Sny z nazwiskami

niedoczytania: Latest post

Sny (prawie) bez nazwisk - odcinek 6 - koncertowe

#1
Krakowski Kazimierz. Wchodzę do knajpy. Całe towarzystwo siedzi w ostatniej sali. Przechodzę przez kolejne pomieszczenia. System sal przechodnich, jak w mieszkaniu Moniki Zielonej - przechodnie pokoje. Ludzi jest dużo, bo sobota. Gdzieś w bocznej sal gra zespół, brzmi podobnie do Placebo. Idę sprawdzić i to jest Placebo. Ale jakby non stop grali kawałek “Something Rotten”. Dochodzę w końcu do końcowej sali. Siadam obok Marysi Tengowskiej. Pytam: Co jest? Ona odpowiada: Pocieszamy Jasia. Faktycznie, w środku siedzi Jaś Kapela i płacze. Po kolei każdy z nas do niego podchodzi. Szepcze mu coś na ucho. Trzyma za rękę. Głaszcze po włosach. A on mimo to dalej płacze. Raz głośniej. Raz ciszej. Ale wciąż płacze.

#2
W “Dragonie”, a dokładnie w Małym Domu Kultury, razem z Maciejem Krychem rozmawiamy z Charles?em Mingusem. Oprócz nas nie ma nikogo, przez chwilę był Edward Pasewicz, ale poszedł, wychodząc, powiedział, że on się z nami nudzi i dlatego idzie z Kubą Przybyłowskim na koncert Nelly Furtado. A my wciąż gadamy z Charles?em. Maciej dopytuje, czy dobrze mu się grało z Jordi Savallem. Charles odpowiada, że musieli dokonać transpozycji utworów z viola da gamba na saksofon i to było najbardziej skomplikowane, a reszta była super.

#3
Byłem na koncercie Pustek w jakiejś poznańskiej knajpie. Byłem sam, nie było ze mną nikogo znajomego, nikogo z moich znajomych. Stałem w przejściu po prawej stronie, oparty o ścianę, która pomalowana była olejną farbą na żółto. Na scenie po ciemku zaczął grać zespół. Po kilkunastu sekundach pojawiła się przy mikrofonie, oświetlona punktowym reflektorem, wokalista. Okazało się, że jest to Klara. Nie byłem wcale zaskoczony. Jakbym na nią czekał, jakbym wiedział, że ona będzie śpiewała. Podczas tej pierwszej piosenki raz na mnie spojrzała, dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Skończyła śpiewać i zeszła ze sceny, muzycy grali nadal. Zapaliłem papierosa, po chwili podeszli do mnie dwaj ochraniarze obrani na czarno i powiedzieli, że nie jestem tu mile widziany i że proszą, bym wyszedł. Byli grzeczni. Nie było w ich słowach i zachowaniu wrogości. Wspomnieli, że wokalistka powiedziała, iż nie będzie więcej śpiewać, jeśli ja będę na sali, powiedzieli to, jakby się tłumacząc. Odprowadzili mnie do samego wyjścia.

#4
Oglądając wideo z jakiegoś nowojorskiego koncertu, wydaje mi się, że gdzieś tam mignąłem. Przewijam, rzeczywiście - siedzę na kanapie w moim swetrze w czarno-żółte paski. Tym razem ujęcie trwa dłużej, wstaję, gadam z kimś, mam skołtunione, przetłuszczone włosy, wystają spod czapki. Wyglądam na ździebko zaćpanego, co niepokoi mnie głównie dlatego, że wideo oglądają ze mną rodzice. Przewijam do przodu, tutaj już koncert, więc dalej, może jeszcze gdzieś będę, jednak dalej nie ma nic, no to z powrotem, do poprzednich. Kiedy znajduję, ujęcia są już nowe, z innych kątów, jakby wycofane, oddalone bardziej, i ja też zachowuję się inaczej. Snuję się w te i we w te, od kanapy do zaimprowizowanego w rogu barku, jestem absolutnie zapruty, oko kamery bezlitosne, śledzi. Okrywa mnie sakramencki wstyd, tego oglądającego, chowam głowę. Rodzice nic. Przewijam szybko do przodu. I znowu do tyłu, w to samo miejsce. Tym razem praktycznie nie przypominam już siebie. Chudszy, włosy dłuższe, słania się na nogach. To nie ja. [Tomasz Szewczyk]

