Stary Salinger kopnął w kalendarz. Nic nadzwyczajnego, temat na krótkiego newsa i kilka sentymentalnych wspomnień. Żył i tak zbyt długo. Musiał się naoglądać tych wszystkich głupot, które ludzie robili z jego słowami na ustach.
Człowiek może być najmądrzejszy na świecie i mieć najuczciwsze zamiary, a i tak wszystko mu potem zabiorą, zamienią i sprzedadzą jak swoje w zupełnie innej sprawie. Chcesz ludziom dać skrzydła, a rzucasz kamień, który porusza lawinę.
Przeszedł do historii jako prekursor rewolucji. Kiedy wybuchała, wszystko miał za sobą. Nie poszedł z Ginsbergiem i Kesseyem na barykady wolności. Chyba nigdy nie miał z nimi aż tak dużo wspólnego, jakby to wynikało z upraszczających kursów literatury.
W 1951 roku uzmysłowił Amerykanom, jakimi są palantami. Wywołał wstrząs. Prosta, naiwna, dziecinna wizja podszyta nienawiścią do hipokryzji. Idealistyczny pamflet na rosnącą potęgę sprzedawców marzeń.
Dziś to tylko piękne wspomnienie. Sentymentalna podróż co wrażliwszych nastolatków do czasu, w którym tacy jak oni wierzyli, że to wszystko da się jeszcze jakoś uratować.
Poczytają Salingera, Boroughsa, Keruaca, obejrzą kilka filmów Kazana. Cofną się do czasu, kiedy Heathem Ledgerem był James Dean, a kino amerykańskie nie kojarzyło się tylko i wyłącznie z propagandą.
Nieistotne dla większości są inne książki Salingera. Choćby “Wyżej podnieście strop, cieśle”. Krótka reklama wielkiego ducha. Mniej metaforyczna od “Buszującego” wielu wyznawcom rozjaśniłaby w głowach. By, gdyby nie el-es-di.
Z perspektywy czasu łatwo opisywać historię choroby. Musiał być Salinger, żeby były lata miłości. Ktoś musiał dać pretekst do tego pięknego szaleństwa. Co z tego, że książka była o czymś innym. Sprzedawcy marzeń nie pytają o prawdę.
Młody człowiek zakładający koszulkę z Che Gueavarą też nie chce prawdy. W gruncie rzeczy jest już takim samym skurwielem jak ci, których chce zniszczyć. Potrzebuje klarownej wizji świata. Podziału na lepszych i gorszych. Ludzi warzywa i ludzi samochody.
Podobno Salinger został wegetarianinem pod wpływem wizyty w bydgoskiej rzeźni. Zakład należał kiedyś do jego rodziny, a on odwiedził go nie wiadomo po co. Ładna anegdota do wikipedii. W polskim wydaniu zajmuje to chyba jedną trzecią notki. Salinger bydgoszczaninem stulecia.
“Większość ludzi ma bzika na punkcie samochodów. Martwią się najlżejszym zadrapaniem lakieru, ustawicznie gadają o tym, ile mil przejechali na jednym galonie benzyny, a ledwie kupią sobie nowiuteńki wóz, już zaczynają myśleć, jak by tu go zamienić na jeszcze nowszy. To wreszcie wcale nie znaczy, żebym przepadał za starymi wozami. W ogóle samochody mnie guzik obchodzą. Wolałbym mieć konia. Koń ma w sobie przynajmniej coś ludzkiego.”
Paradoks Salingera polega na tym, że wskazując alternatywę wobec konsumpcyjnej wizji świata, tak naprawdę stał się fundatorem nowej gałęzi przemysłu. Uzmysłowił sprzedawcom marzeń, jak ważną grupą docelową są nastolatki. Jak wspaniałym towarem jest bunt.
Nigdy jeden idealista nie zrobił tak wiele dla milionów materialistów. Niechcący. Napisał tylko, co musiał. Najlepsze intencje. Maszyna na to właśnie czekała. Świat postawił na młodość. Dziś już mało kto pamięta, skąd się wziął New Age, moda na Indie i rock’n'roll. Mało kto się pochyla nad słowami, które strzelają do marzycieli.
Jak Chapman zabijał Lennona, to musiał mieć do niego sporo pretensji. O te miliony, o to życie na szczycie. O przeliczanie marzeń na pieniądze. Salinger miał na tyle taktu i rozumu, że się nie pchał. Może czuł, że był tylko narzędziem w rękach ludzi, których znać nie chciał.
W XX wieku było tak, że człowiek strzelał, a kapitał kule nosił. Kula Chapmana powinna dosięgnąć Salingera. Stary mędrzec wiedział jednak, że nie chodzi się tam, gdzie czeka niebezpieczeństwo. Dlatego dożył 91 lat i mógł zobaczyć, jak jego piękna myśl obrasta kiczem.
Tagi: Jerome David Salinger, Relacja z Końca Świata
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Niedoczytania.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Plebiscyt cukierniany 2009
Głosowało: 589
Linia ta zaczyna się przy ulicy Grodzkiej i potem skosem przebiega przez Rynek. To oczywiście duże uproszczenie, ale rzeczywiście zdarzyło mi się, że pewien krakowski poeta na moją propozycję kontynuowania ciekawego spotkania w Prowincji powiedział “Moja noga tam nie postanie”. To są oczywiście jakieś środowiskowe rzeczy i animozje, ale ci, którzy bywają po tamtej stronie [...]
Gratuluję felietonu. Trafia w sedno, a w dodatku jest napisany, lekko, z wdziękiem.