niedoczytania: Latest post
Marek Radziwon (ur. 1970) - absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST, krytyk teatralny, tłumacz, szef Instytutu Polskiego w Moskwie.
niedoczytania: Latest post

Przedsmak

Przedsmak: Marek Radziwon - “Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie” - W.A.B. - lipiec

Prezentujemy fragment książki Marka Radziwona - “Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie” - W.A.B.

KRÓTKI OPIS KSIĄŻKI: Fundamentalne pytania, które Radziwon zadaje w swojej książce zadać jest bardzo łatwo: co powoduje, że wybitna jednostka w określonych warunkach działa akurat tak, a nie inaczej? Dlaczego ten sam człowiek czasami zachowuje się jak bohater, a innym razem jak tchórz? Czy zdaje sobie sprawę ze swoich pobudek? Kiedy działa zgodnie z nimi, a kiedy na przekór? W odniesieniu do konkretnej osoby odpowiedzi na te pytania udzielić niełatwo. W odniesieniu do Jarosława Iwaszkiewicza i jego długiego, powikłanego życia, jest to trudne w dwójnasób. Człowiek Wschodu i Zachodu, wrażliwy artysta i erudyta, prozaik i poeta, był jednocześnie przywiązany do splendorów, zauroczony władzą, nieraz łatwo ulegał złudzeniom, czasem zachowywał się jak oportunista. Marek Radziwon śledzi jego koleje życia, wskazuje wydarzenia i osoby, które kształtowały Iwaszkiewicza oraz sięga po mnogość źródeł i świadectw, które pomagają choćby częściowo pojąć tę niezwykle skomplikowaną osobowość. Radziwon napisał mądrą, dociekliwą książkę, dotarł do wielu niewykorzystanych dotąd materiałów, takich jak listy, źródła archiwalne, czy też notesy i kalendarzyki pisarza. Nie przykrawa przy tym życia Iwaszkiewicza do współczesnych realiów, nie proponuje łatwych odpowiedzi, ostrożnie formułuje oceny. Zadaniem tej wyjątkowej biografii nie jest, bowiem poniżenie lub wywyższenie bohatera, ale przede wszystkim próba jego zrozumienia.

Jarosław Iwaszkiewicz nawiązywał nowe kontakty literackie - szybko trafił na grupę rówieśników spod “Picadora”, tymczasem jednak należało szukać sobie jakiegoś utrzymania. Młody pisarz wziął posadę nauczyciela w domu Jana Potockiego na Krakowskim Przedmieściu: “prosperuję u Potockich. Mieszkamy w pałacu tzw. Krasińskich [...] naprzeciwko Uniwersytetu, mam dosyć przyjemny pokoik, całe utrzymanie, 400 marek miesięcznie. Sytuacja finansowa przedstawia się więc nieźle, ale niestetyim większe dochody, tym więcej wydaję”. Wyszedł numer “Pro Arte et Studio”, w którym opublikowano kilka oktostychów, w tym samym mniej więcej czasie, 29 listopada 1918 roku, Iwaszkiewicz debiutował w kabarecie literackim “Pod Picadorem”. Pisał do sióstr w grudniu 1918 roku: “Wieczorem wychodzę sobie do kawiarni pod <<Picadorem>>, w której zbierają się różni ludkowie i za opłatą pięciu marek za wejście słuchają różnych bzdur, które im młodzi poeci czytają, między innymi poetami jest nasz subtelny Jarosław Iwaszkiewicz, który zaczyna być bardzo ceniony - aczkolwiek zapewne kariery nie zrobi, bo nie umie się zastosować do wymagań hołotki zwanej publicznością. Nastrój <<Picadora>> bardzo miły i rzeczywiście grupuje się tam dużo młodych i ciekawych ludzi”. Wieczorki literackie w kawiarni na Nowym Świecie szybko zyskały lokalną sławę, odwiedzali je także prominentni politycy: “O tym, co za nastrój panował wśród pikadorczyków, świadczy to, że natychmiast po przeczytaniu przez Tuwima jakiegoś srodze antyniemieckiego wiersza Słonimski wygłosił swoje Alles, alles über Deutschland - wiersz, biorący w obronę zwyciężonego”.

[...]

