Po przerwie Sny, w zastępstwie Macieja Gierszewskiego, spisała nam Joanna Joy Herman.
“Dziecko śni inaczej. Nie tyle bardziej wierzy w sny, ile po prostu mieszka w snach jak w domu”.
(słowa Bono z felietonu w Tygodniku Powszechnym z dn. 18.08.2009 r)
Sen 1.
Wrocław, któryś - tam Port Literacki. Debata trojga poetów. Jestem na widowni, wokół tłum literatów. Bonowicz siedzi obok mnie na krześle, składa ręce na podołku, przekrzywia głowę, drapie się po brodzie, chrzęści zarostem, hałasuje na różne sposoby, nudzi się, ziewa. W końcu szeptem komunikuje mi do ucha: “Wychodzę. Jeśli chcesz, chodź ze mną”. Idę za nim najpierw do męskiej toalety, gdzie Wojtek myje sobie ręce, twarz i rozmawia z kimś przez telefon w niezrozumiałym języku, potem wychodzimy na ulicę. Jest niesamowita ulewa, po prostu ściana deszczu, ale on zupełnie się tym nie przejmuje. Nie pada na niego ani kropla - jakby chmury go omijały, albo jakby szedł w jakimś ochronnym niewidzialnym kokonie. Otula mnie lewą stroną swojej zielonej kurtki i ja wtedy również nie moknę. Bono nic nie mówi, uśmiecha się za to cały czas, nieprzerwanie, jakby był odurzony, naćpany. Idę z nim trochę bezwolna, ale w jakiś sposób niewiarygodnie szczęśliwa (bardzo dobrze pamiętam ten stan). Włazimy na wieżę wrocławskiej katedry, stoimy na szczycie, przestało padać, wszystkie kamienice miasta szczelnie i kompletnie pokrywa gęsta jak wata mgła. Bono szepcze: “Ja wiedziałem, że tak będzie”. Uśmiecha się, przełazi przez murek, po czym skacze w dół. Spostrzegam wtedy że przywiązał do mnie jakąś linkę i za chwilę wypadam przez murek lecąc za nim. Krzyczę i budzę się na podłodze. (Spadłam z łóżka).
Sen 2.
Warsztaty muzyczne w wielkiej auli, prowadzą je: Wojtek Bonowicz, Marcin Świetlicki i Łukasz Jarosz. Są ubrani w czarne skóry z ćwiekami, wyglądają jak zespół hardrockowy czy punkowy. Świetlicki ma na głowie czapkę Budzyńskiego z Armii. Najpierw wykładają wspólnie na zmianę, potem jest podział słuchaczy na grupy. Dzielą ich na Punkowców, Niszowców i Resztę. Jakaś dziewczyna krzyczy, że to niesprawiedliwe bo ona chciała być w Reszcie, a jest w jakichś Punkowcach. Jarosz nagle wyciąga rewolwer i strzela do niej. Nikt się tym nie przejmuje, mimo że dziewczyna leży już na ziemi jakby nieżywa. Bono mówi: “Przejdzie jej” i kontynuuje przydzielanie osób do grup wedle własnego widzimisię. Marcin się wkurza, że Bono nie pyta go o zdanie i zaczyna go poszturchiwać. Panowie lekko się szarpią, w końcu już regularnie się leją. Spod nieżywej dziewczyny wypływa tyle krwi, że wszędzie jest czerwono, Bono i Marcin ślizgają się w oleistej mazi, ale nie przerywają walki. Jarosz zaczyna strzelać do wszystkich po kolei, trafia w czoła jakby celował w trzecie oka. Śmieje się jak Joker z Batmana.
Sen 3.
Perwersyjny, lubieżny sen z Bono. Nie do opowiedzenia tutaj.
Sen 4.