#5
Jestem w Warszawie z Aldoną, idziemy na koncert, na którym prezentowane jest “autobiograficzne” dzieło Strawińskiego na dwa ksylofony i baryton, śpiewa Jerzy Artysz, ale zbyt dużo nie ma do tego śpiewania, bo główną rolę pełnią ksylofony, zawrotnie wirtuozowskie i bezbłędne, wręcz wdaję się z kimś w dyskusję, czy w dziele dodekafonicznym rozpoznalibyśmy pomyłkę, upieram się, że ja u Strawińskiego - tak. Potem wkracza murzyński zespół dęty, więc objaśniam szeptem, że teraz będzie Ebony Concerto, ale nie mam racji, bo następuje całkiem inna muzyka, tzn. w sumie podobna, tyle że wokalna i o “lżejszym” charakterze. Jest już dość późno i myślę, jak będę wracał do domu, choć z drugiej strony nie przejmuję się, bo przecież w Warszawie zawsze jest u kogo spać. Po koncercie idę coś zjeść z jakimiś kolegami, potem jeszcze wracam, bo wydaje mi się, że na widowni zostawiłem torbę. Torba istotnie jest, czarna raportówka i (również czarna) solistka drugiego zespołu, która jak gdyby jej pilnuje, bo reszta dziewczyn już sobie poszła. Jest już po jedenastej, autobusy miejskie nie kursują, idę na stopa. Samochód zatrzymuje się natychmiast, prowadzi go gruby facet, ledwo się w nim mieści, a jeszcze z tyłu ma porozwieszane jakieś garnitury, więc siadam jednak koło niego z przodu, ruszamy z piskiem opon, ma do mnie pretensję, że nie domknąłem okna, staram się, ale domknąć się go nie da - zawsze osiągnąwszy najwyższą pozycję, zsuwa się z powrotem w dół. Po drodze wpadamy na grupę rowerzystów bez świateł, która jednak rozstępuje się przed nami bezwypadkowo. [Adam Wiedemann]

#6
Byłem na koncercie zespołu Ojos de Brujo w Porto. Stałem przed wielką sceną i nie wiedziałem jak tańczyć. Czułem się dość dziwnie, bo wszyscy się dobrze bawili, a ja nie potrafiłem się ruszyć. Wciąż ktoś się o mnie obijał, szturchał, popychał. Chciałem wyjść, wyjść spod sceny, jednak nie potrafiłem się zorientować w kierunkach. Nie wiedziałem, którędy iść, by się wydostać. A poza tym, to musiałem zostać, ponieważ miałem przeprowadzić wywiad z Mariną dla sitkaRadio. Pod nosem staram się poprawnie wymówić Ojos de Brujo, ale “h” nie chciało mi przejść przez usta. Koncert się kończy, grają bisy. Marina schodzi ze sceny, podchodzi do mnie i pyta czy mam portfel. Sprawdzam w torbie. Nie mam. Trudno, słyszę. A potem: Jedziesz z nami do Bragi. Na parkingu przed autobusem czeka na nas Anne Appelbaum. Idziemy po batony do kiosku.

#7
“Najpierw, że Eminem był moim bratem i że jechaliśmy jego Hondą Civic na wieś. I ja przez całą drogę śpiewałam “Cleaning out my closet” i tak czekałam, że on mnie pochwali, że mam na przykład ładny głos albo dobrą wymowę, no ale on nic, tylko gadał, że lubi swoją czerwoną koszulkę. [cytat z bloga: http://dziewczynka-bez-parasola.blog.pl]

