“Po dwu stuleciach subtelnych rozumowań filozofów-transcendentalistów chciałbym zobaczyć problem percepcji po prostu i trywialnie. Moje postrzeganie uczestniczy w naturze świata, a nie - jak chcieli transcendentaliści - świat w naturze mojego postrzegania. To proste rozumowanie otwiera możliwość połączenia tego, co w naszej tradycji myślowej zostało rozłączone - scalenia bytu i powinności, istnienia i znaczeń, wielkości i wartości, cech ilościowych świata rozważanych przez naukę i cech jakościowych mojego doświadczenia.”
Cytat pochodzi z artykułu “Istnienie jako metafora. Wobec kryzysu kulturowego”, który ukazał się lata temu w trzecim tomie serii “Przestrzenie świadomości. Studia filozofii literatury” w ramach “Poznańskich studiów z filozofii humanistyki”. Redagowali to wydawnictwo profesor Leszek Nowak i skromny kierownik literacki Teatru Polskiego we Wrocławiu - Andrzej Falkiewicz. To właśnie ten ostatni jest autorem zdroworozsądkowego ujęcia problemu, przed którym został postawiony filozof tuż przed oficjalnym zakończeniem świata.
Problem oczywiście nie jest nowy. Raczej jest dość stary, ale za to coraz bardziej aktualny. Problem polega na pójściu w zaparte. Bywa bowiem tak, że kiedy ktoś bystry coś wymyśli, a nikt inny nie zauważy, że to coś być może nie do końca się kupy trzyma, to potem to coś rośnie, rośnie i rośnie. Jak niepopity pieróg ruski. Większość ludzi nawet nie podejrzewa, że wpadła w pułapkę. Większość żyje i uczestniczy we wdrażaniu paradygmatu. Niekoniecznie świadomie, zazwyczaj jednak ochoczo.
I tak, gdy Kant przestawił zwrotnicę filozofii na tory nowożytne, wstrzymał człowieka, ruszył myśl, podzielił świat na podmioty i przedmioty, a następnie zaczął się zastanawiać jak od jednego dotrzeć do drugiego, gdy on to wszystko zrobił, a nikt nie zwrócił uwagi na drobiazgi, to potem już trzeba było rzecz jakoś kontynuować. Z niemiecką precyzją. Ein, zwei. Ein, zwei. Fichte, Hegel, Marx, Schopenhauer, Nietzsche, Husserl, Heidegger, Jaspers, Gadamer, Beckenbauer, żeby poprzestać na największych celebrytach nowożytnej filozofii, wszyscy oni jak ein mensch ścigali się w teoriopoznawczym dzieleniu mnie na ja i nie-ja, sra i nie-sra. Que sera, sera, what ever will be, will be.
Każdy, kto dziś usiądzie nad jakimkolwiek zagadnieniem filozoficznym, po pierwsze, zdaje sobie sprawę, że go nie ogarnie. Nie da rady ani przeczytać wszystkiego, ani przyswoić, ani, broń boże, zapamiętać. Po drugie, utwierdza się w przekonaniu, że nawet najdokładniejsze zgłębienie jednego, może nawet szalenie istotnego, zagadnienia, nie pozwoli na wyciągnięcie wniosku dość ogólnego, aby mógł on przynieść jakąkolwiek satysfakcję. Po trzecie, współczesny filozof musi zdać sobie sprawę, że wchodząc w jedno zagadnienie, w żaden sposób nie dogada się ze specjalistą od zagadnienia drugiego, gdyż tamten zbyt głęboko będzie siedział w swoim.
Uwiąd nowoczesnej filozofii widać na każdym kroku. Nie ma filozofów, którzy mieliby choć cień pojęcia, jak odpowiedzieć na stosunkowo proste pytania ontologiczne. Aborcja, eutanazja, terroryzm, kapitalizm, ateizm, fundamentalizm to są pytania szczegółowe, na które odpowiadają specjaliści od bioetyki, ekonomii, socjologii, religioznawstwa. Każdy z nich szczegółowo objaśni, jakie możemy zająć stanowiska i z czego one wynikają. Może wskazać na szanse, zagrożenia, porównać jedną propozycję z drugą, dać lśniący erudycją i skrzący się humorem komentarz, ale nie odważy się już na próbę skonstruowania modelu, który zawierałby w sobie wytyczne o znaczeniu uniwersalnym.
Jakie to ma znaczenie dla zwykłego człowieka? Ano mniej więcej takie, że zwykły człowiek widzi na co dzień bezradnych polityków grzęznących w jałowych sporach o najlepszy sposób podnoszenia produktu krajowego brutto albo próbujących stawić czoła fali terroryzmu przy pomocy coraz większych armat. Zwykły człowiek powierza swoje życie showmanom, którzy mają usta pełne frazesów będących karykaturą idei liberalnych, socjalistycznych czy pozytywistycznych. Zwykły człowiek posyła dzieci do szkół, gdzie karmi się je zgniłymi burakami pragmatyzmu z ogołoconej spiżarni Jamesa i Deweya. Zwykły człowiek godzi się na to, że został zagoniony w ślepy zaułek kompostmodernizmu.