Idę z Krzysztofem Kuczkowskim i Tadeuszem Dąbrowskim po plaży w Gdyni, rozmawiamy o “Toposie”, o poetach z maleńkich miejscowości, o cenach bursztynu i muszelek. (!) Mglisto, dżdżyście, ciemnawo, ledwie widać końce własnego ciała. Spotykamy Stefana Chwina z żoną Krystyną, kłaniamy się, kontynuując spacer. Zauważamy, że prawdopodobnie Państwo Chwin w niezauważalny sposób wręczyli nam niewielkie zapalone świece w kształcie kuli. Niesiemy po jednej. Próbujemy je zagasić, jednak nie udaje się. Tadeusz przykuca na brzegu morza i zanurza świecę w całości, ale nawet pod wodą płomień nie gaśnie. Bardzo mi się to podoba i zaczynam namawiać panów, by oddali mi swoje świece. Nie chcą. Idziemy dalej jak w uroczystym orszaku. Świeczki palą się nadal, płomienie zdają się powiększać. Na piasku kilka metrów przed nami widnieje jakaś ciemna plama. Kiedy podchodzimy bliżej, rozpoznajemy głowę Bonowicza. Całe ciało zakopane ma w piasku, tylko głowa wystaje; oczy ma przymknięte, wygląda jakby spał. Dookoła stoi mnóstwo pogaszonych świeczek o różnych kształtach. Sprawdzam, czy Bono oddycha przystawiając swoje ucho do jego nosa, potem dłonią sprawdzam puls pod jego uchem. Tak więc żyje, tylko śpi. Pan Kuczkowski decyduje byśmy pozostawili nasze zapalone świece obok głowy. Tadeusz wyjmuje z kurtki zapalniczkę i ruchem głowy pokazuje mi, żebym zapaliła również te pogaszone. Zapalam i zapalam kolejne, jest ich nieskończenie dużo, Pan Krzysztof i Tadeusz gdzieś zniknęli, jestem strasznie zmęczona. Świeczki nie kończą się, mam wrażenie, że tylko ich przybywa. Bono budzi się, okręca głowę i wystawia język, do którego przyklejona jest złożona na pół karteczka. Podbiegam i próbuję odczytać, ale pismo (Wojtka własnoręczne) zanika jak niewidzialny atrament. Budzę się zrozpaczona. Sen nie chce dośnić się dalej.
[Joanna Herman]
——————————————-
Wojciech Bonowicz śni się także innym:
050597
Warszawa, zjazd pisarzy. Jestem tam z Jarkiem albo z Maciejem Sabatowskim albo z Martą Wojdak (zawsze z kimś jednym). Pierwsze występy mamy już za sobą. Miałem tam czytać wiersze z “Samczyka”, ale chyba w końcu nie wystąpiłem. Wszyscy byli zawiedzeni nieobecnością Franciszka Maśluszczaka. Teraz musimy dojechać na osiedle, na którym mieszka Basia Owcorz. Jedziemy tam tramwajem. Osiedle jest wielkie, znalezienie Basinego bloku zajmuje nam sporo czasu, w jednym z bloków sklep z tanią odzieżą, znajduję tam technową bluzę, która mi się podoba, Maciej zachęca mnie do jej kupienia, kosztuje 12 zł, jest poplamiona na plecach, więc sprzedawca obniża cenę o połowę, ale mam tylko 4 zł, postanawiam tu wrócić, pożyczywszy pieniądze od Basi. Basia wróciła właśnie z wczasów w Kołobrzegu, jest niezadowolona, Kołobrzeg ją prześladuje, przyjechała do Warszawy, a tu ci sami ludzie i nawet te same pomarańcze w sklepie. Pożycza mi pieniądze i daje jedną pomarańczę, której brązowa skórka przypomina skorupę kokosa. Idę kupić bluzę, która tymczasem staniała do 3 zł 60 gr, przychodzę do domu, mama jest niezadowolona, że kupuję takie stare łachy i że jem pomarańczę przed obiadem. Ustalamy z Martą dojazd na drugą część występów poetyckich, podjeżdżamy w końcu jeden przystanek tramwajem, dalej trzeba iść pieszo, do Nowego Światu, przy którym stoi wielki dom towarowy w kształcie tira-kontenerowca, można tam dostać tylko brzydkie, niemodne spodnie.
Produkcji poetyckich ciąg dalszy. Wszyscy czekają na występ Bartosza Wrony reprezentującego Czas Kultury. Uświadamiam sobie, że nie wziąłem “Samczyka”, mam tylko parę najnowszych wierszy. Zjawia się Małgorzata Baranowska, ostro (w stylu przedwojennych wampów) umalowana, na głowie ma czarny kapelusz á la Olga Fendrych, pali papierosa, witamy ją entuzjastycznie. Wychodząc na estradę podaje mi papierosa, którego dopalamy wspólnie z Jarkiem. Przyniosła tylko jeden wiersz, poświęcony literom (z klawiatur komputerowych i napisów reklamowych), które są ładne, ale nic nie przekazują. Ponadto wiersz jest o niespełnionych marzeniach, zaczyna się cytatem z telewizyjnych wiadomości (słowo Bonn poetka zamieniła na Moskwa), potem nawiązanie do “Dziewczynki z zapałkami” albo “Kopciuszka”, na końcu scena w niebie, motto z Szekspira. Baranowska nie odczytuje wiersza na głos, tylko puszcza w obieg egzemplarz (ładnie opracowany graficznie), żeby każdy mógł sobie sam po cichu przeczytać. W czasie tego czytania zasypiam, budzi mnie wchodzący na estradę Maśluszczak (ma gęstą czarną brodę i okulary). Proponuje publiczności zakup kilku swoich dzieł, a są to: ołtarzyk Adama i Ewy z podwójnym wężem (w technice gobelinowej, jak nikt go nie kupi w całości, to zostanie zdemontowany i sprzedany w częściach), “Młodzieniec leżący na plaży” (rys. tuszem, lekko podkolorowany, za milion) i dwa listy (w tym jeden do Wojtka Bono.), w kopertach ozdobionych skromnymi geometrycznymi ornamentami. List do Wojtka jest nierozpieczętowany, ciekaw jestem, czy dotarł w ogóle do adresata, pytam o to Maśluszczaka, który, bardzo zdenerwowany, ofiarowuje ten list Bartoszowi Wronie.
[Adam Wiedemann]
DDMMRR
…a ze snem o Wojciechu Bonowiczu to było tak, że w pewnym dużym mieście otwierał się właśnie Hipermarket Anarchomistyczny, pomyślałam: wstąpię, zobaczę, może jakieś promocje metafizyczne będą (a o to trudno w dobie kryzysu), zawsze człowiekowi coś pod rękę podejdzie, nabędzie, przyda mu się, a jeszcze do przybytku wartości klienta na dłużej przyciągnie, udałam się więc, kolejki pod sklepem ustawione od rana (a nawet nocy, bo to sen był przecież, a nigdy nie wiadomo, kiedy złodziej, pan domu czy oblubieniec do panien roztropnych przyjdzie), podpytuję, kiedy otworzą, kto na kasie, kto z zaangażowanych jako hostessa przy hosannie gratisy rozdaje, ale cisza, każdy swego miejsca w ogonku strzeże, aż tu wnet… jak się hejnał na siedem trąb jerychońskich nie rozlegnie!, jak się wrota przybytku, istne bramy raju na fotokomórkę, nie otworzą!, jak się tłum stadem potępieńców i zbawionych do wnętrza nie wedrze! - istna apokalipsa!
weszłam i ja, wstydliwie po twarzach co bardziej nieśmiałych pobratymców popatrując, koszyk na wiktuały duchowe w spoconej dłoni ściskając, ku półkom sklepowym się skierowałam, żeby w nich prześwitu poszukać, ciszą się upajam, bo akurat tłuszcza, zapałem mesjańskim niesiona, w inną szczelinę hipermarketowego istnienia wpadła, aż tu nagle widzę: kieruje się do mnie postać wysoka, śnieżnobiała, w przygarbieniu jakby skrzydła dźwigająca, w pierwszym odruchu odsuwam się, nogi za pas chcę brać, bo neurotyczny odruch strachu przed nagabywaczami uciekać nakazuje, ale jednak pcha mnie coś ku tej światłości, idę zatem, ale sen…
…sen w swoim lśnieniu za bardzo się sam sobie surrealistyczny wydał, więc się na drugą - bardziej sakrealistyczną - stronę się przewrócił, a ja, w drugim olśnieniu, zbliżam się do postaci owej jaśniejącej, ale im się bardziej zbliżam, tym ona mniej jaśnieje, a nawet coraz bardziej rozpoznawalną mi się zdaje - i… tak, tak, toż to Wojciech Bonowicz, widzę i opisuję, on to li we własnej, nie anielskiej, postaci! tylko za mesjanistycznego hostessa się przebrał, w dziale anarchomistycznych anachoretów pracuje, tekstylia mistyczne klientom poleca…
… a te tekstylia, co to je Bonowicz polecał, to się nazywały “Koszulki dla wiecznej wolności”; on sam, a jakże, nosił właśnie tiszerta z Tischnerem, ale już potrzebującej klienteli inne “ostateczne krzyki mody” jak listki figowe rozdawał: a to zgrzebną lnianą koszulkę z napisem “Widziałem prześwit - U2?”, a to sepiowe wdzianko “Logos - mój bonmot”, a to wreszcie kolorowe, pacyfistyczne polo z naszywką “Mój bon ton? - Łagodna filozofia dialogu!”…
…a żeby potencjalnych nabywców bardziej do zakupu zachęcić, Bonowicz sugestywnie wykrzykiwał, że za każdy zakupiony tiszert można wygrać rabat wieczysty, atrakcyjne bony z ambony, “bonwułajaże” po rajskich włościach i inne różnorakie bonifikaty…
…i jeszcze litanija owych dóbr wszelakich nie przebrzmiała, kiedy tłum ogromny potopem nadciągnął, jak Morze Czerwone trotuary hipermarketu zalał, i mnie także falą przyboju między regały porwał, zatopił w odmęcie…
…mówiono potem o Bonowiczu złe rzeczy, nieprawdziwe, żeby apokryficzne, czyste karty jego biografii zbrukać… a to że niby jeszcze tego samego dnia został przez Hiperszefa ze sklepu zwolniony, bo zbyt pro publico bono rabaty rozdawał… kto inny wieść gminną poniósł, że on, cwaniaczek, w detalu tiszertami dla wieczności handlował tylko na pokaz, a jednocześnie, cichcem, pod ladą, hurt z ranami otworzył… a jakby tego było mało, podobno wartości metafizyczne ze sklepu za pazuchą wynosił (czy raczej pod przykrywką tych skrzydeł, co to mu je jako hostessowi nosić kazali!) i nimi potem na lewo i prawo kupczył, ideologiczną dilerkę uprawiał… a jeszcze inni gadali, że go po prostu, za karę, prześwit wieczysty wciągnął - i kiedy powróci? - nie wiadomo!
[Joanna Mueller]
DDMMRR
Przyjeżdżam do niewielkiego miasta (coś na kształt futurystycznego Elbląga podczas karnawału) wszędzie krepina, lampiony, girlandy, zapach stęchlizny i potu. Budynki - bunkry z miniaturowymi skośnymi oknami. Wchodzę do szkoły, gdzie ma odbyć się pokaz filmów, a właśnie poprzedza go koncert Woody?ego Allena (Woody dymie na trąbce, cienko mu idzie, ale i tak wszyscy są zachwyceni), ludzie snują się rozkojarzeni, część słucha, część o czymś dyskutuje, część pije piwo i patrzy w fałdę na kurtynie. Wszyscy wydają się podejrzanie znajomi. Nagle pojawia się Wojtek Bonowicz w lnianej kremowej marynarce, z fikuśnym wąsem i w sfatygowanych kierpcach. Mówi mi, że właśnie przyleciał z kraju, którego nazwy już nie pamięta, ale jest tam zajebiście. Bonowicz okręca sobie wąsa na palcu wskazującym i ścisza głos:
- Nazywam się teraz Ewa Raszewska
Ja na to skonfundowana:
- Ale jak to? To jak mam do Ciebie teraz mówić?
