjologii sztuki itp.). Rzecz jednak w tym, że w porównaniu z innymi, już ustabilizowanymi kanałami komunikacji literackiej czy krytycznej, internet jest raczkującym bobaskiem, o którym jeszcze niewiele wiemy (najogólniej mówiąc: co z niego w przyszłości wyrośnie i jakie będą – w dłuższej perspektywie czasowej – owoce jego istnienia).

4. Kim jest zatem czytelnik bloga „Raptularz końca czasów”?

Nie bardzo zatem jestem w stanie wyobrazić sobie mojego „modelowego” odbiorcę bloga. Z praktyki natomiast wynika (to znaczy takie reakcje odnotowałem do tej pory), że dotychczas z blogiem mieli, bądź mają, kontakt ci, którzy jakoś tam identyfikują moją dotychczasową twórczość, w rozmaitych zresztą formułach: eseistycznej, krytycznej, naukowej, poetyckiej czy prozatorskiej. Wreszcie – że są to po prostu bliżsi i dalsi znajomi.
Ale też Pańskie pytanie zaciekawiło mnie o tyle, że rzeczywiście zacząłem się zastanawiać nad, by tak rzec – „statusem ontologicznym” – mojego bloga. Bo początkowo, jak już wspominałem, bardziej interesowała mnie „strona nadawcy”, czyli szanse i możliwości, jakie blog dać może, dać mógłby mojej własnej ekspresji komentatorsko – krytycznej. Jaka natomiast publiczność mojej internetowej działalności się w jakiejś perspektywie ustabilizuje? No właśnie, to zajmująca kwestia. I tak nawet sobie myślę, że jakoś ten proces wyrabiania sobie odbiorcy wpłynie pewnie na ewentualną ewolucję moich zapisków. W końcu przecież, trawestując fragment wiersza Zbigniewa Herberta „Naprzód pies”, nie idzie o to, by wysyłać głosy w ciemny eter i słyszeć, że na wszystkich falach jest milczenie.

Strona główna bloga "Raptularz końca czasów"

Strona główna bloga "Raptularz końca czasów"

5. Chciałbym Pana zapytać o uprawianie krytyki w internecie. Jakiś czas temu Fundacja Literatury w Internecie, ta która stworzyła Nieszuflada.pl, uruchomiła forum otwartej krytyki literackiej pt. Literatorium.pl. Jednakże po ożywionym okresie początkowym szybko serwis upadł i teraz jest opuszczonym miastem bez mieszkańców. Czy uważa Pan, że debata literacka jest możliwa poprzez internet tylko jeszcze nie odnaleźliśmy odpowiednich  narzędzi do jej przeprowadzenia? Czy raczej ten środek komunikacji poprzez swoją dynamikę narzuca ludziom szybkość reakcji, która czasami nie jest wskazana w krytyce? Krytyka raczej żywi się refleksją i głębszymi studiami, które wymagają czasu, a pragnienie błyskawicznej riposty jej nie służy.

Myślę, że poniekąd sam Pan odpowiedział sobie na to pytanie ostatnim zdaniem swego pytania. Tak, internetowa debata krytyczna napotyka na problemy natury istotowej.
Poza tym tkwi w takim modelu szybkiego, natychmiastowego sporu pokusa, przepraszam za wyrażenie, „pyskówki”. To znaczy – taka debata merytoryczna ma skłonność do przeistaczania się w kłótnię i wzajemne sobie dopiekanie. Forum dyskusyjne bowiem ma w sobie coś z bezpośredniego, nieoficjalnego spotkania przy stole. Zaczynamy o czymś dyskutować, po czym emocje biorą górę i dalej jazda! Meritum i argumenty odchodzą na bok. I jak każda tego typu „dyskusja” szybko się wyczerpuje, bo nie da się gadać w ten sposób na najwyższych obrotach przez dłuższy czas, a jałowość takich sporów obnaża się dramatycznie.
Nie bardzo orientuję się w dziejach Literatorium. Być może uwiąd tego forum jest nie tyle dowodem na niemożliwość uprawiania dysput krytycznych w internecie, tylko gdzieś po drodze zabrakło inicjatorom i administratorom woli, siły, zapału itd., by dyskusję podtrzymywać, wzbudzać, podsycać, wprowadzać nowe zagadnienia?