Andrzej Falkiewicz nie był na szczęście filozofem akademickim. W ogóle nie był związany z żadną organizacją naukową. Przyjaźnił się i współpracował z kilkoma interesującymi postaciami polskiego życia naukowego, ale sam był, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, wolnym strzelcem. Dzięki temu mógł sobie myśleć, jak chciał, pisać, co chciał, i wyciągać wnioski, jakich nikt inny nie wyciągał. Nauka zinstytucjonalizowana wymusza bowiem zachowania konformistyczne, a czasem wręcz kompromitujące. Szczególnie w naukach humanistycznych, żeby zasłużyć na prawo formułowania własnych tez, najpierw trzeba obrobić pole swojego protektora. Po dwudziestu latach takiego obrabiania już się zazwyczaj nie pamięta, do czego chciało się dojść pierwotnie.
U Falkiewicza można wyczytać śmiały pomysł. Pomysł nawet bezczelny, bo postulujący zarzucenie obecnego kierunku nie tylko badań filozoficznych, ale czegoś znacznie ważniejszego. Interpretacja świata narzucana przez filozofów wpływa bowiem na organizację cywilizacji. Jeśli się przyjęło za filozofem, że jesteśmy podmiotami poznającymi przedmioty, to można potem na tym fundamencie budować ogromną świątynię wiedzy usystematyzowanej w pewien jasno określony sposób. Tu jestem ja, a tu poznanie moje. Tu jestem ja, tu nie-ja. Tu jest cywilizacja, tam są dzikusy. Systematyzując świat w taki sposób, zauważył Falkiewicz, coraz bardziej oddalamy się od pierwotnego sensu poznania. W gąszczu pojęć i metafor, gubimy sens istnienia.
To, co się teraz dookoła nas wyrabia, jest jawnym wyczerpaniem nowożytnego pomysłu na świat. Do tej encyklopedii nie dopisze się zbyt wielu haseł, o czym już przecież sami filozofowie powiedzieli dość jasno, kierując swoje myśli ku reinterpretacji tego, co już wielokrotnie przeinterpretowane. Obecnie ścigamy się w wymyślaniu coraz to nowych narzędzi, gadżetów, podniet, które nie dają nam niczego poza krótkotrwałym uczuciem, że życie jest piękne. Gdybyśmy tylko otrzeźwieli na chwilę i zapytali samych siebie, po co nam to wszystko, nie znaleźlibyśmy żadnej odpowiedzi, ponieważ dawno już wsadziliśmy ją na wysoki procent do banku tandetnych marzeń.
Andrzej Falkiewicz umarł w ostatni czwartek, pozostawiając po sobie dość ciekawą ideę. Podobnie jak zmarły kilka miesięcy temu jego przyjaciel Leszek Nowak, odważył się myśleć w sposób nieprzystający do dzisiejszej absurdalnej gonitwy argumentów. Oni pozwolili sobie na to, by “popod samorozwiązanymi i samozamkniętymi metaforami zachodniej kultury, w tej największej metaforze, którą ze swej istoty jest istnienie, określić ponownie jej człon bliższy mojemu ciału i jej człon od mego ciała dalszy, odnaleźć na powrót pozycję świata i pozycję mnie”.
Falkiewicz umarł w moim rodzinnym Puszczykowie. W miasteczku, na którego ulicach z niepokojem pokazywał mi go mój pragmatyczny Dziadek. Pokazywał wiedziony lękiem o moją przyszłość. Uważaj, żebyś nie skończył jak ten filozof, bo widzę, że masz jakieś takie ciągoty, chleba z tego nie będzie, mówił wtedy. Być może pamiętał domorosłego filozofa z bardzo dawnych lat, kiedy ich ojcowie byli wziętymi poznańskimi przedsiębiorcami, a potem stracili wszystko w kryzysie, wojnie i powojennej redystrybucji dóbr przeprowadzonej przez komunistów. Być może w jego niedoskonałym losie widział także swój niedowartościowany los. Los całego pokolenia burżuazyjnych dzieci, które po wojnie musiały przyjąć na twarz gorzką prawdę o życiu.
Dziadek nie wierzył w Falkiewicza. Dziadek był, jak większość poznaniaków oddany myśleniu kantowskiemu. Tak, dałby się pokroić za Kanta. Nie w głowie mu były poszukiwania. Mi się jednak wydaje, że Falkiewicz swój rozum miał. Mi się nawet wydaje, że można jego biografię porównać do życiorysu enfant terrible niemieckiego transcendentalizmu - pochodzącego z innego polsko-niemieckiego zaścianka - Arthura Schopenhauera. Mierząc bowiem szerokością horyzontów, a nie liczbą orderów, trzeba przyznać, że ten syn poznańskiego potentata, pomimo zmasowanego ataku przeciwności losu, wyszedł jednak na swoje, a może wyjdzie jeszcze na nasze.
Tagi: Relacja z Końca Świata
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Niedoczytania.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Plebiscyt cukierniany 2009
Głosowało: 589
Linia ta zaczyna się przy ulicy Grodzkiej i potem skosem przebiega przez Rynek. To oczywiście duże uproszczenie, ale rzeczywiście zdarzyło mi się, że pewien krakowski poeta na moją propozycję kontynuowania ciekawego spotkania w Prowincji powiedział “Moja noga tam nie postanie”. To są oczywiście jakieś środowiskowe rzeczy i animozje, ale ci, którzy bywają po tamtej stronie [...]
ciekawy artykul, Schopenhauer to jeden z moich ulubionych filozofow pesymistow, i niestety zachodni optymizm mnie przeraza.