#8
Śni mi się, że założyłem zespół o nazwie Diary Punk. Rozmawiam z kimś przez telefon, chyba z Jarkiem Łukaszewiczem, i on mówi, że najważniejszym instrumentem w mym zespole musi być perkusja, dlatego perkusista powinien być świetny. Dlatego razem z menadżerem jadę tramwajem do Przeźmierowa, by odszukać Bartka “Szopę”, który podobno pracuje tam w jakiejś hurtowni materiałów opatrunkowych. Ktoś inny prosi, abym śpiewał, ale tłumaczę, że nie potrafię, że nie mam poczucia rytmu, że mam drewniane ucho, że mogę co najwyżej melorecytować. Zresztą i tak niezbyt skomplikowane teksty, i nie za szybko, bo seplenię. Dlatego potrzebny jest drugi wokalista. Daję ogłoszenie w Internecie, na które odpowiada Marcin Czerkasow. Na kolejną próbę przychodzi pani dziennikarz z gazety muzycznej “Prosto z nut”, przekonuje, że trzeba koniecznie zmienić nazwę zespołu, gdyż zespół o takiej nazwie już istnieje i gra koncerty, i nagrywa płyty w Australii, i jeśli nazwa nie zostanie zmieniona, to na stronie Last.fm będą takie same problemy jak z poznańskim Snowmanem. Dlatego na następnej próbie nazwa zostaje zmieniona na Logbook.

#9
“Śni mi się stadion, na którym wyświetlają zapowiedzi najbliższych koncertów w PL. Siedzę w wygodnym, miękkim fotelu z niebieskim oparciem, zaraz obok mojej mamy, na ekranie, pojawia się Sainkho Namtchylak, zdaje się, że to jakiś dłuższy spot reklamowy. Sainkho przechadza się po ruinach świątyni, z wygoloną głową, inkantując jakąś pieśń, ponad którą góruje głos lektora, informujący w jakiej cenie będą bilety i gdzie odbędzie się występ. W ślad za jego słowami podążają odpowiednie napisy w bordowej kursywie. Patrzę i myślę sobie, że mnie nie stać. W pewnym momencie ekran gaśnie i scena zapełnia się aktorami kabaretowymi, którzy przebrani w odpowiednie stroje wystawiają łączony skecz o siatkarzach. Myślą przewodnią zdaje się być zaimprowizowanie najbardziej katastroficznego meczu w dziejach tego sportu, ale nie śledzę tych ambitnych poczynań zbyt intensywnie, myślami wciąż jestem przy koncercie, a raczej przy fakcie, że mnie na nim nie będzie. Widownia wybucha raz po raz gromkim śmiechem, a gdy wreszcie milknie, podnoszę z zaciekawieniem głowę. Przedstawienie się skończyło, aktorzy-sportowcy schodzą ze sceny. Nagle pośród tłumu dostrzegam Jakobe Mansztajna. Ktoś obejmuje go za szyję i tarmosi za włosy, zupełnie jak gdyby spisał się na zagrywce albo zdobył kilka ważnych punktów. Tarmoszący też wygląda znajomo, te oprawki okularów są aż nazbyt charakterystyczne, ale nie dopowiadam sobie imienia i nazwiska głośno, bo już się zbieramy, już trzeba zwolnić miejsce.” [Ewa Zabielska]

#10
Koncert miał się zacząć lada chwila. Na stołeczku w głębi sceny siedzi Jacek Dehnel, stroi skrzypce. Obok niego Maciek Woźniak, stroi się gitarą do skrzypiec. Zza kolumn zdyszany wbiega Darek Pado i pyta czy już. Już. Panowie w duecie wykonują Lot trzmiela Rimskiego-Korsakowa. Zacinają się w tym samym momencie, spoglądając na widownię, gdzie akurat pojawiła się Joanna Wajs. Panowie zaczynają od zgubionego taktu, ale nie umieją trafić we właściwy moment. Nut nie ma. Próbują cztery razy, w końcu grają od początku. Wokół, na kolumnach amfiteatru, trwa wystawa zdjęć MLB, które zrobił na Podlasiu. Bociany, żurawie (studnie) i landszafty. Nie można ich dokładnie zobaczyć, wiszą na zewnętrznej stronie kolumn, od strony fosy głębokiej na jakieś pięć metrów. Wpada tam Marcin Jagodziński, chcący się przyjrzeć jednemu z landszaftów. Lot trzmiela się kończy. Owacje. [Adam Pluszka]