- Hmmm, może mów po prostu Pu?
- No, to brzmi sensownie, podoba mi się - odpowiedziałam, po czym zasiedliśmy w wygodnych kinowych fotelach-paszczach (z jakiegoś futerka czy czegoś takiego), obok nas usiadł w rzędzie mój ex-wykładowca od filmu z pijaną w sztok małżonką i sprzętem do wędkowania (przed sobą rozłożył spławiki, robaki białe, czerwone, kukurydzę etc.)
Zaczął się seans. Cały ekran zajmowała wielka kanapa w grochy, na kanapie leżała kobieta z wypiętym gołym tyłkiem. Do kobiety ustawiła się długa kolejka (nawet dało się zauważyć zalążki społeczności kolejkowej: niektórzy grali w karty, ktoś miał grzałkę i parzył herbatę), każda kolejna osoba podchodziła do tyłka i z pasją dawała kobiecie serię rytmicznych klapsów, deklamując przy tym w tonie szkolnej wyliczanki:
“mama-barbie.tata-barbie.babcia-barbie.łyzka-barbie.papier-barbie itd.”, co było dość upiorne.
Po tej sekwencji na ekranie ukazał się mój dziadek zawzięcie pedałujący na rowerku stacjonarnym (jednocześnie podłączony do respiratora). Miał zadowoloną minę i co jakiś czas przebijał jakąś skitraną szpilką balonik, który zwisał z sufitu. Balonik pękał i odrastał na nowo.
Po tym sielskim obrazku spojrzałam w bok, żeby sprawdzić reakcję Bonowicza, ale zamiast niego na siedzeniu leżał zjarany na węgiel naleśnik, który powiedział (nie tracąc rezonu): ja tak tylko na chwilę.
[Anna Wieser]
————-
Wojciech Bonowicz pisze o śnie:
5:59
Całą noc szedłem
po dnie.
Dno było wszędzie. Szedłem
w nieznanym kierunku. Niby dreptałem
w miejscu ale to miejsce było ruchome
i z czasem nawet zaczęło poruszać coś we mnie.
Potem muł zrobił się już tak gęsty
że mogłem się w nim położyć. Odpoczywałem
na dnie odpoczywałem nie wiedząc
gdzie jestem. Wiedziałem że niżej
nie ma nic. Że tam nie będę już szukał.
Odpoczywałem w sobie
na dnie. I ktoś przyglądał mi się
we śnie. Ktoś tam był. Ktoś śnił się
komu ja się śniłem. Ktoś
powiedział: “Nie wiem gdzie jestem
ale jestem”.
[cytat z: Wojciech Bonowicz, "5:59", {w}: "Tygodnik Powszechny", nr 51-52 (3102-3103), 21-28 grudnia 2008, Kraków, str. 51.]
Tagi: Sny z nazwiskami, Wojciech Bonowicz
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Niedoczytania.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Plebiscyt cukierniany 2009
Głosowało: 589
Linia ta zaczyna się przy ulicy Grodzkiej i potem skosem przebiega przez Rynek. To oczywiście duże uproszczenie, ale rzeczywiście zdarzyło mi się, że pewien krakowski poeta na moją propozycję kontynuowania ciekawego spotkania w Prowincji powiedział “Moja noga tam nie postanie”. To są oczywiście jakieś środowiskowe rzeczy i animozje, ale ci, którzy bywają po tamtej stronie [...]
nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek snil mi sie Bonowicz, ale jak wroce to sprawdze.
Zajmuj się na razie swoimi wakacjami Człowieku Pracy i Snów! :)
Wojciech Bonowicz wyjeżdża mercedesem spod wiaduktu. Kiedy mnie widzi, zatrzymuje się, podaje mi przez okno pendrajwa i bez słowa odjeżdża.