Kolejny tragiczny rachunek przyszło robić po Powstaniu Warszawskim. Znowu, jak rok wcześniej, Iwaszkiewiczowie widzieli ze Stawiska dymy nad płonącą Warszawą. Już 3 sierpnia, kiedy myśli o klęsce Powstania nikt jeszcze nie dopuszczał, Iwaszkiewicz notował gorzkie wrażenia z pierwszej rozmowy z uciekinierami z miasta. Znów miał pretensje o niepotrzebne ofiary, pytał o sens i koszta tej walki, znów jak we wrześniu 1939 roku dostrzegał lekkomyślność i nieprzygotowanie zwierzchników: “przerażające - nierozsądek dowództwa, brak zabezpieczenia. Kazano im wykonać zupełnie inne zadanie niż to, do którego przygotowywali się przez trzy miesiące. [...] Myśl, że powstanie nie było przygotowane albo wybuchło nie w porę, nie mieści mi się w głowie”. W Powstaniu znalazła się większość rówieśników i przyjaciół Marii, starszej córki Iwaszkiewiczów, którzy bywali na Stawisku wielokrotnie. Walczyli także ulubieni młodzi pisarze Iwaszkiewicza, których wspierał w czasie okupacji - Krzysztof Kamil Baczyński, Zdzisław Stroiński, Tadeusz Gajcy. “Mieli rozpylacze, trzeba z nich strzelać. Do kogo? [...] A zresztą wszystko jedno do kogo, byle strzelać. Rozpylacze i pistolety, gdy się je długo trzyma bezczynnie, wreszcie same wypalą”. Iwaszkiewicz pisał tak o grupie zapalczywych młodych, którzy w lipcu 1944 podejrzewali go o prowadzenie handlu z okupantem, ale czy inaczej myślał teraz o powstańcach?  W kolejnych dniach uciekinierzy z ogarniętej walkami stolicy docierali do Stawiska coraz szerszą falą, a razem z nimi coraz gorsze wiadomości o sytuacji w Warszawie. Dom Iwaszkiewiczów stał się noclegownią, jadłodajnią, kiedy trzeba było, nawet szpitalem dla kilkudziesięciu osób. Pełnił też rolę poczty i zaimprowizowanego centrum poszukiwań i informacji o zaginionych. Do Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów przychodziły setki listów z pytaniami o najbliższych, z prośbami o pomoc w poszukiwaniach, z nadzieją na jakąkolwiek wiadomość. Pisali zwykle ludzie nieznajomi, którzy wiedzieli, że Stawisko istnieje, ma się dobrze i że jest jednym z niewielu miejsc w okolicy, w których można szukać wsparcia: “Ponieważ dotąd nie mogę uzyskać informacji o losie moich rodziców, przeto proszę o ile możności, o ułatwienie mnie odnalezienia najbliższych, jak również powiadomienia ich, że jestem całkowicie pozbawiony odzieży”, “uprzejmie proszę o łaskawą pomoc w odszukaniu mego Ojca i Matki.

Jestem całkowicie pozbawiony odzienia. Prosiłbym, jeżeliby Pan odnalazł moich najbliższych, o przesłanie paczki żywnościowej i tytoniu”, “uprzejmie zapytuję Sz. Pana, czy nie mógłbym znaleźć u Pana schroniska dla siebie i szwagra na krótki czas. Jestem uratowany po warszawskiej tragedii”.

[...]

Na pierwszy wyjazd do Warszawy Iwaszkiewicz zdecydował się w grupie organizowanej przez Stanisława Lorentza, ale już po wyzwoleniu. “Ze ściśniętym sercem jechaliśmy do zburzonej stolicy, ja i kilku moich przyjaciół, pewna część moich lokatorów” - wspominał pisarz. Opis prawdopodobnie tej właśnie wyprawy z lutego 1945 roku znajdujemy także we wspomnieniu Marii Dąbrowskiej: “ani spostrzegłam, kiedy się znalazłam w ciężarówce i pośród wielu znajomych. Bo oprócz dyrektora St. Lorentza byli tam: Elżunia Barszczewska (moja krewna), Marian Wyrzykowski, Jarosław Iwaszkiewicz. I tak przez czysty przypadek ciężarówką Muzeum Narodowego, którą prowadził major Rafałowski, dojechałam koło południa po trzydziestu prawie godzinach podróży do Warszawy”. Miasta właściwie nie było. Kilkanaście lat później w opowiadaniu Iwaszkiewicza Wzlot znajdujemy taki naiwny opis: “I ta Warszawa, panie, pusta Warszawa, to zupełnie jakbym w jakich górach był, w starych książkach u cioci to takie stare rysunki widziałem, jakieś afrykańskie czy amerykańskie góry, a tutaj to wszystko nasze ruiny”. Samo odzyskanie wolności, chociaż wyczekiwane co najmniej od Bożego Narodzenia 1944 roku, przyszło niespodziewanie. 16 stycznia 1945 roku, dzień przed wyzwoleniem Warszawy, ostatnie oddziały niemieckie opuściły Podkowę, jeszcze przed świtem w popłochu wyjechali także żołnierze niemieccy mieszkający na Stawisku. Przed południem tego dnia w domu pojawił się jeszcze ostatni zabłąkany własowiec, który zażądał koni, i wozem pełnym kradzionego owsa uciekał w stronę Książenic: “Szelma czuje, że coś niedobrze - wspominał Iwaszkiewicz - bo wciąż spogląda na nas spacerujących po dziedzińcu i wreszcie odzywa się czystą polszczyzną:    - Panie dziedzicu, panie dziedzicu, po obiedzie Rusek będzie! A pan wie, co Rusek robi z takimi jak pan!”. Kilka minut później przyszły wiadomości o radzieckich czołgach jadących na Brwinów od strony Grodziska. Obyło się niemal bez wystrzału. Nie sprawdziły się plotki krążące po okolicy od wielu miesięcy, jakoby Niemcy po opuszczeniu Warszawy mieli palić także podwarszawskie miejscowości. W kurniku pobliskiego domku dozorca Głodkowski ukrywał jeszcze przez tydzień czterech starych bawarskich rezerwistów. Iwaszkiewicz zapytał go kiedyś: “Głodkowski, ty tak się nie boisz?”. I usłyszał w odpowiedzi: “Co pan chce, to przecież też ludzie”.