#11
Ten sen zaczyna się od obrazu klawiatury. W tle ktoś gra fugę D-dur Szostakowicza. Ponury, brązowy jak habit mnicha Bosendorfer brzmi jakby za moment miała pęknąć struna, ale nie pęka. Tylko rozświetlona końcówka fugi zastyga w chłodnym powietrzu, zdziwiona, że w ogóle może coś się skończyć! Zdziwienie przeniknęło i do mojego ciała, umysłu i mowy. (…) Zawsze śniłem, ażeby nauczyć się Preludiów i Fug Szostakowicza. W snach widywałem się grającego je w Petersburskiej Filharmonii, z wysiłkiem, takim że moja twarz jak rozbite jajko wylewała się na klawiaturę, a publiczność wstawała z miejsc, żeby zobaczyć jak brzmi ‘pęknięta muzyka’. [Edward Pasewicz]

Tagi:

Podobne artykuły

Dyskusja

2 Komentarze/y do tekstu pt. “Sny (prawie) bez nazwisk - odcinek 6 - koncertowe”

  1. spóźnione z powodu bójki, ale proszę

    1. 06.05.09
    Placebo rozlokowali się przed sklepem u Olka i najwidoczniej mają zamiar grać koncert. Rozmawiam z Brianem po polsku i pomagam mu rozłożyć ekran, na którym po chwili leci teledysk, w którym śpiewam the Scientist Coldplay - mam biały podkoszulek i zgrabnie cofam się do tyłu. Brian jest oczarowany.
    2. 19 XI 2008
    REM gra koncert w Brzeskim Centrum Kultury. Sala pełna ale oklaski są słabe, jestem najgłośniejszy i dzięki moim krzykom zespół daje dwa bisy (na koniec grając Supernatural Superserious), w czasie których Michael Stipe schodzi do publiki. Po koncercie z grupką znajomych gromadzimy się przy scenie, żeby dostać autografy. Niestety ? z muzyków jest tam tylko Peter Buck. Michaela Stipe?a chcemy złapać na backstage?u. Idziemy tam i cierpliwie czekamy ? nie ma nikogo. Po kilku godzinach przychodzi nieco pijany i bardzo zadowolony Stipe; wypominamy mu, ze miał przyjść znacznie wcześniej. Stipe bierze mnie za rękę i uciekamy, idziemy koło bloków na Łokietka, gdzie kiedyś mieszkałem. Mieszkańcy wyglądając przez okna, wiwatują, śpiewają. Michael całuje mnie, jego zarost drapie mnie po twarzy, ale nie narzekam, to przecież Michael Stipe.
    3. 25 VI 2009
    Klaxons (a właściwie tylko dwóch członków) nie mogą grać koncertu bo brakuje im perkusisty. Zgłaszam się (czy może oni sami mnie wybierają), dostaję jakieś drewniane pałki i stukam w dziwną, kościaną konstrukcję, która wydaje przygłuszone dźwięki. Są zadowoleni, bo pozwalają mi grać w czasie wykonywanie osiemnastominutowego kawałka dla publiczności. Nie odnajduję się za bardzo w tej konwencji i na małej scenie, ale stukam namiętnie. Fani są zadowoleni. Zespół chyba też, bo gram też w następnym koncercie.

    fitnessclub | 20 listopad, 2009, 0:18 | 212.127.91.193

Trackbacks

  1. Nocna rozmowa « Hajfa

Dodaj komentarz

Uważaj! Komentarze obraźliwe lub uwłaczające godności innych osób, mogą zostać skasowane!


Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Niedoczytania.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

  • Sonda

    • Plebiscyt cukierniany 2009

      Zobacz wyniki

      Loading ... Loading ...
  • Cytat dnia

    Pojechaliśmy do sklepu na stacji benzynowej, gdzie sprzedawał Polak z grupy work and travel i powiedział nam, że możemy wszystko sobie brać, co chcemy, bo on nienawidzi swojego szefa i że możemy go bez wyrzutów sumienia okraść. - Ale jak to? - No tak, bierzcie, co chcecie. No tak dość nieśmiało wzięłyśmy sobie album z tego Lake Powell [...]

    O tym piszemy: