Z kilkudniowym opóźnieniem publikujemy kolejny odcinek snów.
170803
Duży katedralny plac, gdzieś we Włoszech. Nie wiem gdzie, może Neapol, może Bergamo, może Palermo. Pełno ludzi, sami turyści, którzy zachowują się z należną temu miejscu powagą. Chodzą w parach za przewodnikiem, uczciwie słuchają tego, co ma im do przekazania. W cieniu jakiegoś szarego budynku klęczę razem z Ryszardem Chłopkiem. Ryszard jest prawie łysy, zostały mu tylko jakieś kępki włosów na głowie, autentyczne resztki. Ma dziwnie przystrzyżona, bardzo długą, brodę, w trójkąt. Jest ubrany w jakieś łachy. Rozmawiamy o jakiś strasznie poważnych sprawach: sensie życia, depresji, korupcji, małżeństwie. Ktoś z budynku vis a vis wychyla się przez okno i krzyczy: “Chłopek, Chłopek! Gdzieś ty znowu polazł?” On staje się nagle bardzo nerwowy, zaczyna rozglądać się na boki. Wstaje i mówi: “To jego ekscelencja mnie woła, muszę biec. Przypilnuj mi wiadra, bo muszę się stawić, natychmiast”. Znika w drzwiach tamtego budynku. Podnoszę z ziemi jego wiadro. Jest ciężkie, choć jest to małe, czarne, plastikowe wiaderko na śmieci.
061203
Małe włoskie miasteczko w górach niedaleko Sieny. Zupełnie cicho. Stoję między kamienicami, na bardzo wąskiej ulicy, przede mną jakiś facet: duży, mocno zbudowany, łysy, ubrany w marynarki podkoszulek, jest o półtorej głowy wyższy ode mnie. Świeci słońce, ale jakby tylko na mnie i na chodnik, i schody za plecami tego faceta, o którym wiem, że jest to Grzegorz, były chłopak Magdy Dorobińskiej. On jest zdenerwowany, stara mi się coś wytłumaczyć, intensywnie przy tym gestykulując. Świeci słońce, ale nie na niego. On jest w cieniu. Nie słucham go, tylko patrzę na schody za jego plecami, na które też nie świeci słońce. Smutno mi i gorąco.
190807
Spaceruję ulicami Palermo, żar leje się z nieba, jest niemiłosiernie gorąco, wszystko płonie, szukam cienia. Przysiadam na murku, wyciągam książkę i czytam. Akcja książki dzieje się podczas wojny. Główny bohater musi się chować i uciekać, śpi na dachach kamienic, zbiera puste łuski po pociskach, wypełnia je prochem i małymi podkładkami śrub. Podchodzą do mnie dwaj Karabinierzy. Chcą moje dokument. Nie rozumiemy się ni w ząb, oni mówią po arabsku, a ja po polsku. Staramy się dogadać na migi, ale z tego też niewiele wychodzi. W końcu jeden z nich wyciąga z kieszeni rachunek za prąd, którego nie zapłaciłem. Wykręcają mi ręce do tyłu na plecy i zakładają kajdanki, umieszczają w samochodzie. Jedziemy przez miasto na sygnale, przewodnik opowiada nam o zabytkach, które właśnie mijamy.
120308
Gdzieś we Włoszech, na Sycylii w górach, być może właśnie w Castroreale, byłem na przedstawieniu teatralnym wg sztuki Szekspira, w której grało tylko 2ch aktorów (to nie jest chyba możliwe? jest taka sztuka?), oni wciąż wchodzili i schodzili ze schodów, akcja całego przedstawienia działa się właśnie na tych schodach; akcja, znaczy brak akcji…
040309
Ledwo zdążyłem. Już kierowca drzwi zamykał, ciche psssyt doleciało do mnie, gdy wbiegłem na peron. Z daleka widziałem jak wrzucał wsteczny bieg i zaczynał kręcić kierownicą, aby wydostać się szeregu innych autobusów. Byłem spocony, ale już spokojny, wiedziałem, że dopadnę do niego, nim się wydostanie i porządnie ruszy. Zresztą pilot już do mnie machał i coś mówił do kierowcy, który, mam wrażenie, spojrzał w moim kierunku dość niechętnie. Ładnie się przedstawiłem pilotowi, gdy wszedłem już, pokazałem bilet i rezerwację. “Ma pan szczęście, musieliśmy ruszać, miejsce parkingowe było wykupione tylko na 15 minut” - powiedział, jakby się tłumacząc, ale raczej sobie, bo na mnie wcale nie patrzył. Potem dodał: “Plecak proszę wziąć ze sobą na siedzenie, wrzuci pan go do luku na najbliższym postoju”. Przechodząc między fotelami nie mogłem sobie z nim poradzić, musiałem go zdjąć i ciągnąć za sobą. Nie patrzyłem na pasażerów, za to wiedziałem, czułem, oni przyglądają mi się pilnie, jakby mnie oceniali, czy osądzali. Prawie słyszałem ich myśli: “To przez tego dupka mamy 15 minut spóźnienia”. Za połową były już wolne miejsca, plecak rzuciłem na siedzenie pod okno, a sam usiadłem na tym drugim. Rozebrałem się ze wszystkich zbędnych ciuchów, zostałem w samej przepoconej koszulce z logiem WBPiCAK. Dopiero jak udało mi się unormować oddech, zacząłem się rozglądać i przyglądać współpasażerom. Same pary. “Super”, pomyślałem. Nagle usłyszałem jakiś znajomy, męski głos, dobiegał z przodu. Chwilę trwało nim sobie uświadomiłem, do kogo należy, “Tak, to na sto procent Jacek Szłapka”, pomyślałem radośnie. Teraz mi się przypomniało, mówił mi, jedzie razem z żoną do Neapolu, ale nie przypuszczałem, że będziemy jechać razem na wycieczkę z tego samego biura. Uznałem, teraz mogę trochę pospać, skoro wiem, nie będę całkiem sam wśród obcych. Wyjąłem przewodnik po Włoszech i poduszkę, na której położyłem prawe ramię.
270709
Trapani na Sycylii. Siedzimy na dworcu autobusowym, czekamy na autobus, który pewnie dziś nie przyjedzie, gdyż spóźnia się już prawie dwie godziny, ale wciąż się łudzimy, że może jednak. Justyna Gola powtarza: “Przyjedzie, przyjedzie, zobaczycie, to nie Przemyśl”. Jednak autobusu jak nie ma, tak nie ma. Tracę nadzieję. Nawet świeżo wyciśnięty sok z arbuza nie poprawia mi humoru. Po kolejnej godzinie decydujemy się, iść szukać noclegu. Na stacji benzynowej zaczepiają nas dwaj starsi panowie. Oczywiście nie jesteśmy się w stanie dogadać, zaczynam płakać. Nie chcę spać pod dystrybutorem ON. Justyna wyciąga z plecaka swego małego jasia i podkłada go pod głowę, próbując na migi przekazać informację o tym, czego szukamy. Jeden ze starszych panów rozumie. Łapie mnie ze rękę i prowadzi na drugą stronę placu do wielkiej willi. Tam na ogrodowym białym krzesełku siedzi kolejny stary mężczyzna, który najpierw rozmawia z mężczyznami, którzy nas przyprowadzili, następnie pyta się nas, po polsku!, “Ile chcecie wydać?”. Justyna odpowiada, że mamy po 5 euro na głowę, na co on, że za mało. Znów zaczynam płakać. Przychodzi jakaś kobieta, wygląda na pokojówkę, przynosi mi ciepłe mleko. Coś mówi do starca, siedzącego na ogrodowym krzesełku i nagle on: “Dobra, już dobra, niech będzie, ale jak wrócicie do Polski, to musicie mi przysłać kartkę z Lubiąża. Dobrze?” Oczywiście, zgadzamy się. Pokojówka prowadzi nas do oszklonej windy, wjeżdżamy na drugie piętro. Idziemy prosto korytarzem, na końcu którego otwiera pokój i szerokim gestem zaprasza nas do środka. Pokój jest piękny, czysty i pachnący. Jesteśmy zaskoczeni. Wchodzimy do środka i w kuchni ściągamy buty oraz koszulki. Idziemy sprawdzić miękkość łóżek. Kładziemy się i zasypiamy. Od razu. Bez słowa. W środku nocy budzą mnie jęki kochającej się pary, podchodzę do otwartego okna, spoglądam na oficynę vis a vis. Tam w jednym pokoju się pali światło. Patrzę do środka, a tam pokojówka ze starcem, który siedział na białym ogrodowym krzesełku ostro się zabawiają. Ogarnia mnie wstyd, że ich podglądam, zamykam okno, choć upał i duszno, by ich nie podsłuchiwać.
Tagi: Sny (prawie) bez nazwisk, Sny z nazwiskami
Pojechaliśmy do sklepu na stacji benzynowej, gdzie sprzedawał Polak z grupy work and travel i powiedział nam, że możemy wszystko sobie brać, co chcemy, bo on nienawidzi swojego szefa i że możemy go bez wyrzutów sumienia okraść. - Ale jak to? - No tak, bierzcie, co chcecie. No tak dość nieśmiało wzięłyśmy sobie album z tego Lake Powell [...]
Dyskusja
1 Komentarz do tekstu pt. “Sny (prawie) bez nazwisk - odcinek 2 - włoskie”
Trackbacks
Dodaj komentarz
Publikowane komentarze sa prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Niedoczytania.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.