Dwa lata później, w marcu 1947 roku, Iwaszkiewicz tak wspominał okupacyjne Stawisko w liście do dawnego niemieckiego przyjaciela Karla Schefolda: To czysty przypadek, że jeszcze żyję i dalej mieszkam w Stawisku, naszym domu, który znasz. Mało kto z moich przyjaciół i krewnych pozostał przy życiu, a nikt nie mieszka w tym samym domu co przed wojną. Zbliżał się nowy czas. Z wyzwoleniem nadchodziły jednak także pytania, które właśnie wykrzyczał ten Ukrainiec w niemieckim mundurze.

Iwaszkiewicz z pewnością sam je sobie stawiał, wiedział, że nie ma powrotu do Polski przedwrześniowej, rozumiał, że wraz z wyzwoleniem instalowano nową władzę i że jako pisarz ze znanym nazwiskiem, jeden z najważniejszych ludzi kultury mieszkających w czasie okupacji w kraju, będzie się teraz musiał jakoś układać, szukać sobie w nowym porządku własnego miejsca. Czy jednak rozumiał skalę zmian? Czy nie ulegał, przynajmniej w pierwszych powojennych latach, kiedy dbano o propagandowe pozory, naiwnym złudzeniom, czy nie wierzył nazbyt w retorykę sprawiedliwości i demokracji? Czy mimo euforii, niesionej przez wyzwolenie po pięciu latach okupacji, myślał wtedy jak profesor Wacław Borowy, który 26 sierpnia 1944, jeszcze w czasie trwania Powstania Warszawskiego, chociaż już po wygaśnięciu ostatnich nadziei z nim związanych, pisał w dzienniku: Utoniemy w morzu sowieckim, jako nowa republika radziecka, ale za nami pewno pójdzie cała Europa. Spadniemy do poziomu jakiejś republiki kaukaskiej czy mordwińskiej, bo resztki inteligencji będą pewno albo wybite, albo deprawowane - z wyjątkiem nielicznej grupy komunistycznej, która obejmie “rząd dusz”.

[...]

Już w 1945 roku Jarosław Iwaszkiewicz zeznawał jako świadek w śledztwie przeciwko Ferdynandowi Goetlowi i Janowi Emilowi Skiwskiemu. W sprawie występowało kilkunastu najważniejszych polskich pisarzy, wśród nich: Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Breza, Maria Dąbrowska, Tadeusz Hołuj, Mieczysław Jastrun, Stefan Kisielewski, Leon Kruczkowski, Irena Krzywicka, Julian Krzyżanowski, Czesław Miłosz, Jerzy Zagórski, Zofia Nałkowska, Jan Parandowski, Julian Przyboś, Adolf Rudnicki, Teofil Trzciński, Adam Ważyk, Kazimierz Wyka.
Mam się stawić nazajutrz na Pragę w sądzie okręgowym, Szeroka 38. [...]