6. We wrześniowym numerze „Lampy” znalazł się wpis z Pana bloga pt. „Pochwała <<Przesłania Pana Cogito>>”. Czy rozpoczął Pan stałą współpracę z tym pismem i co miesiąc jeden tekst z bloga będzie publikowany jako artykuł w „Lampie”?

Z „Lampą” współpracuję niemal od samego początku istnienia tego pisma, publikowałem też książki w wydawnictwie Pawła Dunin – Wąsowicza. Natomiast pojawienie się jednego z wpisów blogowych we wrześniowej „Lampie” nie jest, niestety, zwiastunem mojej nowej obecności w tym piśmie, tylko czymś w rodzaju „zajawki” – że mianowicie taki oto blog literacki się pojawił. Czyli, jest to raczej koleżeński gest redaktora „Lampy” wobec swego długoletniego znajomego i współpracownika.

7. W dziedzinie nowych technologii istnieje powszechna praktyka, że blogerzy mają podpisane umowy z pismami i publikują w nich swoje teksty. Czy sądzi Pan, że takie działania mogą stać się popularne w internecie literackim? Od czego uzależniłby Pan ich aktywowanie: od tego, że więcej zawodowych krytyków musiałoby pisać swoje blogi, a poziom blogów amatorskich musiałby znacząco wzrosnąć, czy może w drugą stronę, że poziom pism literackich, których większość ma charakter paranaukowy, musiałby się stać bardziej popliteracki, czyli upodobnić się do refleksji internetowych na temat książek, znajdujących się na blogach (krótkie, indywidualne notki na temat literatury)?

Matko Boska! Kompletnie się nad tym nie zastanawiałem do tej pory…
Ale kiedy przyjrzeć się kwestii przez pana wywołanej – to widać, że jakieś pierwsze kroki zostały już uczynione. Należą jednak one do sfery politycznej, nie kulturalnej: widziałem w „Dzienniku” wywiad, który przeprowadziła słynna Kataryna – blogerka polityczna. Jacyś blogerzy/komentatorzy naszego życia publicznego publikują regularnie na łamach „Wprostu”…
Z treściami kulturalnymi jest jednak chyba – przynajmniej na razie – nieco inaczej. Po pierwsze tradycyjne – papierowe – periodyki polskie (taki „Tygodnik Powszechny”) adresowane są do dość ściśle określonej publiki. „TP” nawet teraz, po zmianie lay-outu i zmianach redakcyjnych, jest wciąż pismem dość konserwatywnym (w sensie struktury przekazu). Jest wciąż pismem z „Galaktyki Gutenberga”, a nie z czasów „galaktyki obwodów scalonych”. Co nie jest zresztą oceną, tylko opisem. Nie bardzo wyobrażam sobie obecność blogów w takim periodyku, po prostu dlatego, że dla blogerów takie łamy pewnie nie wydają się atrakcyjne, a znów odbiorcy „TP” kontakt z „kulturą” blogerską wcale nie jest potrzebny.
Natomiast takie pismo jak „Lampa” mogłoby, jak sądzę, udostępnić swe łamy blogerom. Dlatego właśnie, że jest pismem bardziej „popowym”, jak się pan wyraził, jeśli idzie o model krytyki literackiej. Skądinąd to ciekawa sprawa i podrzucę ją przy okazji redaktorowi „Lampy”, gdy się spotkamy.
Ale to wszytko, co tu mówię, to są amatorskie dywagacje.
Myślę, że na pańskie pytanie o wiele lepiej odpowiedziałby ktoś, kto zajmuje się z jednej strony prasoznawstwem, a z drugiej orientuje się w poetyce internetowej krytyki literackiej.

8. Kilka lat temu zrobił się w Polsce boom na hipertekst. Publikowane były książki na ten temat i kolejne powieści hipertekstowe. Obecnie sprawa przycichła. Jak Pan sądzi: zmniejszenie zainteresowania hipertekstem w Polsce jest spowodowane tym, że okazało się, że jest to tylko nowinka techniczna, która nie wnosi niczego nowego do literatury, czy może hipertekst posiada duży, niewykorzystany potencjał i czeka wciąż na odkrycie?

Sam się nad tym zastanawiałem, bo miałem okazję przyglądać się z bliska powstawaniu doktoratu na temat powieści hipertekstowej. Doktorat w końcu powstał, został obroniony i całkiem zresztą przyzwoicie wygląda. Wydaje się więc, że przynajmniej jako obiekt badań literaturoznawczych zjawisko hipertekstu ma się dobrze.
Ale poważnie – wszystko trwa jeszcze w granicach eksperymentu z jednej, a awangardy estetycznej – z drugiej strony. Hipertekst wydawał się taką fajną maszynką technologiczną, rodzajem zabawki, która – być może – mogłaby z czasem zrewolucjonizować prozę (poezję zresztą pewnie też). I ten pierwszy entuzjazm był entuzjazmem odkrywców.
Ale prawdą jest, że technologia wyprzedza tu przyzwyczajenia percepcyjne. Po pierwsze – dramatycznie odchodzi od linearnego porządku prowadzenia opowieści; a po drugie stawia przed czytelnikiem tak wielkie wymagania (można oczywiście powiedzieć też, że oferuje mu oszałamiające możliwości zarządzania własnym sposobem lektury!), iż czytelnik ten po prostu odrzuca taką propozycję.
I w tym sensie hipertekst pozostaje wciąż marginesem, awangardowym, ale jednak marginesem i nie wykracza poza – zgoda, intrygujące – ale jednak „zabawy” literackie. Ciekawe są na przykład poetyckie eksperymenty Jarosława Lipszyca przy wykorzystaniu narzędzia hipertekstowego. Nie umiem powiedzieć, co z tym dalej będzie. Być może to jedna z licznych ślepych uliczek – jak w swoim czasie tzw. poezja konkretna. Też wydawała się intrygująca i odświeżająca estetyczne możliwości i dość szybko wyczerpała się, ujawniając własne ograniczenia. Ale z czasem publiczność może „dorosnąć” do tej formuły literackiej i to, co mnie jeszcze wydawało się niepokojąco nowatorskie i jakby z innej literackiej planety – moim córkom będzie wydawało się czymś naturalnie funkcjonującym w obrębie sztuki.
Z czasem też i ta technologia może się jeszcze bardziej rozwinąć i wtedy okaże się jeszcze bardziej poręczna i masowa. Pamiętam jak wiele lat temu mówiło się o eksperymentach z telewizją High Definition tak jak się mówi o projektach podboju kosmosu, a dziś możemy ją mieć w domu.
Ale, powtórzę, może być i tak, że fascynacja hipertekstem to jedynie epizod, jak epizodem był w swoim czasie futuryzm. Wszelako – jak futuryzm – przeobrażającym jakoś (ale jak?) wrażliwość estetyczną zarówno artystów jak i odbiorców.

9. Jakie trendy w internecie literackim uważa Pan za kulturotwórczo pozytywne a które za negatywne?

Przyznam, że to niełatwe dla mnie pytanie. Raz – nie jestem aż takim bywalcem internetu, by się zbytnio wymądrzać. Dwa – wciąż nie do końca „czuję” internet. Dla kogoś takiego jak ja, dorastającego w epoce, gdy nie było komputerów osobistych, natomiast znakiem nowoczesności była zwykła mechaniczna maszyna do pisania (bo pisywało sie ręcznie – tak jest!), internet wciąż stanowi pewną nowość. Odkrywaną z radością, ale i z nieufnością zarazem, a często też lekkim przerażeniem.
Z punktu widzenia kultury widzę w internecie sporo działań pozytywnych: cieszę się z obecności w nim rozmaitych pisarzy, o ile tylko ich blogi, strony itd. mają charakter twórczy, a nie tylko prezentacyjny (więc w pewnym sensie są wtedy po prostu martwe). Atutem internetu, z którego sam – mam nadzieję, korzystam – jest szybkość i bezpośredniość. Prasa literacka ma bowiem (poza swym niewątpliwym urokiem i innymi ważnymi zaletami) pewną istotną wadę – komentuje wydarzenia kulturalne z mocnym opóźnieniem.
Poza tym, o czym już wspominałem w aspekcie własnej działalności blogowej – internet daje poczucie swobody i wolności. Pozwala ominąć rozmaite ograniczenia, które funkcjonują w przestrzeni papierowej. Na przykład – nie trzeba się tak bardzo liczyć z wymiarami objętościowymi tekstu czy też z preferencjami redaktorów skłonnych zawsze do manipulowania tym, co napiszesz. Nie bez znaczenia jest też możliwość bezpośredniego kontaktu z czytelnikiem – dzięki funkcji komentowania. Taki rodzaj interakcji jest w realu dostępny właściwie jedynie na spotkaniach autorskich.
Nie jestem futurologiem i nie umiem przewidzieć, jakie nowe jakości – dodajmy, twórcze – mógłby, może – internet wnieść bezpośrednio w artystyczną twórczość. Kilka lat temu Jarosław Lipszyc, który zna się na sprawie tysiąc razy lepiej ode mnie – przekonywał mnie w debacie toczonej na łamach „Gazety Wyborczej”, że – paradoksalnie – publikuje się w sieci dość tradycyjną literaturę. Pamiętam nawet tytuł jego artykułu – „Raczej Poświatowska” – mający zasugerować, że dominuje w sieci twórczość mocno konserwatywna, jeśli idzie o wymiar formalny i ideowy;  że mianowicie sieć to raczej forum, gdzie spotykają się nie tyle nowatorzy i awangardziści, ile właśnie kultywatorzy tradycji. I co więcej – raczej epigoni.
Przyznam, że na ogół drażnią mnie w internecie takie blogi/strony pisarzy, które stanowią erupcję ich egocentryzmu i egoizmu. Niestety, to co jest zaletą internetu, bywa też i wadą. Można tu polać wodę – i to maksymalnie – bo nikt tego nie powstrzyma. Irytują mnie tez zapisy zanadto prywatne – swoisty rejestr własnych czy rodzinnych działań. Zapewne są tacy, co lubią takie rzeczy czytać, ale mnie to pachnie trochę plotkarstwem, a trochę ekshibicjonizmem, z którym możemy obcować, gdy zajrzymy do tzw. popularnych, kolorowych magazynów.
Razi mnie też – i widzę w tym jałowość – agresja, frustracja, nieprzychylność, cynizm komentarzy. Zarówno jeśli idzie o strony nadzwyczaj popularne (z przerażeniem zaglądam na komentarze podłączone do newsów na Onecie!), jak i strony artystyczne, bądź paraartystyczne (przykład portalu Kumple.pl może tu być dobrym przykładem). Wydaje się, że internet służy wielu Polakom zwyczajnie po to, by napisać tam to, czego w realu nigdy by nie poważyli sie powiedzieć. To smutne i coś nam mówi o naszej narodowej mentalności…
A czy internet ma potencjał, który byłby produktywny literacko? Któż to wie. Przygoda z hipertekstem, o którym rozmawialiśmy, pokazuje że rzecz jest skomplikowana i powikłana.
Zaryzykuję więc taką tezę – na dziś nie widać, żeby internet oferował jakieś oszałamiające możliwości artystyczne, które by mogły prowadzić do dramatycznych przemian pisarstwa. Ale to, oczywiście, może się lada dzień, zmienić.

Książka Jarosława Klejnockiego na stronie Wydawnictwa Literackiego

Książka Jarosława Klejnockiego na stronie Wydawnictwa Literackiego

10. W czym widzi Pan potencjał internetu, to znaczy czego jeszcze brakuje literackim działaniom internetowym? Mamy portale, serwisy społecznościowe, wizytówki pisarzy, blogi i strony autorskie, ale czy nie odczuwa Pan potrzeby jeszcze na inne przestrzenie? Jeżeli tak to na jakie?

W sferze kultury działalność internetowa artysty wciąż jest postrzegana jako nisza, przynajmniej u nas. To za „papierowe” książki pisarz jest wciąż oceniany – nagradzany, komplementowany, bądź ganiony.
Dobrze pan to ujął – w internecie więcej jest wciąż potencjału niż spełnienia. Osobiście siłę internetu dostrzegałbym w możliwości „rozruszania” krytyki literackiej i recenzenctwa, mniej natomiast wierzę, że internet zaoferuje artystom możliwość prezentacji ich dzieł na równi z szansami, które oferuje „real”. W internecie chyba lepiej – ciekawiej, żywiej – rozmawia się o sztuce niż ją prezentuje. Mówiliśmy o Literatorium – to był fajny projekt, kibicowałem mu. No, ale uwiądł jakoś i chyba umarł ostatecznie – ale to ciekawy prognostyk. Może w przyszłości pojawią się bardziej dynamiczne i żywsze fora internetowe (swoją drogą, to dość koszmarna nazwa), gdzie będzie się dyskutowało o sztuce?
Z innej beczki – możliwości internetu owocują nadmiarem bogactwa. Chłam miesza się tam, na równych prawach, z tym, co wartościowe i intrygujące. A ilość, wbrew tezom Lenina, nie musi przekładać się automatycznie na jakość.
Nie mam poczucia niedosytu, gdy surfuję po internetowych stronach kulturalnych. Raczej boję się, że za chwilę nie będę w stanie ogarnąć tego, co istotne (już się to zdarza!), podobnie jak nie jestem w stanie śledzić – w sposób mnie samego satysfakcjonujący – życia kulturalnego w „realu”.

11. Mam pytanie do Pana jako krytyka literackiego: czy dostrzega Pan w literaturze współczesnej zmiany językowe i strukturalne, które mogły powstać pod wpływem internetu? Nie pytam tutaj o wprowadzenie do powieści rzeczywistości współczesnej, która jest przesiąknięta komputerami, na przykład – napisanie książki z e-maili. Pytam o teksty, których wyrazistym i skrajnym przykładem są „Mnemotechniki” Jarosława Lipszyca?

Otóż myślę, że w sferze, o którą pan pyta, krytyka jest służebnicą filologii, a może nawet bardziej językoznawstwa.
Jako krytyk bowiem, ne wiem do końca, czy zmiany leksykalne czy syntaktyczne w języku prozy – które bardziej wyczuwam niż stwierdzam i analizuję – są tyleż efektem oddziaływania internetu na autorów (a więc i czytelników), czy raczej wpływu np. filmu, procesów homogenizacyjnych w kulturze, zaniku elitaryzmu na rzecz profesjonalizacji itd (krótkie zdania, „szybki montaż” gramatyczny wypowiedzi). To jest dylemat z rodzaju: „jajko czy kura”. Internet wpływa, czy jest kształtowany, ma sankcję podmiotową czy przedmiotową.
Konkretnie zaś – może jestem złym obserwatorem, ale jakichś wielkich zmian, o które pan pyta – nie widzę. Owszem – u poetów tzw. neolingwizmu (i to nie tylko Lipszyc, ale i Joanna Mueller, i Maria Cyranowicz), ale to logiczne, skoro poezja lingwistyczna traktuje język nie tylko jako tworzywo, ale też jako obiekt obserwacji i eksperymentu. Jest też np. książka poetycka Agnieszki Wolny – Hamkało pod tytułem „Spamy miłosne”, gdzie wiersz staje się właśnie takim spamem „reklamującym” uczucia; ciekawa, nieco hermetyczna przez to poezja. No i jest ta nieszczęsna powieść hipertekstowa, ale ja właściwie dobrze znam tylko jedną: „Koniec świata według Emeryka” Radosława Nowakowskiego. Jakbym był uważniejszym obserwatorem, to pewnie mógłbym tak na podorędziu, jak to właśnie uczyniłem, wymienić jeszcze trochę tekstów, ale to wciąz nie są przykłady na nową, inną jakość mentalną, której kształt byłby w jakiejś większej mierze efektem oddziaływania internetu. Odwołując się do – co prawda dawnych, ale jakże celnych – rozpoznań McLuhana: nowy przekaźnik nie wymodelował jeszcze umysłów – tak, jak niegdyś uczyniła to książka, a potem telewizja.
Więc słuchajmy naukowców, a zwłaszcza językoznawców. Bo kiedy oni stwierdzą pojawienie się nowych jakości w sztuce na poziomie – umownie mówiąc – struktur gramatycznych, będzie to dopiero wtedy zapowiedź głębokiego przełomu. Ufam bowiem założeniom tzw. hipotezy Sapira – Whorfa, wedle której, mówiąc potocznie, „myślimy językiem”.

Rozmawiał: Leszek Onak

Odwiedź bloga Jarosława Klejnockiego tutaj.

———————————————————————————

Jarosław Klejnocki (ur. 1963) pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego (zajmuje się metodyką nauczania oraz polską literaturą współczesną) i nauczyciel w prywatnym warszawskim liceum.

Razem z Jerzym Sosnowskim napisał „Chwilowe zawieszenie broni, O twórczości tzw. pokolenia bruLionu (1986-1996)”. Autor tekstów krytyczno literackich: „Bez utopii? Rzecz o poezji Adama Zagajewskiego” i „Literatura w czasach zarazy”. Autor takich książek prozatorskich: „Jak nie zostałem menelem”, „Przylądek pozerów” i „Południk 21”.

We wrześniu 2008 roku założył bloga pt. „Raptularz końca czasów” pod adresem http://klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl.

———————————————————————————

Leszek Onak - ur. 1981, didżej i programista kultury Leszek Onak

Podobne artykuły