Pokoik, w którym miało miejsce przesłuchanie, jak najnędzniejszy pokoik sekretarza gminnego w najuboższej gminie. [...] W sprawie Goetla i Skiwskiego jest jakieś pięć pytań. Na wszystkie odpowiadam po prostu to, co wiem. Oddziela sprawę Goetla od sprawy Skiwskiego. W sprawie Goetla wyrażam moje przekonanie, że nie współpracował z propagandą niemiecką, w sprawie Skiwskiego - ogólnie znany fakt, że współpracował. Na okoliczność przedwojennej działalności pisarskiej obu spostrzegam, że pytający nic nie wie o tych pisarzach ani o ich książkach. [...] Na końcu zeznania o Skiwskim przesłuchujący sam od siebie dopisał “i uważam go za zdrajcę”. Kiedy odczytywał tekst protokołu, stwierdziłam: “Ja tego nie powiedziałam w tym miejscu. Orzeczenie o zdradzie należy do sądu, nie do mnie”. [...] odpowiedział “słusznie” i skreślił te słowa. Wszyscy pisarze zeznający w sprawie, bez względu na przedwojenne sympatie polityczne, partyjni czy bezpartyjni, starali się Goetla bronić - stanowisko Dąbrowskiej nie było odosobnione. Najczęściej powtarzano, że Goetel był dobrym organizatorem życia literackiego, że w latach trzydziestych jako prezes ZZLP interweniował w sprawie zwolnienia z więzienia w Berezie poety Leona Pasternaka, chociaż ten reprezentował poglądy mu przeciwne, że w czasie okupacji uczestniczył w akcjach pomocy pisarzom.

Nikt nie potwierdzał także kolaboracji: “Nie jest mi nic wiadomo, aby Goetel współpracował z Niemcami. [...] Nie, nigdy [nie] słyszałem, aby Goetel wyrażał jakiekolwiek sympatie w stosunku do Niemców”5. “Patriotyzm Goetla jest niewątpliwy” (Jerzy Andrzejewski); “Zachowywał się z dużą odwagą, interweniował u władz niemieckich” (Tadeusz Breza); “był on nastawiony wybitnie antyniemiecko. [...] w okresie okupacji, podczas spotkań ze mną zawsze mówił i sądził, że Niemcy poniosą porażkę” (Maria Dąbrowska); “wrogość odnoszenia się do Niemców nie ulega wątpliwości i w tym względzie był zupełnie pewnym człowiekiem. [...] Goetel uważał, że współpraca z Niemcami jest niemożliwa, natomiast był, jak się zdaje, zdania, że trzeba bronić, co się da i kogo się da, jeśli trzeba, nawet drogą interwencji u wpływowych figur niemieckich” (Czesław Miłosz).

Dość lakonicznie pisarze wypowiadali się także o obecności Goetla w delegacji katyńskiej. Przedstawiano go zwykle jako osobę lekkomyślną, pozbawioną wyobraźni politycznej. Dlatego dał się, niby wbrew sobie, łatwo wykorzystać: “udział Goetla w sprawie katyńskiej nie był aktem złej woli.

Był błędem, omyłką człowieka który [...] nigdy nie posiadał sensownego instynktu politycznego” (Jerzy Andrzejewski); “Był jak człowiek, który nie zdając sobie sprawy, że jest bez pojęcia jako kierowca, siada przy kierownicy i doprowadza do katastrofy” (Tadeusz Breza); “Goetla cechowała zawsze, aż zbytnia, prostoduszna, naiwna prostolinijność i lojalność. [...] Formalne <<zaproszenie>> Goetla do Katynia miało wszystkie cechy przymusu” (Jerzy Zagórski); “sprawę katyńską zaś wytłumaczyć można bądź jako wynik pewnego rodzaju presji, bądź jako wynik nieorientowania się” (Stefan Kisielewski); “jako człowiek pozbawiony wyobraźni politycznej, nie doceniał znaczenia swego kroku” (Czesław Miłosz). Stanowisko Iwaszkiewicza było podobne. “W kołach literackich mówiło się, że umieszczony w prasie artykuł o Katyniu, który czytałem, podcyfrowany literami <<F.G.>>, wzgl. <<G>>, nie był pisany przez Goetla” - zeznawał. Może trochę bardziej niż inni zasłaniał się niewiedzą, słabą pamięcią, dopuścił się nawet niewielkiego kłamstwa: “Ponieważ w ciągu całej okupacji nie stykałem się z Goetlem, nie mogę określić ustosunkowania się jego do Niemców” - mówił Iwaszkiewicz. A przecież Goetel spędził na Stawisku długi popowstaniowy czas jesienią 1944 roku, to właśnie u Iwaszkiewiczów dowiedział się o szczęśliwym ocaleniu żony.

Joanna Roszak

Kliknij, by powiększyć

Marek Radziwon (ur. 1970) - absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST, krytyk teatralny, tłumacz, szef Instytutu Polskiego w Moskwie.
Tagi: , ,

Podobne artykuły

Dyskusja

Brak komentarzy do tekstu pt. “Przedsmak: Marek Radziwon - “Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie” - W.A.B. - lipiec”

Dodaj komentarz

Uwaga! Redakcja zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy spamerskich, trollerskich, obraźliwych, niezwiązanych z tematyką artykułu oraz mądrych inaczej.


Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Niedoczytania.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.